Demoskopijny przyczynek do kwestii uniwersalizmu
• Miałem ostatnio interesującą debatę o uniwersalizmie na… twitterze. Nie będę jej tu relacjonował. Najkrócej mówiąc chodziło o to czy uniwersalne jest to, czego nikt nie odrzuca (z czego wynikałoby, że uniwersalny nie jest zakaz bicia żon, co islam dopuszcza) – czy to, co wszystkich obowiązuje, bo wynika z natury ludzkiej (w wymiarze osobowym i życia społecznego)? Nie wznawiając w tym miejscu debaty chcę podać tylko jeden ciekawy przyczynek w kontekście podstawowego dla sprawy aspektu.
• Wiara w Boga – źródło uniwersalizmu – łączy chrześcijan, Żydów, muzułmanów, w nią wpisuje się cała tradycja klasyczna. Niewątpliwie akceptacja naturalnej cnoty pobożności łączy nas też z wierzącymi poganami (szczególnie z czasów przedchrześcijańskich). Wiarę w Boga odrzucają tylko ateiści, którzy chcą tej własnej perspektywie podporządkować całe społeczeństwo, a nawet kulturę – domagając się społecznego uznania wiary w Boga za niewiarygodną hipotezę.
• Politykiem budzącym najmniej zaufania w polskim społeczeństwie jest Janusz Palikot. Wg najnowszych badań CBOS nie ufa mu 54 % Polaków. W kategorii średnich ocen (można wystawiać oceny od +5 do -5) ma również rekordową ocenę -1,52. Jedynie w dwóch grupach społecznych Palikot ma przewagę zaufania nad nieufnością: wśród młodzieży 18-24 lat (czyli środowiska ciągle pozostającego w stanie inkulturacji) oraz wśród Polaków niepraktykujących żadnej religii. Czyż więc popularność Palikota w tej drugiej grupie (tak mocno kontrastująca z nastrojami całego społeczeństwa) nie jest drobnym świadectwem tego, że najoczywistsze normy społeczne (tak często kontestowane przez Palikota) są najsłabiej bronione tam, gdzie odrzuca się religię jako taką?
Szanowny Panie Marszałku!
Jak mam rozumieć ten fragment: ”Wiara w Boga – źródło uniwersalizmu – łączy chrześcijan, Żydów, muzułmanów, w nią wpisuje się cała tradycja klasyczna. ”?
Nie wiem czy to literówka czy… no właśnie co?
dlaczego wyraz “Żydzi” jest napisany wielką literą? Bo co łączy mnie z Michnikiem, Urbanem czy Leninem wiara w Boga? Na pewno nie. Chyba że chodzi Panu o żydów, wyznawców judaizmu. To rozumiem. Więc dlaczego wyraz ten napisany wielką literą? Jeśli z szacunku do tej religii to czemu nie napisał Pan “Katolicy, Muzułmanie…” w taki sposób? Czy to literówka? Czy celowy błąd ortograficzny?
PS podano właściwy e-meil w tym poście a nie w poprzednim
@ Tadeknorek – “tabu” “dogmatyzm” “imaginacja” – uzywasz pojec, ktorych chyba nie rozumiesz …
Np. “Ludzie religijni uznaja tabu” – wybacz ale ludzie niereligijni tez uznaja tabu. Tabu maja znaczenie spoleczne ale jak rozumiem Ty ksiazek nawiazujacych do tej tematyki nie czytasz, bo po co…lepiej prawi sie kazania z ambonki.
Swiat odarlszy pewnych aspekty ludzkich zachowan z tajemnicy dostrzegl bezsens tych wysilkow prowadzacy do wiekszego ZNIEWOLENIA – tak stalo sie z rewolucja seksualna lat 60-tych.
http://tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=3532
Zacytuje tylko dwa zdania: Jak pisze Benedykt XVI w encyklice „Deus Caritas est”, obrazowi Boga monoteistycznego odpowiada małzeństwo monogamiczne. Także eros jest z Boga – podkreśla obecny papież – i nie należy odłączać go od agape ani przeciwstawiać sobie tych dwóch rodzajów miłości.
“Dogmatyzm” – oczywiscie w towarzystwie slowa “zacofany”, by brzmialo bardziej przekonujaco – przypomne – to stanowisko bezkrytycznego przyjmowania danych twierdzeń jako prawdy, bez weryfikacji i podawania w wątpliwość, na zasadzie wiary.
Dogmatyzm nie obowiazuje czlowieka religijnego w kwestii wyborow politycznych ale takze w kwestii pewnych wyborow moralnych. Zauwazyl to juz Sw. Pawel wiec odsylam do lektury jego listow.
“Imaginacja” – swietne slowo sprawdzajace sie w beletrystyce. Jezus mowi bardzo prosto :”Ja sie na to narodzilem i na to przyszedlem na swiat by dac swiadectwo PRAWDZIE”.
Jezus przyszedl na swiat w charakterze kontestatora choc takich jak Pan “oswieconych” bylo juz wielu i w jego czasach.
Haha, uśmiałem się nieźle. Później może odpowiem o ile będę miał ochotę. Widzę że lubisz mocno owijać w bawełnę.
Oświeceni dużo bardziej niż Jezus żyli nawet przed nim
@ Tadeknorek – Jesli oswieceni “bardziej” zyli i przed nim to dlaczego nie rozprawiali sie z tymi wszystkimi “tabu” i “dogmatyzmami”?
