Lipiec 2009
Miesiąc
Pamiętamy
Kilka lat temu próbowaliśmy ustanowić w Sejmie 22 lipca – Dniem Pamięci Ofiar Komunizmu. Na pomysł ten wpadłem lata temu, gdy ks. Witold Andrzejewski w dniu, kiedy komuniści świętowali 40-lecie PRL, odprawił w katedrze gorzowskiej Mszę świętą w intencji ich ofiar. Ten dzień bowiem, wybrany przez komunistów dla poniżania naszego narodu, mający zastąpić 3 Maja i 11 Listopada – powinien pozostać w pamięci Polaków byśmy nigdy nie zapomnieli o tych, którzy mieli udział w cierpieniach Ojczyzny, o barbarzyństwie systemu, który zanegował religię, narodową tradycję i rodzinę, choć w naszym kraju przybrał formę marionetkowych rządów kolaboracyjnych. 22 lipca powinien bowiem przypominać i naszą polską kolaborację, stawiając każdego z nas przed pytaniem – czy gdybyś dostał drugą szansę chciałbyś dzielić cierpienia Polski, czy robić karierę kosztem Polski? Dzień ten miał mieć również wymiar uniwersalny – przypominając ofiary poniesione przez narody walczące z komunizmem, a przede wszystkim cierpienia narodów ciągle żyjących pod jego władzą – w Chinach, Wietnamie, Korei, na Kubie.
Projekt Dnia Pamięci Ofiar Komunizmu wtedy upadł, zablokowany przez PO i PSL, które twierdziły, że taka data obraża samą ideę. Zupełnie inaczej odczytała to „Trybuna”, widząc w ustanowieniu Dnia definitywne, symboliczne napiętnowanie PRL. Zareagowali gwałtownie, bo banalizacja PRL była od początku zasadniczym motywem ideowej strategii postkomunistów i podstawą ich politycznych sukcesów. Tym bardziej proklamacja Dnia Pamięci Ofiar Komunizmu jest ciągle zadaniem do wykonania.
W obronie Joanny Najfeld
Joanna Najfeld, należąca do najuczciwszych i najodważniejszych polskich publicystów, ma proces z powodu swojej dziennikarskiej walki w obronie cywilizacji życia. Skarży ją Wanda Nowicka, obrażona uwagami na temat swojej aborcjonistycznej działalności. Pani Nowicka od lat – czyniąc prawo z tzw. aborcji – zaprzecza prawom człowieka przysługującym dzieciom poczętym. Nie zadowala się jednak głoszeniem swych skrajnych poglądów, ale sonduje możliwość użycia władzy państwowej przeciw tym, którzy bronią najsłabszych. Atakując Joannę Najfeld aborcjoniści chcą nie tylko zastraszyć i zamknąć usta swoim oponentom, ale po prostu ograniczyć możliwość obrony życia w debacie publicznej. To stwarza realną groźbę obniżenia jeszcze bardziej poziomu obrony życia w naszym kraju. Bo nie ostanie się prawo, którego obrońcom zaknebluje się usta.
Jan Paweł II (w art. 24 Evangelium Vitae) pisał, że wskutek natarczywego oddziaływania wielu środków społecznego przekazu dochodzi do zatarcia granicy między dobrem a złem w kwestii prawa do życia. W tej dramatycznej sytuacji naszej kultury masowej Joanna Najfeld – przez swe zaangażowanie – broni honoru całego polskiego dziennikarstwa. W swej walce nie może zostać sama. Wszyscy musimy jasno stanąć po jej stronie.
Szczegóły sprawy na www.mamproces.pl
Gratulacje dla Jerzego Buzka
Należą się nowemu przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego i politykom, którzy wspierali jego kandydaturę. Stanowiska nie zastąpią interesów (mówiłem o tym wielokrotnie, bo inne stawiamy priorytety w Europie), ale Polak obejmujący ważne stanowisko międzynarodowe powinien czuć poparcie polskiej opinii publicznej. Oczywiście nie bezkrytyczne, ale z realnym kredytem zaufania. Jerzy Buzek pozostaje polskim posłem do Parlamentu Strasbourgskiego, nawet więcej niż posłem, bo wokół nadziei na jego przewodnictwo PO zbudowała swoją zwycięską kampanię wyborczą. To zobowiązuje.
