Awantura o wybór sekretarza generalnego NATO ma dwa aspekty.  

Po pierwsze – prowokacja antyprezydencka. Cokolwiek nie zrobiłby Lech Kaczyński – byłby winien. Popierałby ministra Sikorskiego – oskarżono by go o wszczynanie kolejnego konfliktu w Europie, zgodziłby się na Rasmussena – zarzucili mu niebronienie polskiego niby-kandydata. Choć bowiem przez wiele dni media twierdziły, że Polska poprze Rasmussena – rząd Tuska ani tego nie dementował, ani kandydatury Sikorskiego nie zgłaszał. Dlatego też uważam, że powinny zostać ujawnione fragmenty notatki MSZ po rozmowach Tusk-Rasmussen. Fragmenty zawierające wyłącznie wypowiedzi premiera Tuska na temat wyboru sekretarza generalnego NATO. Cokolwiek bowiem mówiłaby PO o zaletach jawnych negocjacji – Polska dzikiej dyplomacji uprawiać nie powinna, a Platforma niech się ujawni sama. 

Drugi aspekt – to kolejna awantura (na oczach zagranicy) między goniącymi za władzą naszymi „skutecznymi” politykami. Chcą być skuteczni – więc nie ustępują. Polak nie frajer – Polską się nie przejmuje. 

A teraz o samej „skuteczności”. Pomijając intencje, ciekawa jest linia argumentacyjna rządu PO. Otóż nasi liberałowie odkryli zalety „nieskuteczności”. Okazuje się, że warto stawiać żądania nawet nieosiągalne, ale potwierdzające należne nam tytuły polityczne, prawne, moralne. Tak właśnie w polityce aktualizuje się zasady. Teraz zresztą PO-PiS będzie miał okazję się o nie upomnieć, stając w obronie Papieża po ataku belgijskiego Parlamentu. Choć pewnie zamiast brać przykład z Turcji, która przypomniała aferę karykatur i zmusiła Zachód by jej słuchał – znowu zaczną zawracać głowę swoją „skutecznością”. I „skutecznie” niszczyć Polskę kolejnymi awanturami.