Nie jesteś w stanie mnie zdyskredytować poprzez zarzucanie mi niezrozumienia słów, których używam. Ludzie niereligijni uznają tabu, jeśli są zbyt mocno zanurzeni we wpływach kultury, która ma rodowód wyraźnie religijny. Tabu to konotacja religijna, choć także ideologiczna. Dogmat- sam przytoczyłeś jego definicję, więc jej nie powtarzam- jest nieodłączną podstawą niejednego systemu religijnego, czy ideologicznego. Czy nawet wiara w konkretnego boga nie wymaga ślepej wiary? Wymaga, ponieważ nie jest poparta żadnymi dowodami. Tabu ma znaczenie społeczne, jeśli społeczeństwo karmi się od lat dogmatyczną właśnie papką. Na kulturę mają wpływ oczywiście przeróżne czynniki, ale jeśli przeważa np. wpływ chrześcijańskiego dualizmu, czego skutkiem jest purytanizm, tabu są tego naturalnym następstwem. Pluralizm, myśl oświeceniowa, sprzyja eliminowaniu tabu, gdyż nieuchronności tabu nie ma. Nie ma determinizmu, który do tabu przymusza. Proszę teraz nie zarzucać mi, że znów używam pojęć, których nie rozumiem, bo rozumiem je doskonale i nie warto sprzeczać się co do szczegółów. Jestem pewien, że Pan także rozumie te terminy. Jeśli twierdzi Pan, że rewolucja seksualna przyniosła nowe ZNIEWOLENIE- proponuję odłożyć na bok literaturę spod znaku Waldemara Łysiaka, który wprawdzie styl ma dobry a priorytety szlachetne, ale często kiepsko mu idzie kierowanie się nimi. Nic tu nie dadzą próby jego obiektywizmu, kiedy, o, skrytykuje sobie papieża. Nawet Polaka. Nie współgra to z jego nieudolnymi próbami zaprzeczania choćby teorii ewolucji, w czym nie różni się z kreacjonistami. Monogamia to nie wymysł chrześcijaństwa, tylko model dobrze przyjęty nawet wśród człekokształtnych. Nie wiem, gdzie ja w ogóle poruszam ten problem. Rozumiem w każdym razie, że cytatami z encyklik chce Pan usprawiedliwić podejście Kościoła do seksualności, co przypomina mi usprawiedliwianie Inkwizycji z tej racji, że przyniosła postęp w sądownictwie. Owszem, dogmatyzm jest właściwie synonimem zacofania. Albo inaczej- mocno z zacofaniem koreluje. Możemy oba terminy swobodnie kojarzyć ze sobą. Chyba, że mamy tolerancję na absurdalne oksymorony, jak np. „zacofany pluralizm”, „zacofana dyskusja”, „zacofana uczciwość intelektualna”. Od czasów św. Pawła zmieniło się wiele, a w kwestii polityki zmiany zaszły przeogromne. Polityka zlewa się właściwie z życiem, więc nie można dziwić się, iż moralny absolutyzm towarzyszący czasem wyborom moralnym konsekwentnego katolika, ma zastosowanie także w poglądach i wyborach politycznych. Jezus- przyszedł dać świadectwo prawdzie. I jak, dał? Wszystko, co wyszło z ust Jezusa jest genialne i nieomylne? Nie, Jezus oprócz prawd życiowych i pięknych dał wyraz zacofanej mentalności w połączeniu z imaginacją własnego niebieskiego ojca. Skoro żadna religia nie umie rzetelnie podać dowodów na prawdziwość swoich stwierdzeń, ich ostatecznym źródłem jest zawsze imaginacja, wyobrażenie. A że katolik nazywa to wiarą, nie zmienia to absolutnie postaci rzeczy. Pytanie o to, dlaczego oświeceni nie rozprawili się z dogmatami i tabu sugeruje, że wielcy myśliciele oprogramowują mózgi wszystkich współczesnych im ludzi na całym globie nawet w epoce antyku. Czasem i wbrew woli ludzi. Mam to tak rozumieć? Czy były konkursy, spotkał się kiedyś Jezus z Seneką, była ława sędziowska? Wiem, to absurd, ale pytanie również absurdalne- dlaczego „nie rozprawili się” ze wszystkim, co prowadzi do degradacji intelektu jednostki i społeczeństwa.
@ Tadeknorek – Proponuje zapoznac sie z tematyka tabu siegajac do pierwszej z brzegu pracy na temat tabu smierci
http://jacek.kwasniewski.eu.org/JK_texts/Tabu_smierci_full_13b.pdf
Jacek Kwasniewski rzuca swiatlo na zwiazek pomiedzy nasilaniem sie tabu smierci, ktoremu towarzyszyl lustrzany proces obalania tabu seksu.
Idzie nawet dalej wysuwajac hipoteze ze byc moze nie da sie w nasej kuturze wyprzec jednoczesnie tematow seksu i smierci.
Gdyby 1 miliard ludzi byl pod “silnym wplywem” kultury religii chrzescijanskiej takie tabu (tabu smierci)nigdy by sie nie pojawilo. Wystarczy przesledzic mysl ojcow Kosciola by zobaczyc, ze religia crzescijanska nigdy nie bala sie podejmowac tematyki smierci.
Jesli chodzi o Waldemara Lysiaka to przypominam sobie tylko “Asfaltowy saloon” – czy tez salon.
Nie porusza Pan tematu monogamii ale przeciez cala para pod nazwa “rewolucja seksualna” przelamujaca “tabu” ludzkiej seksualnosci
poszla w gwizdek walki ze “spolecznym zacofaniem” jakim wydawala sie monogamia. Haslo “wolnej milosci” jest dzis poddawane krytyce nawet przez walczace feministki.
Teraz cos o tzw. “rzetelnych argumentach”. Rzetelnym argumentem na szczegolna teorie wzglednosci jest kontrolowana reakcja lancuch lub nieco bardziej “rzucajaca sie w oczy” eksplozja bomby atomowej. A przeciez jedna z mniej znanych implikacji tej teorii jest wzglednosc równoczesności zdarzen. Jeżeli jakieś dwa zdarzenia są równoczesne dla jednego obserwatora, wcale nie muszą być takie dla innego obserwatora.
