Pytanie o pozostawanie u władzy rządu Tuska jest pytaniem w pewnym sensie ustrojowym, o charakter władzy w Polsce: czy Rzecząpospolitą rządzić mają ludzie wyróżniający się we wszystkich koniecznych porządkach, a więc wiedzą i kulturą, prawością i doświadczeniem, zdolnościami i zasługami – czy do władzy ma mieć dostęp subkultura cwaniactwa, ludzie, którzy co innego mówią publicznie, co innego prywatnie, potrafią zadbać o „dobre znajomości”, wierzą, że pecunia non olet, bo dzięki pieniądzom kręci się rynek (również rynek wyborczy) i potrafią przy tym wszystkim unikać – jak to określił premier Tusk – „wpadek reputacyjnych”.   

Warto pamiętać kim w polskiej polityce był Zbigniew Chlebowski. Choć bowiem na rzecz branży hazardu wykonał – by użyć jego ulubionego określenia – „gigantyczną pracę”, o swych zasługach milczał z miną pokerzysty. W działalności otwartej specjalizował się w walce o „szczęście ludzi”. W sumie obie dziedziny nie były tak odległe, bo w żadnej innej branży „szczęście” nie jest tak potrzebne jak w hazardzie. Na temat „szczęścia ludzi” podczas debaty in vitro pouczał nawet Kościół, pokazując biskupom gdzie winni widzieć granice swej apostolskiej władzy. A gdyby ktoś wtedy powiedział, że owo „szczęście ludzi” jest przede wszystkim szczęściem grup nacisku zabiegających o finansowanie z pieniędzy publicznych prywatnych laboratoriów sztucznego zapłodnienia – nie tylko przewodniczący, ale cały Klub Platformy Obywatelskiej byłby oburzony. Dziś został z tego tylko zwiędły frazes.   

Więcej – w bieżącym numerze „Niedzieli”. Gdy pisałem ten artykuł nie znałem jeszcze – jak nikt w kraju – propozycji radykalnego ograniczenia hazardu. Postulat całkowicie słuszny, zasługuje na pochwałę, w niczym nie zmienia jednak odpowiedzialności premiera Tuska i ważności tego, co napisałem powyżej.