Należą się nowemu przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego i politykom, którzy wspierali jego kandydaturę. Stanowiska nie zastąpią interesów (mówiłem o tym wielokrotnie, bo inne stawiamy priorytety w Europie), ale Polak obejmujący ważne stanowisko międzynarodowe powinien czuć poparcie polskiej opinii publicznej. Oczywiście nie bezkrytyczne, ale z realnym kredytem zaufania. Jerzy Buzek pozostaje polskim posłem do Parlamentu Strasbourgskiego, nawet więcej niż posłem, bo wokół nadziei na jego przewodnictwo PO zbudowała swoją zwycięską kampanię wyborczą. To zobowiązuje. 

Dobrze, że w pierwszym przemówieniu nowy przewodniczący mówił nie tylko o historii (którą należy często przypominać), ale o szacunku Europy zachodniej dla środkowej jako warunku jedności Europy. Dobrze, że mówił o bezpieczeństwie energetycznym, że chcemy „mieć pewność, że jak odkręcimy kurek z gazem, to gaz popłynie”.  Dobrze, że wymienił wszystkich dziesięć państw Unii wyzwolonych z komunizmu – od Estonii i Łotwy po Bułgarię i Słowenię. Nie wiem, czy ironiczna uwaga na temat zaangażowania naszych zachodnich sąsiadów w walkę o wolność naszych krajów ( poprzez „małe, ale jak ważne gesty, wysyłanie paczek”) była zamierzona, ale wyszła bardzo celnie. Podobnie jak uroczysta, choć ciągle życzeniowa, formuła – „nie ma «nas» i «was»… To jest nasza wspólna Europa”.   

Mówiąc o jedności Europy nowy przewodniczący nie powinien milczeć o jej chrześcijańskiej tożsamości. Została z tego jedynie figurka Świętej Barbary, ofiarowana Hansowi-Gertowi Pötteringowi. Bardzo źle – w kontekście milczenia o chrześcijańskiej Europie – zabrzmiała elogia na cześć Simone Veil, autorki francuskiego ustawodawstwa aborcyjnego. Wolę wierzyć, że była to pomyłka wynikająca z niewiedzy, a nie świadoma demonstracja poprawności politycznej.