„Spisek” Wołkowa wywołał różne reakcje. Takie jak Piotra Skwiecińskiego (ogłoszenie końca antykomunizmu, skoro jeden z jego najbardziej przenikliwych proroków kończy jako przekonany putinista), albo takie jak Piotra Semki, który w „Spisku” dojrzał nie ważkie świadectwo, ale moskiewską propagandę. Ja gdzie indziej widzę znaczenie tej książki. Władimir Wołkow jest pisarzem zbyt ważnym, by jego głos zlekceważyć, ale zawsze powinniśmy też pamiętać, że jest pisarzem rosyjsko-francuskim, ściśle biorąc rosyjskim pisarzem języka francuskiego, Rosjaninem urodzonym i żyjącym we Francji, służącym Francji i Francuzem zaangażowanym we francuską prawicę.
„Spisek” jest więc też kapitalnym świadectwem francuskiego cisatlantyzmu. Pozwala doskonale zrozumieć jego mentalność, z próżnym, bo bezprzedmiotowym, nacjonalizmem, z antyamerykanizmem wynikającym nie ze zderzenia wizji świata i interesów, ale z czystej zawiści (oni są supermocarstwem, czemu nie my!?). To dla takiego „wydrążonego” (bo pozbawionego ideału cywilizacyjnego) nacjonalizmu fascynującym zjawiskiem może być Rosja. Państwo autorytarne (choć nie broniące niczego), nakładające na poddanych „obowiązki” (też nie wiadomo w imię czego), prowadzące politykę „antyhegemonistyczną” (za cenę przymierza z najgorszymi szumowinami polityki międzynarodowej). W tym świecie nihilistycznych marzeń o potędze nie ma miejsca na rzeczywistość, zadającą proste i konkretne pytania. Nie ma więc miejsca na Polskę, o której na kilkuset stronach powieści o rosyjskiej polityce neoimperialnej nie ma ani słowa. Gdyby sobie o niej przypomniał poczciwy pułkownik Sangdeboeuf – na pewno by się zmartwił. Woli nie pamiętać, bo w końcu jest Francuzem i katolikiem.
Już dzisiaj się zastanawiam, gdzie kupić taniej podręczniki szkolne dla piątki moich dzieci – taka jest moja rzeczywistość.
W końcu autorytaryzm jest jakąś koncepcją ustrojową, a ściślej formą politycznego reżymu, wcale nie gorszą niż demokracja. Pozwala on na zrealizowanie długookresowych planów, np. sojuszy międzynarodowych, celów polityki zagranicznej, inwestycji infrastrukturalnych (budowa szlaków komunikacyjnych). W dmokracji zaś dany trend polityczny staje się epizodem, ktorego shyłek przypada zazwyczaj na początek kolejnej kadencji ciał przedstawicielskich. Czyżby elity, teoria ich wymiany – przedstawiona przez V. Pareto – miała u nas zastosowanie w jakże krótkim, gdyż 4-letnim okresie? W ustroju demokratycznym nie ma oczywiście mowy w publicznym dyskursie o jakimkolwiek zestawianiu demokracji z autorytaryzmem, chyba że w kontekście realizacji swobód obywatelskich. Wiadomo, że signum naszych czasów stało się zgwarantowanie jak najszerszych praw politycznych i ekonomicznych kategorii “wszystkich”. Państwo stara się zajmować coraz większą liczbą spraw. Stara się, ponieważ jakość usług publicznych, jak i ich zakres jest dalece niewystarczający. Czy nie lepiej byłoby, gdyby instytucje państwowe stosowały ściśle zasadę subsydiarności, wyłożoną w podręcznikach katolockiej nauki społecznej? Gdyby tak rzeczywiście było, określonymi sprawami, jak ochrona zdrowia, ubezpieczenia na wypadek niekorzystnych zdarzeń losowych etc. zajęliby się sami zainteresowani, a dopiero w ostatniej kolejności instytucje świadczące publiczne usługi. Istotą demokracji jest zawłaszczenie pod “przkrywką” opieki nad najsłabszymi, określonymi grupami zawodowymi coraz większego obszaru spraw społecznych. A cóż to za wolność, kiedy państwo stara się mnie wychowywać, podważając tym samym kompetencje moich rodziców; wmawiać mi ustami polityków, co jest dla mnie najlepsze, a czego nie powinienem czynić? Chciałbym żyć w państwie, które dba o porządek publiczny, w którym władza skutecznie zabezpieczy moje najcenniejsze dobra osobiste (życie, mienie, cześć), pozostawia wymianę gospodarczą swobodnej decyzji samych zainteresowanych (zapewnia stabilność pieniądza, nie tworzy korporacji – czego tak żarliwie domagał się F. Bastiat, udaremnia tworzenie monopoli). Chciałbym, aby państwo traktowało wszystkich jak osoby odpowiedzialne, które zwłaszcza dzięku swoim talentom, przezorności, a nawet umiejętności podejmowania ryzyka decydowałyby o swoim miejscu w hierarchii społecznej. Pamiętam jak pięknie o rządach gen. Pinocheta pisał ks. M. Poradowski. W takim państwie aż chciałoby się żyć. A tu pospolitość skrzeczy.
Moja rzeczywistość jest nieco inna