Wakacje w kalendarzu wcale nie gwarantują spokoju w polityce międzynarodowej. Rok temu w sierpniu doszło do rosyjskiego najazdu na Gruzję. Wtedy zaczęło się od zerwania przez abchaskich separatystów rozmów berlińskich na temat rozwiązania konfliktu w tej prowincji. Chociaż ich uczestnikami były (obok Rosji) również państwa zachodnie (Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja i Wielka Brytania) – arogancja podopiecznych Moskwy nie spotkała się z żadną poważną reakcją zachodniej dyplomacji. Dla Rosji był to sygnał, że można iść kilka kroków dalej. Na pograniczu okupowanej Osetii zaczęły się mnożyć incydenty graniczne. Potem nastąpił najazd.  

Teraz znów Moskwa testuje reakcję Zachodu. Po formalnym ogłoszeniu separacji Południowej Osetii i Abchazji – teraz Rosja żąda usunięcia z tych dwóch prowincji międzynarodowych obserwatorów cywilnych. To co rok temu było kapitulacją Zachodu (rezygnacja z wprowadzenia do Abchazji i Południowej Osetii sił autentycznie rozjemczych) – dziś okazuje się dla Rosji i tak zbyt daleko idącym kompromisem. Zamknięcie zaś misji obserwacyjnych to kolejny krok ku faktycznej legalizacji oderwania północnych terytoriów od Gruzji. A Gruzja obawia się, że agresywne działania dyplomatyczne to zapowiedź kolejnej agresji militarnej. Okazji mogą dostarczyć nadchodzące rosyjskie manewry wojskowe na Kaukazie. 

Rzecz wymaga uwagi i aktywności polskiej dyplomacji. Nie chodzi przecież o to, by czekać na okazję do kolejnych dramatycznych protestów, ale by utrwalać niepodległość Gruzji i angażować Unię w politykę współpracy z prozachodnimi rządami na wschodzie Europy. Przejęcie przewodnictwa w Unii przez Szwecję, kraj posiadający środkowoeuropejską świadomość geopolityczną, stanowi tu dobrą okoliczność. Unia już dziś powinna powiedzieć, że stanowisko zajęte przez Rosję na forum ONZ i OBWE uważa za wymierzone we współpracę międzynarodową i pokój na Kaukazie.