Afera hazardowa ma co najmniej dwa wymiary. Jeden ma charakter kryminalny, to sprawa motywów – by użyć określenia prezesa Sobiesiaka – „zarażenia” przywódców PO ideą narodowych pożytków hazardu. Rozmiary i wymiary tego „zarażenia” mają być przedmiotem śledztwa parlamentarnego, choć najlepiej byłoby gdyby śledztwo kontynuowało CBA pod kierownictwem Mariusza Kamińskiego i Prokuratura pod kierownictwem nowego (mającego najszersze poparcie polityczne i zaufanie społeczne) ministra sprawiedliwości w nowym rządzie. 

Drugi, który konsekwentnie próbuje bagatelizować premier Tusk, to poziom zażyłości (odwiedziny w domach, wspólne Sylwestry, wprowadzanie w ten krąg asystentów) ludzi z establishmentu PO z magnatami branży hazardowej. Tusk uważa, że to normalne – dopóki nie nastąpi jakaś „wpadka reputacyjna”. Mam nadzieję, że w Polsce jest dość ludzi, którzy uważają, że to kompletnie nienormalne. 

Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że ciągle lekceważy się rangę przewodniczącego Chlebowskiego. (Piszę świadomie „przewodniczącego”, bo Zbigniew Chlebowski dzięki zawieszającej decyzji, rekomendowanej przez przewodniczącego Tuska, ciągle nim pozostaje). To nie wiceprzewodniczący komisji, ani szeregowy poseł z Dolnego Śląska: to lider większości parlamentarnej, przywódca większości w Sejmie. Przywódca większości, który pokornie wysłuchuje jak znajomy biznesmen z niezwykłą „asertywnością” (by użyć jeszcze jednego określenia Prmiera) domaga się poganiania ministrów do załatwiania jego interesów, od czasu do czasu ubarwiając to rytmicznie rzucanym najpopularniejszym przekleństwem. 

Donald Tusk chce wyjaśnić czy było coś więcej, bo to co usłyszał to jeszcze mało. Donald Tusk – jako przywódca partii rządzącej – ponosi odpowiedzialność za umieszczanie na jej czele ludzi z półświatka. I dlatego – choć nie tylko dlatego – musi odejść. Musi odejść, bo jego pozostawanie na urzędzie radykalnie pogłębi polski kryzys polityczny. O tym więcej w następnym wpisie.