Postulat wzmocnienia potencjału narodowego nie budzi żadnych kontrowersji na planie ekonomicznym. Często jest do niego redukowany. Choć w podejściu ekonomistycznym kryją się wewnętrzne sprzeczności – szczególnie między państwem opiekuńczym, konsumpcją i rozwojem. Polska potrzebuje zarówno długiego okresu wzrostu gospodarczego, jak i zmiany naszej struktury społecznej – w kierunku wzmocnienia przedsiębiorczości i upowszechnienia własności. Bez zwiększenia ilości przedsiębiorstw, ułatwienia inwestycji i uczciwej kumulacji majątku nasz wzrost nie będzie miał trwałych podstaw. Kraj również nie będzie miał siły magnetycznej, zatrzymującej młodych i przedsiębiorczych ludzi przed pokusą wyjazdu na stałe. Jednak potencjał narodowy to nie tylko gospodarka – to również potencjał demograficzny, kulturowy i moralny. Dopiero suma tych czynników stanowi o sile państwa, wyrażającej się w pozycji politycznej i militarnej. Suma, a raczej iloczyn – bo brak któregokolwiek z tych czynników nie może być skompensowany przez inne; gdy równy jest zeru – sprowadza do zera siłę całości. 

Struktura demograficzna wpływa dziś na proces pokojowy w Irlandii Północnej, na politykę Niemiec i Francji wobec świata Islamu, czy wreszcie na ustrój Unii Europejskiej. Przekonaliśmy się o tym podczas swoich negocjacji. Jednak zrozumienie znaczenia to jedno, a podjęcie odpowiedzialności to drugie. Dziś Polska ma najsłabszy przyrost ludności w całej Europie. Na przeciętne cztery Polki w wieku macierzyńskim przypada tylko pięcioro dzieci, i co więcej – na ogół większość z nich rodzi jedna kobieta. Mimo to jej rodzina jest obłożona ogromnymi podatkami (najczęściej „niewidzialnymi”, bo pośrednimi), a ona sama nie doświadcza ze strony państwa prawie żadnych oznak uznania dla wartości swego macierzyństwa. 

Więcej w aktualnym numerze „Niedzieli”, we wspólnym artykule Mariana Piłki i moim.