Religia
28 cze 2009
To, co tak nazywamy, jest często po prostu uczuciem nieobecności Kogoś, kto powinien być – a wydaje się, że jest nieobecny. To poczucie samotności, takie samo – jak uczucie samotności wśród ludzi. Nie tyle brak Łaski wiary, co zmysłu wiary. Dziwactwa samotników nie zawsze świadczą o ich wrogości do bliźnich, czasami – paradoksalnie – o potrzebie ich obecności. Samotność niewierzących powinniśmy wypełniać (na ile możemy) naszą bliskością. A gdy nie jest możliwa nienarzucająca się obecność – przynajmniej modlitwą.
Właśnie jasna świadomość samotności jest zalążkiem Prawdy. Trzeba mieć odwagę bycia samotnym, by ją urzeczywistnić.
Uleganie marzeniom, wiara w istnienie czegoś innego niż to co akurat jest, to samookłamywanie się, zupełna niewiedza.
Człowiek zyjący w samotności czyli tez taki który żyje otaczony ludźmi może rzeczywiście odkryć owy zalążek Prawdy.
Ale czy życie złudzeniami, marzeniami, projekcjami czy to musi być samookłamywanie?…
Z niewiedzy do wiedzy czy z braku wiary do wiary – taka droga przed każdym, i tylko pytanie gdzie znaleźć taką wiarę, co góry przenosi?
Piękne słowa Panie Marku. Popieram.
@matej
“czy życie złudzeniami, marzeniami, projekcjami czy to musi być samookłamywanie?…”
Marzeniami i projekcjami nie. A złudzeniami? Chyba zależy, co w tym wypadku znaczy “żyć”. Złudzenie to coś, co nie jest prawdziwe, a człowiek się łudzi, że jest prawdziwe. W jakimś sensie można powiedzieć, że człowiek może żyć złudzeniami i jednocześnie nie okłamywać sam siebie, jeśli mimo pewnego przywiązania do złudzeń wie, że złudzenie jest nieprawdą. Ale wtedy dotykamy pewnego paradoksu. Zachodzi pytanie, czy wtedy się naprawdę łudzi, skoro się nie łudzi? Bo przecież wiara w coś, co wydaje się nierealne, ale w rzeczywistości prawdziwie istnieje, nie jest złudzeniem, lecz wiarą w prawdę. I tak traktujemy naszą wiarę w Boga.
A wracając do paradoksu owego człowieka: jest to dobry temat filozoficzny. Jeden powie: “Jeśli wie, że złudzenie to złudzenie, to się nie łudzi”. Drugi powie: “Ależ wiara jest również wyborem, a skoro on akceptuje złudzenie i świadomie się mu poddaje, to jak najbardziej się łudzi, nawet jeśli jego rozum przyjmuje prawdę”. I Jeszcze inni powiedzą, że w tym człowieku istnieje jakiś procent łudzenia i nie łudzenia się, a więc nie można tego załatwić czarno-białym, zero-jedynkowym patrzeniem na rzeczywistość. I coś w tym jest, w końcu pewne obszary mogą podlegać złudzeniu, a pewne pozostawać od niego wolnymi.
Ważne jest znaczenie wyrażenia “żyć złudzeniami”. Można stwierdzić (Ty zawarłeś tego rodzaju refleksję w swoim pytaniu): “Życie złudzeniami nie musi oznaczać samookłamywania się”. Zwróciłbym jednak uwagę na to, że wyrażenia “łudzić się” i “żyć złudzeniami” trochę różnią się w swoim wydźwięku. “Łudzić się” może oznaczać zwykłe dopuszczanie złudzeń, bądź życie nimi (co jest bardziej zaawansowane). “Życie złudzeniami” kojarzy się z permanentnym (stałym) przywiązaniem do złudzeń, podczas gdy “łudzenie się” może być chwilowe bądź mniej do złudzeń przywiązane. Bo gdy mówimy, że czymś żyjemy, to chcemy pokazać, że to coś jest dla nas szczególnie istotne czy interesujące. Ale to pytanie raczej do językoznawców. Na gruncie filozoficznym różnica nie jest aż tak bezsporna, że ktoś nie może jej zanegować, czy inaczej rozumieć.
W akapicie rozpoczynającym się od słowa “marzeniami” sam zresztą niejako uległem płynności powyższego rozróżnienia. Ale przecież – jak zaznaczyłem – od strony filozoficznej różnie można zapatrywać się na znaczenie wyrażenia “żyć złudzeniami”.
