sierpień 2009
Miesiąc
Międzynarodowe
31 sierpnia 2009
Polska w oczach Putina
Artykuł opublikowany dziś w „Gazecie Wyborczej” jest bardzo ciekawy, zasługuje na uwagę i odpowiedź. W istocie można go sprowadzić do czterech tez: dwóch na temat historii Europy, jednej na temat przyszłości Europy i jednej na temat stosunku Polaków do własnej historii.
Po pierwsze – Władimir Putin wpisuje się w starą tezę międzywojennych rewizjonistów o wojnie wywołanej przez traktat wersalski, który „upokorzył Niemcy”. Sama ta teza stanowi zamaszysty ukłon w stronę Berlina. Po drugie – Putin pisząc o Związku Sowieckim traktuje go cały czas jako normalne państwo, takie jak przedwojenne zachodnie demokracje. To bardzo mocne, choć dyskretne, rozgrzeszenie historyczne komunizmu, który dziś zasługuje na potępienie, ale go nie wymaga – jako przebrzmiałe dzieło swojej epoki. Tak właśnie premier Rosji opisuje pakt Ribbentrop-Mołotow. Po trzecie – Putin proponuje nam w istocie reorientację geopolityczną i szukanie dla siebie miejsca w Europie zorganizowanej przez Rosję i Niemcy. Jeśli zaakceptujemy ten nowy motor europejskiej polityki – możemy liczyć na materialne korzyści. Wreszcie po czwarte – Putin potępia Katyń, ale warunkowo – o ile choć milcząco przyjmiemy zarzut zbrodni na jeńcach bolszewickich w ’20 roku.
Ten ciekawy manifest polityczny nie powinien być przedmiotem ani naiwnej fascynacji, ani jałowego oburzenia. Jest ciekawym sformułowaniem rosyjskiej racji stanu. Zasługuje na odpowiedź w podobnej konwencji, w jakiej został napisany: na temat historii Europy w pierwszej połowie XX wieku, na temat Europy XXI wieku i warunków normalizacji naszych stosunków. I oczywiście nie można nie reagować na historyczne pomówienia. Bo jeśli będziemy milczeć – test naszej słabości wypadnie pozytywnie; pozytywnie dla strony, która testuje naszą słabość.
Międzynarodowe
25 sierpnia 2009
Doktryna wypędzenia i cierpienia przesiedleńców
Pierwowzorem gmachu Sejmu Rzeczypospolitej jest znacznie mniejszy, ale jeszcze ładniejszy, gmach Sejmu Śląskiego. Sejm ten był główną instytucją autonomii województwa śląskiego w Drugiej Rzeczypospolitej. Dobrze, że przypomnieli o tym w swoim (poza tym skandalicznym) oświadczeniu przywódcy Związku Narodowości Śląskiej. Autonomia śląska jest bowiem jasnym symbolem społecznego współżycia Polaków i Niemców w wolnej Polsce. Nie było bezkonfliktowe, ale Niemiec w Drugiej Rzeczypospolitej miał więcej wolności niż w Trzeciej Rzeszy. Nie myśmy odrzucali wspólne życie w jednym państwie, to dla Niemców freiheit, o której tak patetycznie mówiła pani Steinbach na Dniu Stron Ojczystych, oznaczała odrzucenie życia w jednym państwie z Polakami i Czechami. Nazywanie powojennych przesiedleń zarządzonych przez umowy poczdamskie „wypędzeniami” to po prostu insynuowanie (jak otwarcie zrobiła to pani Steinbach), że to Polacy i Czesi nie chcieli z Niemcami żyć w jednym państwie. Tę możliwość Niemcy odrzucili, a nasz kraj – po zbrodniach najazdów, zaborów i ludobójstwa – miał prawo do bezpiecznych granic; a dziś ma prawo do szacunku dla swoich granic i swojej historii.