Dla nas rzetelnym argumentem bylo Zmartwychwstanie Chrystusa – inne implikacje wyplywajace z wiary nie sa juz tak spektakularne, choc chyle czola przed odwaga, miloscia i dalekowzrocznoscia wielu swietych, ktorza na co dzien wprowadzalo implikacje wiary w zycie.
Na koniec sprawa “programowania” – prosze sobie darowac zlosliwosci…
Tabu (slowo to pochodzi z wysp Polinezji) to w rozumieniu starozytnych nie bylo cos zakazanego. Tabu raczej przypomina pojęcie sacrum, tak jak rozumieli je starożytni Rzymianie: coś – miejsce, przedmiot, człowiek – co jest tak naładowane świętą mocą, że lepiej się do tego nie zbliżać, bo może porazić, a jeśli już ktoś zbliżać się musi, to tylko wybrane osoby i zachowaniem specjalnych rytuałów.
Pytanie zadane przeze mnie – o “rozprawianie” sie z tabu nie jest bynajmniej absurdalne. Tajemnica ontologiczna to temat podjety przez wspolczesnych – odsylam do filozofii Gabriela Marcela i Stanislawa Ignacego Witkiewicza.
Zdaje mi się, że nie ma Pan pojęcia, czym jest tzw. rynek wolnych idei. Sam fakt, że o danym temacie się rozmawia, powoduje, że temat ten nie jest tematem tabu. Z ideą “wolnej miłości”, jak Pan zauważył, polemizują nawet walczące feministki. I dobrze! Niech każdy może wyrazić swoje zdanie. O to właśnie chodzi, by analizować, konfrontować ze sobą różne opinie i wizje. Chodzi o dyskurs- kwestie do przedyskutowania, zamiast kwestii do przemilczenia. Mam wrażenie, że próbuje Pan bardziej czepiać się słówek, niż uchwycić istotę kwestii, w której się wypowiadam. Przypominam, że tematem tabu może być też taki temat, który zostanie określony rzekomo “raz na zawsze” i w ten sposób zostanie uznany za niepodlegający dyskusji. Katolicyzm może i nie uciekał od tematu śmierci- ale w interesie dobra społeczeństwa ogółu leży, by temat śmierci był poruszany przez różne opcje światopoglądowe czy nurty filozoficzne. Społeczeństwo powinno mieć możliwość zapoznania się z tymi punktami widzenia. Z resztą kwestia śmierci jest przedmiotem rozważań filozoficznych. Niestety przeciętnemu obywatelowi znane to nie jest, a bajeczki o raju i piekle mogą czasem nie zaspokajać umysłu człowieka żyjącego w XXI wieku. Domaga się alternatyw. Przynajmniej do rozważenia.
Sądzisz że asceza- implikacja wiary- jest czymś mądrym? E..
@Tadeknorek
““Najoczywistsze normy społeczne” to dla nas w większości normy katolickie, które często jak to w przypadku religii bywa, nie biorą pod uwagę szczerości, niepoprawności politycznej, czy uczciwości intelektualnej, ale wszelkie pozory świątobliwości.”
Poruszył Pan ciekawy temat napięcia pomiędzy szczerością i wolnością własnego myślenia a dogmatyzmem. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że katolicyzm to bardzo szeroka przestrzeń – zarówno pod względem społecznego zasięgu (jako katolicy deklarują się ludzie bardzo różnych, nieraz odmiennych środowisk), jak i pod względem pola do dyskusji. Każdy kto poznał Kościół od środka i zachwycił się jego pięknem i różnorodnością, wie, że katolik to nie jakiś sztywny intelektualnie tłuk, ale człowiek w pełni myślący (a więc wierzący i wątpiący – w zależności od sytuacji). Oczywiście, katolicyzm wiąże się z wiarą w uznane przez Kościół dogmaty. W niektóre uwierzyć danemu człowiekowi łatwiej, w inne trudniej. Jednak, po pierwsze: mówiąc o uniwersalizmie raczej nie mamy na myśli zagadnień dotyczących szczegółowych dogmatów religijnych, ale to, o czym napisał Marek Jurek, a więc światopogląd oparty na wierze w jakiś porządek obiektywny. W przypadku katolików, a szerzej: chrześcijan czy po prostu – ludzi wierzących, taką obiektywną kategorią, źródłem wszelkiej prawdy jest Bóg. Ateista może żyć dobrze, uczciwie i posługując się rozumem oraz prawym sumieniem, wypełniać te same normy moralne, co wierzący, różnicą jest stosunek do Boga – ten drugi wierzy, że wszelkie dobro i nakaz jego czynienia pochodzi od Boga.
Oczywiście, istnieje inny problem. Pan Marszałek podał przykład normy, jaką jest akceptacja bicia żon w świecie muzułmańskim. Otóż problem jest taki, czy uniwersalizm to jakieś naturalna filozofia, naturalne prawo, naturalna podstawa światopoglądowa, łącząca wszelkie kultury (a więc czy istnieje zasadnicze prawo obejmujące całą ludzkość), czy też należy uznać, że skoro w różnych kulturach obowiązują różne normy, to pewne prawdy są względne.