Natomiast inna sprawa, czy można zakładać a priori, że wiara jest złudzeniem. Uważam, że nie. To prawda, Ebenezerze, że “wiara w istnienie czegoś innego niż to co akurat jest, to samookłamywanie się, zupełna niewiedza”. Ale to, czego ktoś nie widzi, nie musi nie istnieć. Innymi słowy: to, że ateista nie widzi Boga, nie znaczy, że ten Pan Bóg jest czym innym niż to, co jest. Żyjąc na półkuli północnej, w środku Europy, nie widzę na niebie Krzyża Południa.
Dzięki Krzysztofie za wypowiedź, ja próbowałem odpowiedzieć Ebenezerowi, nie wchodząc jednakże w zagodnienia Filozofii Bytu, Religii czy nauki w ogóle…
“To, co tak nazywamy, jest często po prostu uczuciem nieobecności Kogoś, kto powinien być – a wydaje się, że jest nieobecny.” Piękne zdanie, one nasunęło mi myśl o złudzeniu, bo czy niebyt, pustka nie są złudzeniem?
“…uczucie samotności wśród ludzi. Nie tyle brak Łaski wiary, co zmysłu wiary.”
Znowu wspaniały cytat. Właśnie my życie opieramy na wierze, to może byc ten zmysł wiary. Ale on powoduje też, że wierzymy nie tyle w Prawdy Absolutne, ale w mniejsze rzeczy (nie tylko materialne) tj: powodzenie, kariera, nauka, moge też pojawić tutaj się ludzie, ich ideały, poglądy itp. Ale wtedy, gdy pojawia się zagadnienie łaski wiary, to te przykładowe sprawy mogą zejść na plan dalszy i wtedy liczy się najbardziej współpraca z Łaską wiary. Też nie wchodząc w zagadnienia teologii, tutaj potrzebne są praktyki religijne… i jak na końcu dodał p. Marek “modlitwa”. I czy to samotność wśród innych czy niewiara w drobne czy większe sprawy nie jest tak doskwierająca…
Bardzo ciekawa analiza :
“…dotykamy pewnego paradoksu. Zachodzi pytanie, czy wtedy się naprawdę łudzi, skoro się nie łudzi? Bo przecież wiara w coś, co wydaje się nierealne, ale w rzeczywistości prawdziwie istnieje…”…
do mateja: gdzie znaleść taką wiarę która róry przenosi?u Jezusa, apostołów, współczesnych ksiezy którzy pomimo trudności jadą na misje i tworzą zalażki nowych parafi, dają wierę ludziom!.
Czy jest coś co ludzie wiedzą bez cienia wątpliwości?
Raczej nie. Wierzymy we wszystko co przejawia się w naszej świadomości, bo przywykliśmy uznawać te zjawiska za realne i rzeczywiste.
Widzimy kolory, formy i kształty i wierzymy, że są to naprawdę istniejące rzeczy – stół, krzesła, szafa, okno, widok z nim. Inne zmysły inaczej nas o tym upewniają – dźwiękiem i zapachem, smakiem i dotykiem, temperaturą i orientacją przestrzenną itp.
Ale tak naprawdę wierzymy, że zmysły nas nie zwodzą.
Co dopiero mówić po czymś, co zmysłom umyka? Czy taka wiara nie jest już zupełną naiwnością?
@matej
Lubię filozofować, a akurat miałem taki nastrój
Nie, żeby się jedynie wymądrzać, lecz w przekonaniu, że również po to są takie miejsca jak blog.
@Ebenezer
*”Wierzymy we wszystko co przejawia się w naszej świadomości, bo przywykliśmy uznawać te zjawiska za realne i rzeczywiste. Widzimy kolory, formy (…). Ale tak naprawdę wierzymy, że zmysły nas nie zawodzą.”
To prawda: widzimy świat takim, jakiego obraz dostarczają nam nasze zmysły. Jasne, że te zmysły mogą nas zawodzić, a raczej na pewno zawodzą. Ale co do tego, że krzesło istnieje, czy co do tego, czym jet krzesło? To, że widzimy brązową barwę krzesła to skutek reakcji naszego oka na światło. Psy widzą to, co my na czarno-biało, ale są i takie gatunki, które widzą więcej barw. O ile jednak inni ludzie nie są przywidzeniem, widzę ich – istnieją tak jak to krzesło, na którym siadamy. Można relatywizować jego właściwości, a nawet jego istnienie, skoro składa się z materii, która jest w ruchu. Ruch też nie wiadomo czy istnieje itd. Ale czy nie trwa jakaś rzeczywistość, którą chociażby umownie nazywamy krzesłem i która – co więcej – odgrywa ważną funkcję?