Niemieckim znajomym zawsze mówiłem z przyjaźnią: im mniej w sprawie przesiedleń będzie z Waszej strony pretensji i oskarżeń, tym więcej z naszej strony będzie wyrazów empatii wobec oczywistych cierpień wielu przypadkowych ludzi. Ale to nie Polska jest winna tragedii, której ostatnim akordem było przesiedlenie. Winni są ich ziomkowie ze Stron Ojczystych, którzy masowo głosowali na hitlerowców, a wcześniej kwestionowali prawo Polski do życia w granicach nawet skromniejszych niż te sprzed zbrodni rozbiorów.
Międzynarodowe
24 sierpnia 2009
Neohitlerowskie tezy pani Steinbach
Prawda nierzadko zaskakuje. Nic dziwnego – świat stworzony jest większy od naszej wyobraźni, a i ludzie potrafią robić rzeczy niewyobrażalne. Pan Jerzy Stawicki pyta jakie to „ataki hitlerowskiej propagandy powtórzyła” Erika Steinbach w swoim przemówieniu? Pytanie zasługuje na odpowiedź, dociekliwość i (rzadka w internecie) nie-anonimowość zasługują na szacunek.
Propaganda goebbelsowska przedstawiała przedwojenną polsko-niemiecką granicę jako granicę „krwawiącą”. Pani Steinbach zarzuciła Drugiej Rzeczypospolitej ni mniej, nie więcej – tylko „wypędzenie” miliona Niemców ze swych granic. To właśnie takie antypolskie kłamstwa były wstępem (czyli pierwszą częścią) niemieckiej agresji na Polskę. Jeśli chodzi o Czechosłowację – pani Steinbach zasugerowała, że źródłem niemieckiego narodowego socjalizmu (a jednocześnie „wypędzeń”) są poglądy czeskiej Wiosny Ludów z 1848 roku.
Tego typu tezy to jednak więcej niż propaganda hitlerowska. Dziś bowiem żyjemy po Hitlerze. Tezy pani Steinbach (choć wyglądają jak skwarki w poprawnym politycznie sosie), to po prostu usprawiedliwianie wojny i zaborów Hitlera. Okazuje się bowiem, że ruch Henleina w Sudetach był ostatnią rozpaczliwą próbą uniknięcia przygotowywanego od stu lat „wypędzenia”. A najazd na Polskę był tylko wojną – w klasycznym sensie tego słowa – odwetową, naprawiającą wcześniej popełnioną niesprawiedliwość. Tezy pani Steinbach – wygłaszane siedemdziesiąt lat po drugiej wojnie światowej – to czynienie z ofiar wojny jej faktycznych sprawców.
Pan Stawicki jednak nie tylko mnie pytał, ale i oceniał. To z kolei zakłada, że wiedział o czym pisze i znał przemówienie Eryki Steinbach. Jeśli tak – to go głęboko nie rozumiem. Reakcja na agresję pani Steinbach to kwestia zwykłej narodowej godności. Jeśli jednak jej przemówienia nie znał, to zachęcam by w mniejszym stopniu kierował się uprzedzeniami, a jeśli nawet się im poddaje – żeby nie obrażał ludzi.
Międzynarodowe and Polityka
22 sierpnia 2009
Pani Steinbach to problem znacznie poważniejszy niż pani Steinbach
Eryka Steinbach uczciła siedemdziesiątą rocznicę Paktu Ribbentrop-Mołotow przemówieniem, w którym powtórzyła ataki hitlerowskiej propagandy na przedwojenną Polskę i Czechosłowację. Przypominam kontekst daty, bo przymierze Niemiec z państwem Stalina nie było jakimś specyficznie hitlerowskim wkładem w politykę niemiecką, ale realizacją oczekiwań niemieckiej opinii publicznej przez cały okres poprzedzający przekazanie Hitlerowi władzy przez niemieckie społeczeństwo. Za przymierze z Sowietami, zbrodnię najazdu i rozbioru Polski, ponoszą odpowiedzialność Niemcy jako państwo.
