Pewnie trudno w to uwierzyć, ale tylko w ostatnich tygodniach przyszły wiadomości o zbrodniach nienawiści antychrześcijańskiej w Korei Północnej, w Nigerii, w Pakistanie, w Indiach i na Kubie. Morduje się księży, działaczy katolickich lub prostych, biednych, ale wytrwałych w wierze, ludzi.   

Jak im pomóc? Pomóc im może Bóg, o co my mamy obowiązek Go prosić; Papież nas o to prosił w intencjach misyjnych na ten miesiąc. Ale modlitwa, która zadowala się sobą, jest obłudą.   

Pomóc czynnie powinno im całe Chrześcijaństwo, a szczególnie Zachód. Jak? To właśnie pytanie o sztukę polityki. Od rządów należy oczekiwać przede wszystkim odpowiedzialności i wytrwałości w realizacji wybranych strategii solidarności; demonstracje są potrzebne dopiero wtedy, gdy wyczerpią się wszystkie inne środki. Zresztą demonstracje to dziedzina akcji społecznej. Ale na naszych ulicach częściej widzimy manifestacje w obronie tybetańskich buddystów czy czeczeńskich muzułmanów, niż chrześcijan, którzy (niezależnie od tego czy o tym pamiętamy) są po prostu naszymi braćmi.    

Bóg zawsze nagradza dobro. Warto o tym przypomnieć tym, dla których w polityce liczy się tylko korzyść. Bo często ich właśnie musimy nakłaniać do podjęcia jakiejkolwiek pomocy. Dla Polski umieszczenie solidarności chrześcijańskiej na czele agendy polityki praw człowieka to – poza wszystkim – znakomita okazja do zbudowania naszej czytelnej tożsamości politycznej i pozycji moralnej w Unii Europejskiej. A dla Unii Europejskiej – do zbudowania swojej wewnętrznej tożsamości i zewnętrznej soft power w świecie. Zrozumieć to powinien każdy, prócz ludzi i środowisk całkowicie wyobcowanych z cywilizacji chrześcijańskiej, i prócz tych, którzy nie mają odwagi samodzielnie myśleć.