Bóg jest nieogarniony w swojej wielkości, stąd niektórzy twierdzą, że możemy ując Go inaczej niż przez zaprzeczenie. Kto wie: może i nawet zaprzeczenie nie potrafi Go oddać? Wierzymy jednak w Boga, który nam się objawił i dlatego nie jest dla nas niepoznawalny, choć jest dla nas niezmierzoną Tajemnicą. Jezus “uniżył samego siebie, przyjąwszy postać sługi”. Nawet spór pomiędzy absolutystami a relatywistami znaczy mniej od tego, co Bóg nam oferuje. Bóg-Absolut przychodzi do człowieka, który (tu na ziemi na bank) zawsze będzie w jakiejś mierze relatywistą. I nawet nie ma w tym nic złego, bo to Bóg nam dał taki, a nie inny sposób postrzegania kształtów, kolorów itd.
*”Przywykliśmy uznawać te zjawiska za normalne i prawdziwe.”
Nie zakładałbym, że są nieprawdziwe. Rozumiem natomiast, że niezależnie od tego, czy tak zakładasz, czy też nie, chodzi także o sam fakt naszej niepewności wobec istnienia czy natury tego, co przedstawiają nam zmysły.
*”Co dopiero mówić po czymś, co zmysłom umyka? Czy taka wiara nie jest już zupełną naiwnością?”
Jest naiwnością, jeśli to nie istnieje. Jeśli istnieje, to ta wiara jest słuszna (por. “zakład Pascala”). Skoro nie widzimy kosmitów, to faktycznie trudno w nich uwierzyć, nie znaczy to jednak wcale, że kosmitów nie ma, może w jakiejś odległej galaktyce istnieje życie. W Boga wierzymy, bo coś nas w tym utwierdza. Niekoniecznie jednak tylko naturalna potrzeba Obecności, lęk przed brakiem tej Obecności i przekazany rodzinnie pogląd czy tradycja. Owszem: bez kogos bym nie wierzył. Opieramy się jednak też na objawieniu samego Boga i na Jego działaniu (objawienia, świadectwa, uzdrowienia, światło Ducha Świętego). Jezus powiedział też, że jak ciężko uwierzyć Mu, “wierzcie ze względu na same dzieła”. Choć oczywiście nie zawsze widzimy cuda i wiara może być trudna.
Krzysztofie,
jednak zawsze jest to wiara, a nie ostateczna i niepodważalna wiedza.
Wierzymy w objawienia, choć nie są naszym osobistym doświadczeniem, wierzymy w teologiczne wyjaśnienia, które też nie są doświadzczeniem jw., wierzymy w “światło Ducha Świętego, wierzymy że pisma nie kłamią, że niektóre trudne do zracjonalizowania uzdrowienia nie są naturalne, tylko są cudowne itd. itd.
Wierzący wierzą w istnienie Boga i że on działa oraz jest “nieogarniony w swej wielkości” itp.
pomimo, iż tak naprawdę nie ma niczego co by istniało trwale i niezmiennie.
Fizyk o krześle (i o wszystkich fizycznych obiektach) powie, że jest to prawie pusta przestrzeń, w której szybko poruszają się atomy, a te są właściwie uwięzioną energią.
Jak można mówić, że coś takiego istnieje trwale i nie jest złudzeniem.
Nie ma niczego co istnieje trwale i niezmiennie, cokolwiek by to nie było. To jest powszechne doświadczenie i dzięki tej cesze przejawiającego się świata, jego fundamentalnej natury możliwe jest życie takie jakie znamy. Bo życie do nieustanna zmiana i całkowita nietrwałość. Dotyczy to absolutnie wszystkiego. Nie istnieje też trwały i niezmienny Bóg, o czym przekonują biblijne mity i legendy, a więc jest jak wszystko relatywny. Może zaistnieć, ale nie musi.