Myślę, że należy odróżnić zdrowy dogmatyzm (wierność prawdom, które uważamy za kluczowe) od dogmatyzmu patologicznego. O dogmatyzmie patologicznym można mówić w niektórych przypadkach:
1) gdy człowiek staje się niewolnikiem reguły i nie stosuje jej dla dobra człowieka, lecz dla samej reguły (Jak powiedział Jezus: “To szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”); nieraz dogmatyzm myślenia przesłania to, co najważniejsze – miłość Boga i bliźniego. Np. wiedząc co się dzieje na dyskotekach, zaczynamy potępiać dyskoteki same w sobie. Albo chory, cierpiący człowiek musi jeść, a my mu odmawiamy jedzenia, bo jest post. Warto jednak zauważyć, że współczesny Kościół jest społecznością wyjątkowo wrażliwą na różnego rodzaju konteksty sytuacyjne sytuacyjny (stąd m.in. zwolnienie od wielu form postu ludzi starszych, wycofanie się z piętnowania samobójców itd.). Czym innym jest jednak wrażliwość na kontekst sytuacyjny (nieraz, jak sądzę, można ją utożsamiać z relatywizmem w mniejszych sprawach, patrz: odmienność stroju w różnych kulturach), czym innym – relatywizm w sprawach ważkich (“każdy ma swoją prawdę”).
Jeśli zgadza się Pan, że jakkolwiek każdy ma prawo do myślenia (a nieraz – każdy ma swoje racje), to jednak, nie jest tak, że “każdy ma swoją prawdę”, rozumie Pan zapewne, czym jest uniwersalizm. To dobry punkt wyjścia, by przejść do kolejnej kwestii.
Twierdzi Pan, że uniwersalizm “sprowadza się do ludzkich cech, takich jak empatia, i najlepiej łączyć to z rozumem”. Tu możemy się zgodzić; postawa empatii nie wymaga religijności (przynajmniej w ścisłym tego słowa znaczeniu), a i wiara nie oznacza zaprzeczenia rozumu, toteż wierzący jak najbardziej uznaje prawa nauki.
Zarzuca Pan równocześnie religiom, że “często (…) nie biorą pod uwagę szczerości, niepoprawności politycznej, czy uczciwości intelektualnej, ale wszelkie pozory świątobliwości”. Nie do końca wiem, co ma Pan na myśli, ale domyślam się. Powiem szczerze, że zauważam nieraz ten problem przy spowiedzi: niektórzy księża nie potrafią podjąć mądrej dyskusji na tematy duchowe, teologiczne, czy moralne, ale uciekają się do wymijających, jałowych intelektualnie, a niekiedy – także moralizatorskich wypowiedzi, podnosząc przy tym głos na penitenta. Takie zachowanie mnie irytuje i nie nasuwa mi pozytywnych myśli na temat inteligencji, czy też umiejętności słuchania tych duchownych. Ale nie wszyscy duchowni reagują w ten sam sposób. W moim przekonaniu problem sprowadza się do pewnych umiejętności, predyspozycji itd., a nie do oceny religii jako tamy dla myślenia. Można podejmować dyskusje na różnych obszarach, można rozumieć różne ścieżki myślenia, a jednocześnie – mieć swoje przekonania. Trzeba też, gwoli uczciwości, zauważyć, że nieraz “niepokorny umysł” odrzuca to, co mówi mu jakiś “dogmatyczny” ksiądz dlatego, że wydaje mu się to zbyt trudne do zrozumienia, czy do zastosowania w życiu. A to, że coś jest trudne, nie oznacza jeszcze, że jest fałszywe. Może się okazać, że prosty i, wydawałoby się, głupio dogmatyczny człowiek ma w danej sprawie rację, a bujający w obłokach niepokorny intelektualista tworzy jakąś błędną filozofię. Jeśli za blokujące myślenie “pozory świątobliwości” uznaje Pan przekonania wchodzące w skład nauki katolickiej, to ma Pan do tego prawo, ale wierzący w nie katolik ma prawo nie zgadzać się z Panem i uważać te przekonania za element właściwego uniwersalizmu. Mam prawo uważać, że dobro – które, owszem, może dostrzegać i czynić także ateista – pochodzi od Boga. Mój sprzeciw wobec aborcji wypływa wtedy z przesłanek uniwersalnych: rozumowych, ale także – religijnych (Bóg jest w moim przekonaniu dawcą życia). Nie ma bowiem różnicy jakościowej pomiędzy uniwersalizmem świeckim a religijnym – ten pierwszy może być składnikiem drugiego, jeśli świeckości nie uznajemy za coś areligijnego, co z religią łączyć się nie może. Uniwersalizm zaś religijny jest bogatszy od niereligijnego o wiarę w Boga i Jego prawa. Wierzący ma prawo odwoływać się do argumentów religijnych, jako niesprzecznych z rozumem. Nie ma też nic nienagannego w tym, że przestrzegam zakazu religijnego, jeśli uważam, że zakaz ten jest dobry dla człowieka. O pozorach świątobliwości mówiłbym natomiast w sytuacji, gdy wierzący ucieka od trudnego tematu pod pretekstem “religia mi zakazuje”.
Kolejne pytanie brzmi: czy takich “pozorów świątobliwości” nie odnajdziemy w laickich systemach światopoglądowych? Inaczej mówiąc: czy chorym dogmatystą nie może być ktoś, kto uważa się za laickiego uniwersalistę i nie dostrzega własnych błędów w myśleniu? Czy “pozór świątobliwości” musi mieć charakter religijny? Pytanie jest retoryczne. Skąd więc pańska wiara w to, że to właśnie ateistyczni sekularyści są w stanie stworzyć prawdziwy uniwersalizm? Pytanie moje jest zasadne tym bardziej, iż sam Pan zauważył, że “świecka filozofii moralności” nie stanowi monolitu. Przestrzeń do dyskusji w wielu sprawach uznają także ludzie wierzący w dogmaty religijne, a obraz społeczeństwa laickiego, którego nie blokują żadne tabu i pozory, to utopia.