Dobrze, że w pierwszym przemówieniu nowy przewodniczący mówił nie tylko o historii (którą należy często przypominać), ale o szacunku Europy zachodniej dla środkowej jako warunku jedności Europy. Dobrze, że mówił o bezpieczeństwie energetycznym, że chcemy „mieć pewność, że jak odkręcimy kurek z gazem, to gaz popłynie”. Dobrze, że wymienił wszystkich dziesięć państw Unii wyzwolonych z komunizmu – od Estonii i Łotwy po Bułgarię i Słowenię. Nie wiem, czy ironiczna uwaga na temat zaangażowania naszych zachodnich sąsiadów w walkę o wolność naszych krajów ( poprzez „małe, ale jak ważne gesty, wysyłanie paczek”) była zamierzona, ale wyszła bardzo celnie. Podobnie jak uroczysta, choć ciągle życzeniowa, formuła – „nie ma «nas» i «was»… To jest nasza wspólna Europa”.
Mówiąc o jedności Europy nowy przewodniczący nie powinien milczeć o jej chrześcijańskiej tożsamości. Została z tego jedynie figurka Świętej Barbary, ofiarowana Hansowi-Gertowi Pötteringowi. Bardzo źle – w kontekście milczenia o chrześcijańskiej Europie – zabrzmiała elogia na cześć Simone Veil, autorki francuskiego ustawodawstwa aborcyjnego. Wolę wierzyć, że była to pomyłka wynikająca z niewiedzy, a nie świadoma demonstracja poprawności politycznej.
Nadzieja Benedykta XVI
Większość pospiesznych komentatorów przeoczyła to, co stanowi najważniejszy motyw nowej encykliki Benedykta XVI. Choć Caritas in veritate mówi o problemach rozwoju i obecnego kryzysu ekonomicznego – perspektywa encykliki jest zdecydowania teocentryczna. W tym sensie Caritas in veritate przekracza współczesne tendencje do mówienia o sprawach społecznych „metajęzykiem”, zastępującym „niezrozumiałe” orędzie o Bogu – „zrozumiałą” argumentacją z dziedziny praw człowieka.
Benedykt XVI występuje w obronie „prawdziwego i właściwego miejsca dla Boga w świecie” (art. 4), miejsca „również w sferze publicznej, ze szczególnym odniesieniem do wymiaru kulturowego, społecznego, ekonomicznego, a zwłaszcza politycznego” (art. 56). Nie waha się o tym pisać w długim dokumencie poświęconym wyjściu z obecnego kryzysu, którego finansowy kryzys jest tylko objawem. Bo Ojciec Święty chce umocnić w nas wiarę (a nie ma ważniejszego zadania Następcy Piotra), że „Bóg obdarza nas siłą, by walczyć i cierpieć za miłość do dobra wspólnego, ponieważ On jest naszym Wszystkim, naszą największą nadzieją” (art. 78).
Owszem, realistycznie idzie śladem Jana Pawła II, który w swojej adhortacji-testamencie społecznym Ecclesia in Europa pisał (art. 19), że chrześcijaństwo w dzisiejszym świecie kształtuje społeczeństwo wtedy, gdy jego zasady są przyjmowane, ale również poprzez kontrowersje, gdy jego orędzie jest odrzucane.