@Ebenezer
“Nie ma niczego co istnieje trwale i niezmiennie, cokolwiek by to nie było. (…)Nie istnieje też trwały i niezmienny Bóg, o czym przekonują biblijne mity i legendy, a więc jest jak wszystko relatywny.”
A dlaczego zakładasz, że Bóg musi podlegać prawom nauki? A może to On je stworzył i pod nie nie podlega? Jeśli Bóg jest Absolutem, to różni się od stworzenia. Jeżeli Bóg jest Panem i Twórcą swoich stworzeń i rządzących nimi praw, to wcale nie musi im sam podlegać. Aczkolwiek chrześcijaństwo uznaje Boga transcendentnego, a zarazem immanentnego. Będąc kimś nieskończenie wyższym od stworzenia, wchodzi z Nim w relacje (Syn Boży Człowiekiem, cuda, objawienia, miłość)
Wywodzisz hipotezę o względności Boga i wszystkiego z naszych doświadczeń: “To jest powszechne doświadczenie i dzięki tej cesze przejawiającego się świata, jego fundamentalnej natury możliwe jest życie takie jakie znamy. Bo życie do nieustanna zmiana i całkowita nietrwałość.”. Ale co do Boga należałoby wziąć poprawkę, którą przed chwilą przedstawiłem, która nie jest oczywiście dowodem na to, że Bóg MUSI być taki, w jakiego wierzymy. Wykazuje ona natomiast, że taki Bóg być MOŻE. Wierzymy, że taki JEST, że jest odmienny od stworzenia, ale równocześnie mu bliski. A o tym, że jest bliski mówi Objawienie.
“jednak zawsze jest to wiara, a nie ostateczna i niepodważalna wiedza.”
No, można tak to ująć. W końcu wiara to wiara. Aczkolwiek wierzący odczytują w cudach, objawieniach, w cynach i słowach Jezusa oraz we własnym życiu i w życiu innych ludzi (swoich znajomych i nieznajomych, np. świętych) znaków obecności Boga. Ale to jest kwestia tego, czy uwierzymy w doświadczenie uzdrowień dzięki modlitwie, Eucharystii, Maryi, Miłosierdziu Bożemu, działaniu Ducha Świętego. Możemy o tym przeczytać w chrześcijańskich książkach i czasopismach (np. “Miłujcie się”, materiały Odnowy w Duchu Świętym i inne) i to też jest doświadczenie, nawet jeśli nauka tego nie potwierdza (ale i nie zaprzecza), bo nie tym się zajmuje.
“Jak można mówić, że coś takiego istnieje trwale i nie jest złudzeniem”.
1.Co do Boga – jest to kwestia wiary, ale wcale nie musi nie istnieć.
2.Co do abstrakcyjnych pojęć (np. miłość) – mówimy niekiedy, że miłość jest wieczna, trwała. W świetle wiary (punkt 1) miłość Boga jest taka. Ludzka miłość jest niedoskonała i taka być nie musi, ale jej dawcą jest sam Bóg. W ten sposób to, co absolutne i wieczne działa w tym, co relatywne i śmiertelne (“Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”). Ateiści argumentują często, że miłość to chemia i że nie ma duszy. Moim zdaniem mieszają pojęcia. Nie każdy wierzący wierzy bowiem w wyśmiewane przez nich poglądy o duszy jako czymś, co raz dwa wstępuje w człowieka, jak wiatr. Dusza to dla mnie rzeczywistość psychiczna, ale też duchowa – stany głębi. I to, że moje uczucia, czy decyzje mają głęboki związek z operacjami mojego mózgu i z hormonami, jakie się wydzielają, wcale nie przeczy istnieniu rzeczywistości wyższej – od Boga.
Co do krzesła – z krzesłem jest nieco podobnie. Piszesz o energii i atomach, które działają w próżni. Spoko, czy ktoś temu przeczy? W sensie ścisłym może nie być krzesła jako stałego bytu. Ale nasz język jakoś musi nazywać to, co ta zmienna materia w danej chwili tworzy. I my to zwiemy krzesłem, a dla mnie ważne jest, że ma ono swoją funkcję – mogę na nim siedzieć. Stałość tego krzesła może być umowna, względna. Człowiek może natomiast powiedzieć o tym krześle, że jest trwałe wyrażając w ten sposób nie naukowy pogląd, lecz przekonanie, że krzesło jest solidne i nie rozleci się z byle powodu.