Na wstępie chciałbym podziękować za dyskusję. Zgadzam się, że do Kościoła Katolickiego należą ludzie z przeróżnych środowisk. Jest też prawdą, że, co nazwał Pan polem do dyskusji, Kościół jest podzielony. Myślę jednak, że źródłem tego stanu są zmiany kulturowe, które wymusiły i wymuszają na Kościele taki stan rzeczy. Obecnie, żyjąc w systemie demokracji, a więc i wolności słowa, dosyć trudno jest ludziom myślącym, czy ochrzczonym, czy nie, zamknąć buzię na kłódkę i nie wypowiadać sądów nierzadko sprzecznych z oficjalną wykładnią Kościoła. Jeśli chodzi o różnorodność środowisk z których wywodzą się katolicy- przyczyny są także różne. W zależności od danego regionu i panującej w nim mentalności, nie istnieje już raczej presja prawna, ale niemal równie silna presja społeczna. Stąd jak sądzę, do Kościoła przynależą nawet ludzie, którzy w głębi ducha są sceptykami i wręcz ateistami, lecz baliby się wystąpić z Kościoła, gdyż istnieją obawy o ostracyzm. Dotyczy to w szczególności środowisk wiejskich, choć mamy do czynienia niejednokrotnie, także z presją ze strony rodziny. To oczywiście nie są bariery nie do pokonania, ale czynniki względnie utrudniające jawną deklarację. Z racji różnorodności, wśród formalnych katolików mamy tak ludzi myślących, jak i wspomnianych przez Pana tłuków- nie da się tego uniknąć. Odnośnie myślenia i wątpliwości- myślę, że implikacją pierwszego jest to drugie. Często słyszy się od różnych duchownych, oczywiście bardziej prywatnie, iż wątpienie jest dobre, ponieważ oznacza to, że wierny myśli. Myślę jednak, że to bardziej intelektualny zwód duchownego, niż wskazówka- ponieważ często bywa, że myśląc dalej i nie poprzestając, można całkowicie porzucić religijną wiarę. To, co pisze Pan o porządku obiektywnym- kojarzy on mi się z moralnością absolutną. To natomiast absolutnie nie jest wskazane. Dogmaty są różne, pewne wiarygodne, inne mniej wiarygodne, pewne wygodne, pewne niewygodne. Jednak istnieją tu pewne implikacje. Kościół to jednak instytucja hierarchiczna. Papież ma do powiedzenia najwięcej- wierny najmniej. Papież jest pasterzem- wierny owieczką. Papieżowi w ustanawianiu dogmatów i nie tylko, pomaga Duch św.- wiernemu wolno jest się do niego modlić. Duch św. nie może się mylić, tak więc dogmat o nieomylności papieża w kwestiach wiary był tylko potwierdzeniem formalności, choć godnym podkreślenia. Czym są kwestie wiary? To może być cokolwiek. W Biblii nie ma wzmianki o okolicznościach śmierci Maryi- ale papież i tak postanowił, że została wzięta do nieba, więc katolik, jako katolik, powinien w to wierzyć, podobnie, jak w to, że antykoncepcja jest grzechem. Kwestia wiary to kwestia życia katolika- bo wierze może podlegać wszystko. Nawet uzyskaną, empiryczną wiedzę można- jeśli nie negować, to przynajmniej osobliwie interpretować. Tym bardziej, jeśli na pewne tematy wiedzy dostatecznej jeszcze nie ma- tym bardziej jest to wymarzone pole manewru dla wiary. Ateiście być może ciężko jest uwierzyć w obiektywny porządek rzeczy, a więc w moralność absolutną, skoro Kościół, czy szerzej, chrześcijaństwo, także zmienia się i weryfikuje niektóre nauki. Dla przykładu- kiedyś Kościół zakazywał przeszczepów. Mało wiarygodna jest instytucja, której wódz naczelny zawsze mówi o jej nieomylności- choć później i tak trzeba w niej robić porządki. Czasem dość solidne. Sądzę, że poszczególne dogmaty, czy zasady religijne, jeśli są przez wiernych brane pod uwagę (nie tylko przez chrześcijan), mogą mieć niewiele wspólnego z tym, co uniwersalne, a więc z empatią i rozumem w duecie. Jeśli zaś nie są brane pod uwagę- równie dobrze można byłoby porzucić resztę folkloru i przyznać się, że nie jest się wyznawcą konkretnej religii. Bo rzecz jasna, nie działa dzisiaj Inkwizycja, nikt jawnie nie piętnuje herezji, ale to kwestia uczciwości intelektualnej także względem samego siebie- zgadzam się z papieżem, to zgadzam się z Duchem św. Zasady Kościoła są najmądrzejsze, bo są oddechem Ducha św. On nie mógł się mylić, toteż Kościół nie popełniał błędów. Tymczasem Kościół nie tyle popełniał błędy, co często prowadził i prowadzi bezwzględną politykę, zupełnie świadomie. Szczerze mówiąc, denerwują mnie katolicy, którzy chcą być mądrzejsi od papieża i chcą wchodzić w jakąś polemikę w następcą piotrowym, ponieważ w kwestii Maryi nic im nie przeszkadza, ale w sprawie invitro to papież powinien wg nich zmienić zdanie. Przykro mi, może takie inicjatywy (np. „kościół to my”) nie pójdą na stos, ale stanowią zaprzeczenie istoty katolicyzmu. Bycie wiernym to nie bycie wolnomyślicielem. Wolno myśleć, jak najbardziej, nawet, jeśli dojdzie się do nieco błędnych wniosków, ale to nie rozstrzyga o sytuacji na ostrzu noża, więc nie ma dużego ryzyka. W oparciu o humanistyczną etykę i zastanawiając się nad różnymi nurtami filozoficznymi można mówić raczej o aksjomatach, niż dogmatach. Istnieją oczywiście duchowni liberalni i konserwatywni, jest pewien rozłam, ale jeśli Kościół Katolicki zmieni się na