W kampanii, którą podejmuję, zmierzyć się muszę z NPL – Narodową Ligą Polityków. Zbieżność nazwy z NBA, NFL i NHL jest nieprzypadkowa. Tak jak w Stanach sport, tak u nas politykę zdominowały komercyjne przedsiębiorstwa, grające (niestety u nas nie piłką, ale interesem publicznym) w ligach zbudowanych nie przez otwartą konkurencję, ale przez kooptację. W wyborach istnieje jeszcze (mocno wykrzywiona dystrybucją pieniędzy państwowych) konkurencja. Ale pole debaty publicznej określa kooptacja. Dla większej części mediów realne jest to o czym mówią politycy – a politycy mówią nawzajem o sobie. Dlatego jeżeli Prezydent i premier przed europejskim szczytem międzyrządowym zgodnie milczą na temat równości dopłat bezpośrednich dla rolników w Europie – problem w oficjalnej debacie publicznej przestaje istnieć. Podobnie jak kwestia nominacji kandydackich do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, czy związana z nim (a bardziej ogólna) kwestia polskiej polityki praw człowieka w Europie. Pojawiają się za to kwestie znacznie poważniejsze – haki, pauzy w komisjach śledczych, występy posła Palikota. 

Co można w tej sytuacji zrobić? Przypomnieć sobie nauki Świętego Tomasza i Churchilla: nawet jeśli zabrakłoby nam instytucji i prawdziwych (łączących zasługi i kompetencje, doświadczenie i poświęcenie) elit – jest jeszcze nasz głos, zagłuszany i przemilczany, ale który wypowiemy w wyborach. Państwowe pieniądze NPL to tylko proteza tego, czym my dysponujemy: oparcia w realnej więzi społecznej, pracy i poświęcenia ludzi, zasad wyrastających z naszej kultury i rzeczywistości. Dlatego działamy, dlatego startuję i dlatego walczymy o sukces.