„Spisek” inaczej
„Spisek” Wołkowa wywołał różne reakcje. Takie jak Piotra Skwiecińskiego (ogłoszenie końca antykomunizmu, skoro jeden z jego najbardziej przenikliwych proroków kończy jako przekonany putinista), albo takie jak Piotra Semki, który w „Spisku” dojrzał nie ważkie świadectwo, ale moskiewską propagandę. Ja gdzie indziej widzę znaczenie tej książki. Władimir Wołkow jest pisarzem zbyt ważnym, by jego głos zlekceważyć, ale zawsze powinniśmy też pamiętać, że jest pisarzem rosyjsko-francuskim, ściśle biorąc rosyjskim pisarzem języka francuskiego, Rosjaninem urodzonym i żyjącym we Francji, służącym Francji i Francuzem zaangażowanym we francuską prawicę.
„Spisek” jest więc też kapitalnym świadectwem francuskiego cisatlantyzmu. Pozwala doskonale zrozumieć jego mentalność, z próżnym, bo bezprzedmiotowym, nacjonalizmem, z antyamerykanizmem wynikającym nie ze zderzenia wizji świata i interesów, ale z czystej zawiści (oni są supermocarstwem, czemu nie my!?). To dla takiego „wydrążonego” (bo pozbawionego ideału cywilizacyjnego) nacjonalizmu fascynującym zjawiskiem może być Rosja. Państwo autorytarne (choć nie broniące niczego), nakładające na poddanych „obowiązki” (też nie wiadomo w imię czego), prowadzące politykę „antyhegemonistyczną” (za cenę przymierza z najgorszymi szumowinami polityki międzynarodowej). W tym świecie nihilistycznych marzeń o potędze nie ma miejsca na rzeczywistość, zadającą proste i konkretne pytania. Nie ma więc miejsca na Polskę, o której na kilkuset stronach powieści o rosyjskiej polityce neoimperialnej nie ma ani słowa. Gdyby sobie o niej przypomniał poczciwy pułkownik Sangdeboeuf – na pewno by się zmartwił. Woli nie pamiętać, bo w końcu jest Francuzem i katolikiem.
W sprawie złotego czas na decyzję opozycji
Słowacja ujawniła skalę swego załamania gospodarczego po przyjęciu euro. Na Litwie znane są konsekwencje ograniczenia narodowych kompetencji w polityce pieniężnej i wejścia w korytarz walutowy ERM II. Litwa nie może wykonywać już adaptacji swej waluty do potrzeb eksportu, a eksport i produkcja spadają. O tym, że deklaracja premiera Tuska o porzuceniu waluty narodowej była manifestacją skrajnej nieodpowiedzialności – mówiłem i pisałem wielokrotnie. Niestety, rząd w tej sprawie natrafił w Parlamencie jedynie na retoryczną opozycję. PiS wyraził zgodę na przyjęcie wspólnej waluty, na wykreślenie z Konstytucji instrumentów narodowej polityki pieniężnej – byle po referendum. A referendum – to okazja zarówno do kolejnej awantury, jak i do podzielenia opinii w ramach układu PO-PiS.
W czasie kampanii rozmawiałem w redakcji Frondy z Arkadiuszem Mularczykiem, moim młodym kolegą z Sejmu i miarodajnym reprezentantem „konserwatystów” PiS. Gdy zarzuciłem PiS gotowość wprowadzenia euro – poprzez referendum – pokazał, że na temat międzynarodowej waluty ma aż dwa zdania, krytyczne i pozytywne. Każde na właściwy etap polityki partii. Czas już na zakończenie tych gier. Dziś cała opinia broniąca naprawdę narodowej waluty (szczególnie jako instrumentu polskiej polityki w czasach kryzysu) powinna domagać się jasnego stanowiska opozycji. Partia, która ma i chce mieć ponad jedną trzecią mandatów w Sejmie, ma obowiązek wykonywać władzę przyjętą od społeczeństwa: władzę ochrony konstytucyjnych praw Rzeczypospolitej. Jeśli PiS jest za zachowaniem złotego, przynajmniej w ciągu najbliższych lat, już dziś powinien powiedzieć jasno – że ani w tej, ani w przyszłej kadencji Sejmu, nie wyrazi zgody na zmianę 227-go artykułu Konstytucji.