życzenie liberałów, zatraci swoją istotę. Chciałbym oczywiście, aby hasło ekumenizmu brzmiało za ileś tam lat w każdym mieście i wsi- odbywa się hydepark, a tam, ludzie ubrani w śmieszne fatałaszki, mówią: „bóg jest jeden, albo jest ich nawet wielu, co tam, ale bóg jest miłością! A jeśli jest ich wielu, to są to różne odcienie miłości! Rzeczywistość jest skomplikowana, trzeba myśleć! A więc bóg jest także rozumem! Ci, którzy nie wierzą w boga- słuchajcie, to wcale nieważne! Jeśli bóg jest miłością, to interesuje go tylko wasza postawa!” Oczywiście i w tym wyimaginowanym wywodzie można natknąć się na sprzeczności, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że to niemożliwe, ponieważ punktem odniesienia religii są nierzadko sprzeczne ze sobą święte księgi i na nich oparte dogmaty, a te są źródłem przepaści różnic, których nie da się zasypać pokazowym, ekumenicznym poklepaniem po plecach. Religie nie mogę się zanadto zmienić, bo są religiami- choć przyznaję, że najbardziej pozytywni duchowni to ci liberalni, chcący zmian. Nawet marginalni księża- najczęściej wtedy są lubiani, gdy są zdolni do lekceważenia oficjalnych nauk papieża- np. znam księdza, który pomaga parze żyjącej w niesakramentalnym związku i która ma dość trudną sytuację. Nie jest to jednak taki wolnomyślicielski dyskurs, jak wśród świeckich filozofów. Ludzką cywilizację niszczy dogmatyzm, postulat porządku obiektywnego, moralności absolutnej, demonizacja kultury zachodu, propaganda robiąca z kultury zachodu zalążek nihilizmu. Ta propaganda każe też ludziom wierzyć, że relatywizm to nihilizm. A antyklerykalizm to wg nich nie postulat rozdziału Kościoła od państwa, ale nienawiść do księży. Tak nie jest. Ale takie panują przekonania, wynikające z natury dogmatyzmu, bo ten niesie za sobą propagandę. Mówiąc o religii, nie możemy pozwolić sobie na naprawdę swobodną dyskusję. Religie muszą bardzo stopniowo równać do uniwersalizmu, w którym bóg będzie sprowadzony do zbioru superlatyw, a nawet pozbawiony antropomorfizmu. Muszą wyraźnie i wiarygodnie okroić święte księgi, choć nie wiem, jak by to mogło się stać. Sęk w tym, by działo się to stopniowo, ponieważ wierni nie mogą doznać szoku poznawczego, na zasadzie: „jak to, to do tego stopnia w Kościele było źle, że teraz trzeba go tak nagle i gruntownie remontować?” Moim zdaniem jest to niewykonalne. Dlatego Kościół, jak każda inna dogmatyczna religia, musi się dobrze dostosować do współczesnego świata (który generalnie piętnuje), albo wyginie. To jakby analogia doboru naturalnego. On działa na różnych poziomach. Nie odpowiedziałem na wszystko, ale póki co, tyle wystarczy. Pozdrawiam
Poruszył Pan wiele kwestii, na niektóre odpowiem być może wkrótce.
Jeśli chodzi o zagadnienie różnicy pomiędzy relatywizmem a nihilizmem (uznał Pan, że to dwie inne postawy): myślę, że nie każdy relatywizm jest nihilizmem – sam zauważyłem, że w niektórych sprawach wszyscy w gruncie rzeczy jesteśmy relatywistami. Niekiedy jednak można relatywizm utożsamiać z nihilizmem – zwłaszcza gdy jest on niesłuszny i zwodniczy. Np. w przypadku absurdalnego hasła “Każdy ma swoją prawdę”, zamiast którego zaproponowałem uznać fakt, że każdy miewa swoje racje i po swojemu może starać się dojść do prawdy, która jest jednak obiektywna.
Jeśli chodzi o przestrzeń do dyskusji w Kościele i zróżnicowanie Kościoła, nie miałem na myśli tylko podziału na duchownych tradycjonalistycznych, liberalnych i umiarkowanych, ani faktu, że wielu katolików jest w zasadzie ludźmi niewierzącymi, czy mało z wiarą związanymi. Chodziło mi także o to, że przestrzeń do refleksji, dyskusji i różnienia się istnieje również wśród katolików głęboko do swojej wiary przywiązanych (i to nawet w obrębie jednej, nieważne której, duchowości). Nie jest tak, że w Kościele panuje całkowity zamordyzm. Oczywiście: Kościół wiele rzeczy interpretuje jednoznacznie, przez co ta dyskusja nie zawsze oznacza współdecydowanie, co należy uznać za prawdę. Z drugiej strony, papież nie rości sobie prawa, by sterować czyimkolwiek życiem. Wręcz przeciwnie: katolicyzm zakłada wolność człowieka. To człowiek musi borykać się ze swoją wiarą i niewiarą i we właściwy sposób wcielać jej zasady w życie.
Zgodzę się z Panem, że religie się zmieniają, sam nie potrafię często zaakceptować wielu dogmatów. Zastanawiam się np. nad sensem dogmatu o nieomylności papieża. W prawdzie Kościół (przynajmniej dziś) mówi o nieomylności w sprawach wiary i moralności nie papieża jako jednostki lecz w połączeniu z Kolegium Kardynałów, co ma zapewnić wierność doktrynie, ale tym bardziej pytam: co odkrywczego wnosi ten dogmat w porównaniu z tym, co Kościół głosił wcześniej i czy nie może być tak, że albo myli się również cała grupa kardynałów, albo papież odwołuje się do nauczania poprzednich papieży, ale w praktyce – odpowiednio akcentując pewne kwestie – nadaje im swoje znaczenie? Tego wykluczyć się nie da, a nawet owszem – wiadomo, że zmieniło się nauczanie np. na temat ekumenizmu.