Jak napisałem wcześniej: chodziło mi nie tyle o stałość krzesła z fizycznego punktu widzenia, ile o to, że jakaś rzeczywistość będąca krzesłem zaistniała i że przez pewien czas pełniła funkcję, więc nie była złudzeniem jako rzeczywistość, która pełni funkcję.
c.d. “Biblijne mity i legendy” pokazują też jak ludzie postrzegali Boga, jak zmieniało się ich postrzeganie. Ale:
1. To nie znaczy, że Bóg jest niezmienny, ale że przeobrażeniom ulegają pewne ludzkie wyobrażenia
2. To, co najważniejsze, jest w Biblii w całkiem stałe.
Nie uważam, że Bóg ma podlegać prawom nauki. Twierdzę, jedynie, że jeśli Bóg jest niezmienny, to z tego tylko względu absolutnie nie działa w świecie, bo świat jest w nieustającej przemianie. Jeśli zaś działa w świecie, a stworzył go podobno i ciągle jest kreatywny i sprawczy, miewa jakiś własny plan zbawienia itd., to sam musi się również zmieniać.
Tej sprzeczności nie da się pominąć rozpatrując niezmienność Boga, który jednak działa.
Albo wóz, albo przewóz.
W Biblii Bóg jest opisywany np. jako gniewny, mściwy i też przeciwnie: wybaczający, miłujący itp. Skoro miewa takie przymioty, które wynikają z jego aktywności i zapamiętanych opisanych potem czynów, to znaczy, że się zmienia.
Co jest zmienne jest wobec tego nietrwałe. Owszem, może być nawet bardzo długotrwałe, ale może też kiedyś zaniknąć. Po prostu, ma w sobie i tę opcję.
Errata do mojej wypowiedzi (8 lipca 2009 @ 23:38): W zdaniu “To nie znaczy, że Bóg jest niezmienny” zamiast “niezmienny”, powinno być “zmienny”.
Odnośnie twojej wypowiedzi (10 lipca 2009 @ 21:24):
Zakładanie sprzeczności, o jakiej piszesz, wiąże się z naszą ograniczoną umiejętnością zrozumienia Boga. Jak pogodzić niezmienność Boga oraz pogląd, że nie tylko stworzył świat, ale i wpływa na jego losy? Deiści również wierzą w fakt stworzenia, ale uważają, że Bóg tylko zbudował świat niczym architekt, bądź nakręcił niczym zegarmistrz i odtąd nie ingeruje w jego losy. Ale oni chyba nie wierzą w Boga niezmiennego (w sensie przez Ciebie zaproponowanym), bo nie negują samego stworzenia, czyli procesu kształtowania zmienności. A jeśli niezmienności Boga nie negują, to albo jest w tym niekonsekwencja, albo tłumaczą działanie stwórcze tym, że Bóg jest poza czasem. Teiści zaś (np. chrześcijanie) wierzą, że Bóg wciąż działa i nie podlega prawom czasu, jak stworzenie (oczywiście Jezus jako człowiek żyjący na ziemi podlegał). Nasze zastanawianie się nad relacją Boga do czasu jest trudne i z pewnością niedoskonałe. Podobnie rzecz ma się do refleksji na temat (nie)zmienności Boga. Skoro jesteśmy ograniczeni w porównaniu z Bogiem, to może nie pojmujemy całej masy wymiarów i wariantów, które mogą istnieć, ale my ich sobie nie wyobrażamy? Przecież to Ty zawsze przekonywałeś, że nasze wyobrażenie świata opiera się na naszej percepcji zmysłowej. Jeśli więc krytycznie odniosłeś się do mojej “bezkrytycznej” wiary w teorię Kopernika, to tym bardziej przyznasz, że nie można zbyt łatwo pojąć Boga.
Ale zastanówmy się… Mówiąc, że “jeśli Bóg ciągle jest kreatywny i sprawczy, miewa jakiś własny plan zbawienia itd., to sam musi się również zmieniać”, dotykasz trudnego do zrozumienia tematu woli Bożej. Niezmienny Bóg ma niezmienną wolę, a jednak w miarę jak nasze losy się zmieniają ta wola musi odnosić się do każdorazowych konsekwencji tych przemian. To faktycznie zakrawa na paradoks. Ale – jeśli Bóg przekracza nasze ludzkie pojęcie czasoprzestrzeni – to możemy sobie uzmysłowić, że przeżywając fabułę, w której uczestniczymy, Bóg jest z nami nie jako zwykły bohater, ale jako autor-bohater. My jedziemy pociągiem i co stację zastanawiamy się “może tu wysiąść?”, Bóg natomiast całą trasę ma non stop przed oczami, obejmuje całą akcję.