W Niemczech mam wielu znajomych, ale co ciekawe – nie spotkałem nikogo (może z wyjątkiem Gesine Schwan) kto jasno uznałby niesprawiedliwość polityki niemieckiej wobec Polski w okresie Republiki Weimarskiej. Jeszcze niedawno przecież Der Spiegel wypisywał bzdury o polskim „korytarzu” i utracie jednej siódmej niemieckiego terytorium po pierwszej wojnie światowej. Co było tym nieszczęściem? Że Polska odzyskała niepodległość wraz z Pomorzem Gdańskim i Wielkopolską, że Alzacja i Lotaryngia wróciły do Francji?
W Dniu Stron Ojczystych uczestniczyła i mowy pani Steinbach wysłuchała kanclerz Merkel. To pokazuje jasno, że problemem stosunków polsko-niemieckich nie jest pani Steinbach personalnie, ale doktryna wypędzenia jako taka, mocny mandat państwa niemieckiego dla nadania ruchowi przesiedleńców charakteru moralnie rewizjonistycznego. Oczywiście, część winy jest i po naszej stronie – bo to kolejne polskie rządy tolerują doktrynę wypędzenia, jako alibi podejmując od czasu do czasu wygodny i zastępczy temat pani Steinbach.
Christianitas and Polityka
20 sierpnia 2009
Dextera Reipublicae
Przypominam dla porządku: nasza partia – wbrew temu, jak jest często nazywana w mediach, nie nazywa się Prawica RP, ale Prawica Rzeczypospolitej. W tej nazwie zawiera się rola, którą chcemy wypełnić, cel naszej pracy, nasze rozumienie państwa, nasza tradycja. Jesteśmy prawicą, bo opowiadamy się jednoznacznie za cywilizacją chrześcijańską i dla niej chcemy pracować. Wierzymy w nią jako cywilizację wierności Bogu i humanizmu katolickiego, życia i miłości – najlepiej chroniącą ludzi i ich prawa, dającą życie narodom i wzywającą je do solidarności, łączącą ład i wolność. Jednocześnie chcemy być prawicą Rzeczypospolitej, partią w służbie interesu publicznego, gdy dzisiejszą polityką rządzą ambicje i interesy wyborcze. Chcemy być „organem” Rzeczypospolitej, więc państwa budującego solidarność całego narodu – opierającego się na tym, co stanowi jego stałą więź (przede wszystkim na naszej tożsamości katolickiej), ale otwartego na wszystkich Polaków, budującego solidarność wszystkich, zgodnie z nauką Księdza Skargi o Ojczyźnie, która jest matką wszystkich swoich dzieci. Wierzymy w stałą wartość Państwa Polskiego, materializującego Ojczyznę, w czym ostatnio bardzo konkretnie wsparł nas Ojciec Święty, pisząc w „Caritas in veritate”, że „zintegrowana ekonomia naszych dni nie eliminuje roli państw, a raczej angażuje rządy do głębszej wzajemnej współpracy. (…) W odniesieniu do rozwiązania obecnego kryzysu, rola państwa wydaje się wzrastać, odzyskując wiele ze swych kompetencji. Istnieją ponadto narody, dla których budowanie lub odbudowywanie państwa jest nadal kluczowym elementem ich rozwoju…” (art. 41) Co więcej „uczestnictwo krajów nowych lub będących na drodze rozwoju pozwala dzisiaj lepiej zarządzać kryzysem” (art. 42). Tak właśnie rozumiemy rolę Polski (a także wyzwolonych z komunizmu państw Europy środkowej) we współpracy europejskiej.