Niemniej jednak są kwestie, w których nie mogę się z Panem zgodzić. Jestem akurat zwolennikiem ekumenizmu i przemian soborowych, ale odnowowość nie jest dla mnie jednoznaczna z liberalizmem biskupów. Ci polscy biskupi, którzy uchodzą za liberalnych, nie cechują się na ogół większym niż inni poparciem dla grup odnowowych, lecz raczej – poparciem dla polityków o mniej prawicowej, a bardziej centrowej (czy też liberalnej) opcji politycznej, niechęcią wobec lustracji itd. Poza tym odnowowość to dla mnie otwartość na działanie Ducha Świętego, przejawiającego się w różnych formach, z których niektóre (mam na myśli między innymi wspólnoty charyzmatyczne) nie były przed soborem popularne i do dziś tradycjonaliści podchodzą do nich nieufnie. Uważam, że powstałe po soborze wspólnoty robią dużo dobrego dla Kościoła. Odnowowość nie oznacza natomiast dla mnie takiej otwartości na to, co wykracza poza naukę Kościoła, która polega nie tylko na zrozumieniu, lecz także na akceptacji poglądu sprzecznego z wiarą jako prawdziwego. Stwierdził Pan, że ekumenizm musi nieuchronnie zmierzać ku relatywizacji założeń poszczególnych religii. Ale teza ta wynika z przekonania, że żadna religia nie jest właściwa. Moje pojmowanie ekumenizmu jest zaś inne. W przypadku religii chrześcijańskich, celem ekumenizmu jest to, “abyśmy byli jedno” (może jedność organizacyjna i dogmatyczna jest dziś mało realna, to realna jest współpraca w tym, co nas łączy). Natomiast zlewanie się religii lub zastępowanie ich agnostycznym, czy ateistycznym humanizmem to co innego i nie jest do zaakceptowania przez ludzi przekonanych o prawdziwości własnej wiary.
Powiem szczerze: może i podzieliłbym Pana wnioski, gdybym patrzał tylko na to, jak postępował i postępuje Kościół jako instytucja. Problem w tym, że wierzę w działanie Boga w ludzkim życiu, wierzę w to, że dokonują się niewytłumaczalne cuda itd. Wierzę, że Bóg nie jest dla nas kimś niepoznawalnym, lecz potwierdza swoją obecność w Kościele.
@ Tadeknorek – mowimy o tak waznych “slowach – instytucjach” jak tabu, dogmatyzm, ze nie sposob nie “czepiac sie” gdy uzywa sie ich w sposob zafalszowany do prezentacji wlasnej, choc z gory okreslonej jako “uniwersalna”, wizji religii badz osob religijnych. Odmawianie ludziom religijnym prawa do udzialu w uniwersalnej kulturze.
Piszesz ze ” … różnice w wierze nie są kwestią dyskusji, ale dogmatyzmu”. Uwazasz zatem dogmatyzm za cos z gory niedobrego dla atmosfery dialogu. Jest to wielkie zafalszowanie. Dlaczego?
Otoz religia katolicka jest od czasow Leona XIII otwarta na dyskusje o problemach spolecznych wspolczesnego czlowieka. Jan Pawel II na poczatku encykliki Veritatis Splendor tak okresla napiecia dotyczycace Magisterium:
“Wewnątrz samej społeczności chrześcijańskiej ukształtowała się bowiem nowa sytuacja, w której wobec nauczania moralnego Kościoła rozpowszechniane są coraz liczniejsze wątpliwości i zastrzeżenia natury humanitarnej i psychologicznej, społecznej i kulturowej, religijnej, a także w ścisłym sensie teologicznej. Nie jest to już krytyka częściowa i doraźna, ale próba globalnego i systematycznego zakwestionowania dziedzictwa doktryny moralnej opartej na określonych koncepcjach antropologicznych i etycznych. U źródeł tej krytyki można dostrzec mniej lub bardziej ukryty wpływ nurtów myślowych, które prowadzą do rozerwania istotnej i konstytutywnej więzi pomiędzy ludzką wolnością a prawdą. W ten sposób odrzuca się tradycyjną doktrynę o prawie naturalnym, o powszechności i niezmiennej ważności jej nakazów; uważa się, że niektóre elementy nauczania moralnego Kościoła są po prostu nie do przyjęcia; że Magisterium może się wypowiadać w kwestiach moralnych tylko po to, by „zachęcać sumienia” i „proponować wartości”, z których każdy będzie sam czerpał inspirację dla autonomicznych decyzji i wyborów życiowych.”
Kosciol jest gotowy bronic swoich koncepcji antropologicznych i etycznych – dla Ciebie jest to “gra nieczysta”, oparta na “dogmatyzmie”.
To zupelnie tak jakbys chcial by Euklides przestal bronic swojego stanowiska co do nieprzecianania sie prostych rownoleglych jako warunek poczatkowy do rozmowy o geometrii. To jest nieuczciwe stanowisko, wynikajace z intelektualnej ignorancji.