Bóg jest autorem powieści. Ale nieprzeciętnym. Człowiek jako autor może myśleć niemal równocześnie o perypetiach bohaterów w różnych momentach książki, ale jego planowanie podlega określonemu ciągowi czasowemu. Nie tak jest z Bogiem. Nie sposób Boga ogarnąć, ale możemy sobie wyobrazić Jego wolę jako słońce, którego promienie dotykają jednocześnie różnych etapów naszego życia. A nieustanne ciepło tego słońca to wezwanie nas do świętości.
Odnośnie zaś biblijnego obrazu Boga: akcentowanie różnych cech Boga stawia nas wobec równie ciężkiego dylematu. W konsekwencji – to prawda – jedni wierzący bardziej akcentują surowość, gniew i mściwą sprawiedliwość Boga, inni zaś Jego miłosierdzie, dobroć, przebaczenie. Ale:
1) warto zwrócić uwagę na to, że sami ludzie tak, a nie inaczej obrazowali Boga
2) analogicznie do niezmienności i woli Bożej – nie sposób ogarnąć Boga i nieznanych nam wymiarów.
Postawiony przez Ciebie problem dotyczy chyba nie tyle zróżnicowania charakteru Boga (można wyobrazić sobie człowieka łączącego cechy flegmatyka i choleryka), co przejawów uwidaczniania się któregoś z komponentów (miłosierdzie, gniew). Ale odpowiedź jest znów ta sama. Jedność charakteru Boga można obronić:
1) uznając, że jest On Absolutem, kimś Innym od nas,
2) zwracając uwagę na to, że ludzkie określenia “mściwość”, czy “litość” tylko obrazują niezmienny stosunek Boga do różnego rodzaju kwestii. My doświadczamy miłości poprzez naszą zmienność, ale to nie znaczy, że Bóg-Absolut nie może żywić ku nam dynamicznej, a zarazem permanentnej miłości. Także gniew Boga nie musi przeczyć Jego miłości, jeśli zrozumiemy, że nie jest tym samym, co gniew ludzki.
A co z różnymi reakcjami Boga wobec różnych ludzi? –> analogia do rozważań o woli Boga.
“Co jest zmienne jest wobec tego nietrwałe. Owszem, może być nawet bardzo długotrwałe, ale może też kiedyś zaniknąć”. Owszem. Ale nie musi, bo to zależy od tego, jak będą wyglądać zmiany. Tak więc może istnieć wiecznie nawet zmienna struktura, zachowująca swoją tożsamość mimo ciągłych przeobrażeń. Przy czym, to też jest założenie teoretyczne, bo pomijając kwestię życia wiecznego, raczej nie znamy doskonale trwałych zjawisk we Wszechświecie.
Porównując Boga do autora powieści, nie miałem oczywiście zamiaru przedstawić Go jako kogoś, kto nami manipuluje, odbierając nam wolność. Chrześcijańskie rozumienie woli Boga różni się od zawierającej się w wielu mitach starożytnych Greków wiary w fatum.
Zgoda, można przyjąć, że paradoks działającego i przy tym niezmiennego Boga wynika z ludzkiej ułomności. Nasza zwykła ludzka logika nie dorasta do zrozumienia jedności, albo nawet tożsamości wzajemnie wykluczających się zjawisk.
Wydaje mi się, że w samym przydawaniu Bogu – absolutowi rozmaitych właściwości jest już zawarty błąd. Dlatego podoba mi się podejście wschodnie, które posługuje się w takich razach negacją “neti-neti”. Tu jest trochę o tym:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Neti_neti
Neti-neti – czyli to, o czym wspomniałem w dyskusji: pogląd, że Boga nie można opisać inaczej niż przez zaprzeczenie. Chrześcijańska koncepcja również mówi, że Bóg jest niepojęty. Różnica polega na tym, że nie wyklucza ona jednak częściowego pozytywnego poznawania Boga przez rozum, zakłada też objawienie dokonane przez Boga.
Zresztą w tym poznaniu najważniejsze nie jest określenie definicji niezmienności Boga, lecz przyjęcie Jego planu zbawienia.