Kilka lat temu próbowaliśmy ustanowić w Sejmie 22 lipca – Dniem Pamięci Ofiar Komunizmu. Na pomysł ten wpadłem lata temu, gdy ks. Witold Andrzejewski w dniu, kiedy komuniści świętowali 40-lecie PRL, odprawił w katedrze gorzowskiej Mszę świętą w intencji ich ofiar. Ten dzień bowiem, wybrany przez komunistów dla poniżania naszego narodu, mający zastąpić 3 Maja i 11 Listopada – powinien pozostać w pamięci Polaków byśmy nigdy nie zapomnieli o tych, którzy mieli udział w cierpieniach Ojczyzny, o barbarzyństwie systemu, który zanegował religię, narodową tradycję i rodzinę, choć w naszym kraju przybrał formę marionetkowych rządów kolaboracyjnych. 22 lipca powinien bowiem przypominać i naszą polską kolaborację, stawiając każdego z nas przed pytaniem – czy gdybyś dostał drugą szansę chciałbyś dzielić cierpienia Polski, czy robić karierę kosztem Polski? Dzień ten miał mieć również wymiar uniwersalny – przypominając ofiary poniesione przez narody walczące z komunizmem, a przede wszystkim cierpienia narodów ciągle żyjących pod jego władzą – w Chinach, Wietnamie, Korei, na Kubie. 

Projekt Dnia Pamięci Ofiar Komunizmu wtedy upadł, zablokowany przez PO i PSL, które twierdziły, że taka data obraża samą ideę. Zupełnie inaczej odczytała to „Trybuna”, widząc w ustanowieniu Dnia definitywne, symboliczne napiętnowanie PRL. Zareagowali gwałtownie, bo banalizacja PRL była od początku zasadniczym motywem ideowej strategii postkomunistów i podstawą ich politycznych sukcesów. Tym bardziej proklamacja Dnia Pamięci Ofiar Komunizmu jest ciągle zadaniem do wykonania.