Przywódcy PiS – Przemysław Gosiewski i Joachim Brudziński – twardo powtarzają postulat referendum w sprawie euro. Godna zastanowienia jest ta nagła miłość rzeczników państwa partyjnego do demokracji bezpośredniej. Może warto by jej uruchamianie zacząć od referendum na temat przymusowego poboru pieniędzy od podatników na konkurujące o władzę partie polityczne? Stawiam to retoryczne pytanie, by sceptykom wykazać, że w sprawie, którą PiS przeżywa jako naprawdę ważną, nie będzie postulował referendum, ale będzie używał swego mandatu społecznego.  

Inaczej euro. Zaczyna się kolejna wyborcza ustawka, po której będą siniaki i sporo zniszczeń dookoła, ale – jeśli wszystko pójdzie dobrze – wszyscy uczestnicy bijatyki będą zadowoleni. PO będzie zadowolona jeśli w referendum przepchnie euro. Zademonstruje, że skutecznie płynie w głównym nurcie polityki unijnej. PiS – jeśli za zachowniem narodowej waluty padnie ponad 40 % głosów – też będzie zadowolony, bo to potwierdzi jego pozycję, porównywalną (po ujęciu PSL i SLD) z PO, ale przede wszystkim monopolistyczną na prawicy.  

A euro? Dla PiS efektywna opozycja wobec euro to kłopot, bo to wymaga nie hałaśliwych gestów, ale naprawdę konsekwentnej polskiej polityki europejskiej – a to może nieść koszty i międzynarodowe, i te dla partii władzy najważniejsze – wyborcze. Trzeba się na przykład zderzyć z mediami, a PiS może urządzać bojkoty w sprawie swoich interesów partyjnych, ale nie w obronie poglądów jako takich (na przykład bezstronności w sprawie euro).  Politycznie to zwyczajny cynizm i nie piszę tego w sensie moralistycznym. Uważam, że sensowne poparcie polityczne może być adresowane tylko do tych, którym zależy nie tyle na poparciu, co na osiągnięciu społecznych celów, które deklarują. A w wypadku narodowego pieniądza – to bardzo proste. Póki w Sejmie nie ma 307 posłów zdecydowanych na jego zniesienie – można go najspokojniej w świecie skutecznie bronić, przypominając innym partiom (i ich wyborcom) o odpowiedzialności za jego zniesienie. I tego należy się trzymać.