Szczyt prezydencko-rządowy pokazał dokąd zmierzają wypadki. Sprawa przypomina negocjacje traktatu lizbońskiego. Miała być obrona pozycji Polski do krwi ostatniej („albo śmierć”), skończyło się na uzgodnieniu, że zachowamy swoją pozycję jeszcze na czas jednej unijnej projekcji budżetowej. Teraz znowu negocjacje trwają, tym razem wewnętrzne. Euro-2011 upadło, padają kolejne daty. Prezydenta ucieszyła propozycja Donalda Tuska, by Polska zachowała narodową walutę jeszcze przez całe pięć lat. A dziś minister Michał Kamiński zapewnił, że nie ma w tej sprawie poważnych różnic między Lechem a Jarosławem Kaczyńskim. Gdyby Wyspiański żył, pewnie by pił: „powietrze czuć sukcesem!”. 

Pan Marcin Masny (pozdrowienia) pytał mnie skąd wiadomo o udziale ludzi Samoobrony w Libertasie. Stąd, skąd wiedzą wszyscy – z mediów i od świadków. Media podały, że na spotkaniu organizowanym przez b.wiceministra Daniela Pawłowca (z którego sympatycznego skądinąd zaproszenia nie skorzystałem) znalazły się, ku zaskoczeniu wielu uczestników, czołowe postaci tej formacji. Jeden z dyskutantów na moim spotkaniu w Katowicach zwrócił mi uwagę, że to nie byli już politycy Samoobrony, ale dysydenci. Może i dysydenci. To jednak wystarcza, by się zorientować jakiego charakteru nabiera Libertas, niezależnie od niuansów organizacyjnych czy skomplikowanych relacji między Andrzejem Lepperem a Krzysztofem Filipkiem.