Historia
19 sierpnia 2009
Nota historyczna na marginesie
Ludwik Skurzak w dosadnych słowach pyta po co wprowadziłem Przymierze Prawicy do PiS-u przed siedmiu laty. Pytanie jest oparte na fałszywym założeniu – jakobym był co najmniej jednym z głównych promotorów likwidacji Przymierza. Jako przewodniczący Rady Politycznej PP byłem nastawiony na ścisłą i lojalną współpracę z Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi, ale również – w przeciwieństwie do tego, co pisze Ludwik Skurzak – na utrzymanie oparcia dla naszej samodzielności politycznej w postaci odrębnej partii. Wspólnie z Kazimierzem Ujazdowskim i Marianem Piłką byliśmy ostatnimi, którzy przychylali się do stanowiska większości. Zwolennikiem szybkiego wejścia do PiS był Kazimierz Marcinkiewicz. Był zdecydowanie przeciwny mojej propozycji, by decyzję o zjednoczeniu poprzedzić powołaniem regionalnych komitetów koordynacyjnych PiS i PP, gdyż uważał to za sabotowanie szybkiej integracji. Stanowisko Marcinkiewicza podzielał b.prezes SKL Mirosław Styczeń, a z mniejszą determinacją – Wiesław Walendziak i Marcin Libicki. Najdłużej na pozycjach samodzielności wytrwał jeszcze Mariusz Kamiński, ale gdy Jarosław Kaczyński obiecał mu, że w PiS nigdy nie znajdzie się Karol Karski (który zwalczał opozycyjną działalność NZS i samego Mariusza na UW, w drugiej połowie lat 80-tych), wówczas i Mariusz Kamiński zaakceptował rozwiązanie Przymierza, czyli stanowisko większości jego działaczy. Tak wygląda historia. Jako historyk znam wartość każdej relacji o wydarzeniach politycznych; jako polityk wiem, że prawda o ich przebiegu często nie ma żadnego politycznego znaczenia.
Polityka
18 sierpnia 2009
Nasze kryterium wyborcze
Dziennikarze są bardziej niecierpliwi od polityków, ale w końcu – taka jest cecha ich zawodu. Dzisiejsza „Rzeczpospolita” pisze o moim ewentualnym starcie w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Powtórzę to, co powiedziałem red. Wojciechowi Wybranowskiemu – w tej sprawie Prawica ostateczną decyzję podejmie w przyszłym roku i nie będzie to decyzja pochopna. Teraz jest czas zbierania jej przesłanek. Najważniejsza z nich – to reprezentacja poglądów chrześcijańsko-konserwatywnych w tych wyborach. To dla nich odeszliśmy z PiS, gdy okazało się, że PiS na działalność na ich rzecz zgadza się jedynie w ramach podwójnej doktryny: 30 % i „jednakowo dobrych” (szczegółowo referuję je w książce „Dysydent w państwie POPiS”). Odrzuciliśmy więc udział w tej grze pozorów, nie chcąc wprowadzać w błąd opinii katolickiej. Po odejściu z PiS wyraźnie oświadczaliśmy, że jesteśmy samodzielną częścią większości rządowej, a pytany o przyszłe wybory prezydenckie – oświadczyłem, że chciałbym móc poprzeć prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Potem wielokrotnie powtarzałem, że po okresie bezwarunkowego poparcia opinii katolickiej dla PiS – przyszedł czas warunkowej współpracy. I wielokrotnie wspierałem Prezydenta w sprawach zagranicznych, medialnych czy jego konstytucyjnych kompetencji. Nasza postawa nie spotkała się z żadnym pozytywnym odzewem. Przeciwnie, przywódcy PiS wielokrotnie powtarzali, że zrobią wszystko, by w Polsce nie powstała samodzielna reprezentacja opinii katolickiej (jak mówią – „coś na prawo od PiS”). Nie widać tam żadnej zdolności partnerskiej współpracy, prócz monopolistycznej chęci pozyskiwania dyspozycyjnych środowisk satelickich. Dziś ta oferta kierowana jest do rozbitków po LPR. W tekście Wojciecha Wybranowskiego jeden z liderów PiS oświadcza, że „trzeba rozmawiać i znaleźć rozwiązania, które środowiskom tym pozwoliłyby również odnaleźć się wewnątrz PiS”. Nie ma tu żadnej poważnej refleksji nad polską racją stanu i zadaniami prawicy w Polsce, jest tylko „szukanie miejsca” dla polityków „szukających miejsca”. A my nie szukamy ani „miejsca”, ani „niszy”. Dla nas najważniejsza jest realna zmiana i przywrócenie zasad w polityce polskiej.
