Wystartowały Mistrzostwa Świata; dla mnie zawsze były wydarzeniem ważniejszym od Olimpiady. Pamiętam legendy szkolne o Mistrzostwach’70 w Meksyku. Legendy, bo mogłem tylko o tym czytać w książkach piłkarskich. Pamiętam Mistrzostwa’74 – impuls do wiary w nasze narodowe możliwości. I Mistrzostwa’78 w Argentynie, które Jacek Gmoch chciał wygrać metodami naukowymi (o mało tego nie zrobił, gdy w decydującym meczu z Argentyną przesunął Heraklesa polskiej piłki, Jerzego Gorgonia, do ataku, a ten omal nie strzelił w końcówce gola). I Mistrzostwa’82 w stanie wojennym, z meczem z Sowietami, na którym Hiszpanie kazali zdjąć w przerwie wielki baner Solidarności za sowiecką bramką.

Ostatnio jest gorzej – ale Mistrzostwa Świata to Olimp futbolu, który zawsze warto kontemplować. Zawsze też gdy (już albo w ogóle) nie ma naszych – kibicuję Brazylii. Oni najlepiej potwierdzają prawdę, że piłka nożna jest sztuką. Z sympatią będę też patrzył na Nigerię – i tych, którzy zdobędą serca widzów swoją grą. Wszystko – na ile czas pozwoli. Ale będę go szukał, bo w końcu – jak mówił wielki Franz Beckenbauer – piłka nożna jest najważniejszą wśród rzeczy nieważnych.