Ludwik Dorn podniósł we wczorajszym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” fatalną – dla pozycji PiS – rolę zespołu Bielan-Kamiński-Czarnecki. Istotnie, pozycja tych polityków to jeden z najbardziej irracjonalnych momentów polityki Jarosława Kaczyńskiego.   

O ile bowiem moralny kryzys PiS ujawnił się z siłą w trakcie torpedowania prac konstytucyjnych, o tyle początkiem zapaści wyborczej polityki Jarosława Kaczyńskiego była słynna Noc Renaty, zaraz po pierwszym odwołaniu z rządu Andrzeja Leppera. W wewnętrznej dyskusji władz PiS byłem wtedy orędownikiem próby rządów mniejszościowych, z opcją na przyciąganie do rządu PSL i prawicowych posłów PO. Było to jeszcze możliwe, bo PiS ciągle miał większe poparcie społeczne od PO, wybory były daleko, a nawet ich przyspieszenie powinno było w tamtym momencie potwierdzić i wzmocnić pozycję rządu Kaczyńskiego. Jednak wspomnianych trzech polityków zaproponowało rozwiązanie nieklasyczne: rozbicie Samoobrony w jedną noc. Zamiast porozumienia programowo-politycznego, porozumienie bardziej „konkretne”. Od Ryszarda Czarneckiego przychodziły wieści, że połowa posłów partii Leppera chciałaby przejść do (albo popierać) PiS, Michał Kamiński i Adam Bielan przekonywali, że jest to jak najbardziej wykonalne. Do Hotelu Sejmowego ruszyli emisariusze, by „przekonywać” Renatę Beger i jej kolegów. C.d. jest znany…  

Zagadką pozostaje pytanie: dlaczego ludzie, którzy wplątali Jarosława Kaczyńskiego w takie kłopoty – zbudowali na tym tak wielką pozycję? Rzecz nie jest bez analogii: wszyscy, którzy uczestniczyli w torpedowaniu prac na rzecz konstytucjonalizacji prawa do życia – też spotkali się z uznaniem Prezesa. A przecież wywołali największy kryzys moralny na prawicy od czasu obalenia rządu Jana Olszewskiego. Czyżby więc awantura, rzucanie społeczeństwa w kolejne „sezony polityczne”, była ostatecznym celem tej polityki? Ta hipoteza tłumaczy dlaczego nawet największy kryzys nie jest porażką, a szansa na moralną stabilizację państwa została potraktowana jak zagrożenie.