Kalectwo współczesności
W starym komentarzu do dzisiejszej Ewangelii tynieccy benedyktyni pisali: „Głuchota na słowo Boże i zupełna niezdolność mówienia do Boga i o Bogu – to jedno z najcięższych kalectw nowoczesnego człowieka…”. A ćwierć wieku później, w „Silence sur l’essentiel”, Jean Guitton napisze o nieznośnym milczeniu o Bogu, również współczesnego Chrześcijaństwa. Milczeniu, które przypomina Kościoły milczenia, zmuszone do milczenia w krajach opanowanych przez komunizm. To nowe milczenie nie jest jednak wymuszone przez przemoc, najwyżej przez to, co Jadwiga Staniszkis umownie określa jako przemoc strukturalną instytucji współczesnej cywilizacji. W tym wypadku chodzi jednak nie tylko o instytucje, ale o bardzo utrwaloną kulturę, która mówienie o Bogu przyjmuje jako rzecz nienaturalną, niepotrzebną, niezrozumiałą. Dla współczesnej kultury guittonowskie „milczenie o Bogu” to stan naturalny. Nie można jednak serio wyznawać naszego Credo (które w końcu wyznajemy w otwartych świątyniach podczas Mszy katechumenów) i godzić się na ten przymus milczenia. Najlepiej jednak przeciwstawiać się mu nie w teoretycznych rozprawach, ale wtedy, gdy domaga się tego sama rzeczywistość, wydarzenia, które w chrześcijaństwie mają rangę zobowiązania. Taką okazją był wczorajszy warszawski występ Madony (nie mam ochoty stosować pisowni, której używa). Czy jej działalność nie jest bluźnierstwem? Nie słyszałem by spokojnie, w posłusznym oczekiwaniu na werdykt samych argumentów, rozważyli ten problem nasi dzisiejsi doktorzy.
Media and Polityka
8 sierpnia 2009
Gratulacje dla opozycyjnej koalicji
Politycy PiS udają dziś niewiniątka nie wiedząc jak właściwie doszło do ścisłego sojuszu PiS-SLD na terenie mediów. Sojuszu, który od razu ośmielił panów Millera i Czarzastego do ataku na parlamentarne śledztwo w sprawie Rywina i jego wyniki; do tej pory ich to boli – ale sojusz z PiS przyniósł wyraźną ulgę.