Krzysztof@
Zgadzam się, relatywizm jako pogląd głoszący, że wszystko jest względne, jest nieco mętny. To z tej mętności wyłonił się np. bardzo zgubny nurt postmodernizmu, którego piewcy są gotowi negować wiarygodne odkrycia naukowe, traktując naukę jako jeden z modeli, który można postawić na równi z wytworem czyjejś wyobraźni. Myślę, że warto byłoby zacząć poważną dyskusję filozoficzną na temat relatywizmu, wyodrębniając jego kryteria. W końcu także relatywizm moralny, nie może usprawiedliwiać kanonów moralnych wywodzących się z niewiedzy- przykładem może być rytualne zabijanie dziewczynek w pewnych prymitywnych plemionach. Sam fakt, że wszystko jest względne (bo to fakt raczej niekwestionowany) to jak myślę, jedynie hasło-klucz i sam w sobie nie zawiera wyraźnych wskazówek etycznych. Skoro jest względne, a więc zależy od przeróżnych okoliczności, musimy podjąć wysiłek usystematyzowania tych okoliczności, czynników, które są ważniejsze i mniej istotne dla sytuacji i np. jej osądu moralnego. Możemy włączyć w dyskusję np. imperatyw Kanta, czy zasady utylitaryzmu- nurtów jest sporo. Każdy z tych filozoficznych nurtów wydaje się być wartościowy i wnoszący coś do świadomości, lecz nie rozwiązuje każdego problemu. Myślę jednak, że w naszej cywilizacji jesteśmy spadkobiercami przeróżnych koncepcji, chrześcijańskich również. Kultura nasiąknięta jest rozmaitymi treściami, a przeciętny człowiek nie musi być ślepo oddanym wyznawcą Kanta, Stuarta Milla, Seneki, czy też Jezusa. I chyba rzadko kto nim jest. A jeśli tak deklaruje, w rzeczywistości postępuje nierzadko w sprzeczności z wyznawanymi przez siebie zasadami, natomiast kiedy zdaje sobie z tego sprawę, próbuje naciągać te zasady pod swoje działania. Myślę, że głównym tego powodem jest fakt, że ludzkość znalazła się już na odpowiednim etapie ewolucji i empatia, jako permanentny mechanizm psychiczny wpisany w większość osób (wyjątkiem są psychopaci), jest głównym wyznacznikiem naszych moralnych sądów i decyzji. Oczywiście razem z nią działa też racjonalne myślenie, które pomaga nam analizować i stwierdzać, co jest czynem złym, co dobrym, co podłym- co jest złem mniejszym, a co większym itd. Nurty filozoficzne były w końcu tylko efektem wielkiej pracy umysłowej intelektualistów, który nie ujrzałby światła dziennego, gdyby nie jednocześnie ich wielki intelekt i empatia. Z mojego przydługiego wywodu wyłania się jeden, prosty wniosek: moralność jest sprawą piękną, ważną i godną pielęgnacji, a to można osiągać poprzez żywe zainteresowanie i dyskusję. Udział w niej mogą brać wszyscy. W ten sposób słabe koncepcje mogą odpaść, pewne mogą połączyć się w całość rezygnując z pewnych elementów itd.
Jest to dobrym objawem, gdy ludzie wierzący, tu- katolicy, mają różne opinie i są skłonni je wypowiadać. Przywiązanie to sentyment. Tak jak Pan pisze, Kościół wiele rzeczy interpretuje jednoznacznie i ostateczna decyzja należy jednak do głowy Kościoła- nie ma miejsca na współdecydowanie, co oznacza, że Kościół nie jest strukturą demokratyczną, ale i nie jest też do końca apodyktyczny, ponieważ… to już nie te czasy. Można z resztą usprawiedliwić to również koncepcją wolnej woli. To, jak dana osoba odnosi się do swojej wiary, na ile jest w niej konsekwentna, na ile dostrzega w niej sens- to sprawa indywidualna. Jednak pole manewru dla osób przywiązanych emocjonalnie do katolicyzmu, lecz mających sporo wątpliwości merytorycznych, jest zaiste wielkie. Można oczywiście powiedzieć, dla przykładu, że generalny obraz Kościoła jest wrogi wobec zjawiska ateizmu i generalnie zniekształca go, by odstraszyć od niewiary. Jeśli jednak ktoś chciałby Kościół usprawiedliwiać i nie brać na barki całokształtu, wskazując na tego, czy tego duchownego, który wypowiedział się o ateizmie tak, a tak- może mu się to udać. Moim zdaniem jednak jest to desperacka metoda.
Widać, że krytycznie odnosi się Pan do kwestii dogmatu o nieomylności papieża. Sam jednak zauważyłem, że chyba nie ma co roztrząsać racjonalności, czy irracjonalności reguł Kościoła. W końcu sam rdzeń to ostatecznie wiara. Jeśli papież łącznie z zespołem teologów wypowiedział się ostatecznie, że otchłani nie ma, to co racjonalista może sobie o tym pomyśleć? Może sobie pomyśleć, że otchłań jest tak samo niewiarygodna jak raj, piekło, czy czyściec. Może sobie pomyśleć, że nie sposób jest rozstrzygnąć racjonalnie, czy otchłań istnieje czy nie istnieje. Może pomyśleć, że to zabieg w ostatecznym rozrachunku marketingowy, ponieważ czyściec, o którym w Biblii na dobrą sprawę mowy nie ma, nie jest wycofywany, gdyż nikomu nie wydaje się on na tyle obrzydliwą ideą, co jakaś straszna otchłań do której miałyby trafiać wszystkie dzieci bez sakramentu chrztu.
Odnośnie ekumenizmu, mój pogląd jest prosty- świat ewoluuje, nie idąc w kierunku przepaści. Społeczeństwo działa na zasadzie selekcji. Zmiany w Kościele nastąpiły i jest to nieodwracalne. Będą z pewnością nowe, choć tempo to jest bardzo powolne w porównaniu do wszelkich innych systemów. Taki już charakter religii monoteistycznej. Wszystkie odłamy chrześcijaństwa bazują na Biblii, lecz inaczej ją interpretują i dzięki temu wdrażają w życie inne zasady. Każda ma duże znaczenie dla jednego i drugiego odłamu, ponieważ np. brak danego sakramentu byłby nie do zaakceptowania u jednego z nich, dajmy na to, protestantyzmu, ale jego obecność w protestantyzmie jest równie mocno pożądana, jak jego brak w katolicyzmie. