Nie wiem, gdybym wiedział – niezwłocznie zawiadomiłbym policję. Mam jednak pewną ogólną hipotezę, która wydaje mi się w sposób oczywisty najbardziej prawdopodobna. Pani Kotka padła ofiarą powszechnej dziś, narastającej, bo tolerowanej i nijak nie leczonej – niechęci Polaków do własnego państwa i jego życia publicznego. Bandycki wybryk to tylko manifestacja tego, co widzimy i słyszymy codziennie. Jarosław Kaczyński tego nie widzi, bo jest politykiem o bardzo spłaszczonym spojrzeniu na rzeczywistość. Wszystko sprowadza do poziomu partyjnej gry o władzę – dlatego umykają mu nawet bardzo widoczne zjawiska, przekraczające tę dość prymitywną dziś sferę. 

Ojkofobia, nienawiść do swoich, to najgorszy rodzaj ksenofobii, bo dotykający nie „innych”, z którymi spotykamy się rzadko, ale tych, wśród których żyjemy na co dzień. W wypadku pani Kotki mieliśmy prawdopodobnie do czynienia ze skrajną, chuligańsko-bandycką manifestacją tego rodzaju nastrojów. W inny sposób (bez miary nie tak bolesny) ofiarą podobnych nastawień padł Wojciech Cejrowski. Choć pozbawiono go programu w intencjach skrajnie politycznych, argumentacja odwoływała się wprost do powszechnej dziś niechęci i wrogości wobec polityki. 

Ojkofobia, łącznie z fobią antypolityczną, jest głupia i zła. Powinna być zwalczana, zapewne również w ramach unijnych programów walki z ksenofobią, której jest odmianą. Ale politycy też powinni się postarać o to, by polityka budziła więcej szacunku. To apel również do Jarosława Kaczyńskiego.