Współpraca PiS-SLD nie jest rzeczą nową. Nie chodzi zresztą o sprawy fundamentalne a okazjonalne, jak wspólne rozwiązanie Sejmu w koalicji PiS-PO-SLD dwa lata temu (zgoda SLD była koniecznym warunkiem skompletowania większości konstytucyjnej do „samorozwiązania”) . O stałej kooperacji pisałem już przeszło rok temu, że „kuriozalne pomysły PO nie mogą usprawiedliwiać tego, co dziś dzieje się w TVP pod władzą prezesa Urbańskiego, b. szefa Kancelarii Prezydenta i b. wiceprezydenta Warszawy, w obu rolach u boku prezydenta Lecha Kaczyńskiego. TVP staje się bowiem coraz bardziej kondominium PiS-SLD. Zresztą zwiastunem tego był powrót do telewizji publicznej – pod piękną flagą Samoobrony – całej młodej kwiatkowszczyzny, z ministrem Borysiukiem z Krajowej Rady RTV na czele. A dziś w nowej sytuacji mamy ewolucję od Kwiatkowskiego do Urbana. Właśnie jego zastępca z «Nie» – Piotr Gadzinowski – został wybrany przez «prawicową» Radę Programową TVP na wiceprzewodniczącego. I krótko potem na antenie telewizji publicznej zagościł sam Urban. Tak otwarta TVP zignorowała natomiast – jako jedyna stacja ogólnopolska – Marsz Życia i Rodziny. Włączyła się za to w najlepszym czasie antenowym w roztrząsania, ile czasu może jeszcze żyć dziecko Agaty, dając trybunę rzecznikom aborcji. Żaden realizm polityczny, «jedność prawicy» czy «prawo obrony» (które prezesowi Urbańskiemu przyznał publicznie Jarosław Kaczyński) nie może usprawiedliwiać tego wszystkiego. Dlatego zaapelowaliśmy do Prezydenta, by niezwłocznie zainicjował poważną debatę narodową, która mediom publicznym (i w ogóle ładowi medialnemu w Polsce) przywróci przynajmniej takie zaufanie, jakim cieszyły się do połowy lat 90-tych.” Kto ma ochotę, może przeczytać to sobie raz jeszcze pod datą 28 czerwca ub.r. na tym blogu.
Tak właśnie pisałem przeszło rok temu i od przeszło roku apelowaliśmy wspólnie z Jarosławem Sellinem do Prezydenta, by podjął rzeczywiste działania na rzecz niezależności mediów. Prezydent na nasze apele pozostał głuchy, a Jarosław Kaczyński woli być „skuteczny”. I jest. Gratulacje!
Daleko od Tybetu
Pewnie trudno w to uwierzyć, ale tylko w ostatnich tygodniach przyszły wiadomości o zbrodniach nienawiści antychrześcijańskiej w Korei Północnej, w Nigerii, w Pakistanie, w Indiach i na Kubie. Morduje się księży, działaczy katolickich lub prostych, biednych, ale wytrwałych w wierze, ludzi.
Jak im pomóc? Pomóc im może Bóg, o co my mamy obowiązek Go prosić; Papież nas o to prosił w intencjach misyjnych na ten miesiąc. Ale modlitwa, która zadowala się sobą, jest obłudą.
Pomóc czynnie powinno im całe Chrześcijaństwo, a szczególnie Zachód. Jak? To właśnie pytanie o sztukę polityki. Od rządów należy oczekiwać przede wszystkim odpowiedzialności i wytrwałości w realizacji wybranych strategii solidarności; demonstracje są potrzebne dopiero wtedy, gdy wyczerpią się wszystkie inne środki. Zresztą demonstracje to dziedzina akcji społecznej. Ale na naszych ulicach częściej widzimy manifestacje w obronie tybetańskich buddystów czy czeczeńskich muzułmanów, niż chrześcijan, którzy (niezależnie od tego czy o tym pamiętamy) są po prostu naszymi braćmi.
Bóg zawsze nagradza dobro. Warto o tym przypomnieć tym, dla których w polityce liczy się tylko korzyść. Bo często ich właśnie musimy nakłaniać do podjęcia jakiejkolwiek pomocy. Dla Polski umieszczenie solidarności chrześcijańskiej na czele agendy polityki praw człowieka to – poza wszystkim – znakomita okazja do zbudowania naszej czytelnej tożsamości politycznej i pozycji moralnej w Unii Europejskiej. A dla Unii Europejskiej – do zbudowania swojej wewnętrznej tożsamości i zewnętrznej soft power w świecie. Zrozumieć to powinien każdy, prócz ludzi i środowisk całkowicie wyobcowanych z cywilizacji chrześcijańskiej, i prócz tych, którzy nie mają odwagi samodzielnie myśleć.