Czesław Kiszczak ma dwa procesy o prześladowania religijne, w obu oskarżenie wiąże się z możliwością kary więzienia. Chodzi o policjantów (milicjantów) zwolnionych ze służby za praktyki katolickie.  Okolicznością obciążającą jednego z nich (funkcjonariusza „drogówki”) było dodatkowo powinowactwo z księżmi, krewnymi żony. Drugiego namawiano, żeby po prostu sam się zwolnił (jak widać resort bezpieczeństwa miał dobrą wolę i chciał unikać prześladowań).  

Sprawa stanowi drobną ilustrację komunistycznej codzienności i najbardziej powszechnej formy ucisku narodowego w tamtych czasach. Rzecz jest nietypowa, bo chodzi o MO – jednak podobne praktyki były powszechne na przykład w szkołach, albo w ogóle w wypadku osób mogących awansować zawodowo – praktycznie w każdej dziedzinie życia. Różnica polegała jedynie na tym, że w jednych sferach nie tolerowano życia katolickiego w ogóle, w innych – „ostentacji”, czyli normalnej, publicznej, praktyki.  

Do tej pory był to niemal temat tabu. O wczorajszej dyskryminacji naszych rodziców większość z nas milczała jak o czymś wstydliwym – stracić pracę nic wielkiego, a żyć strachu przed utratą pracy – nic chlubnego. Zdrajcy i prześladowcy czuli się więc bezpiecznie. Teraz pojawia się realna szansa na sprawiedliwość. Zdziwiło mnie jedynie, gdy w jednej z radiowych stacji katolickich usłyszałem Antoniego Dudka, historyka poważnego, wypowiadającego się z lekceważeniem o przedmiocie toczącego się procesu. Niestety, to pokazuje nie tylko niezrozumienie totalitarnej natury komunizmu, ale również jak bardzo – broniąc życia chrześcijańskiego – jesteśmy ciągle sami.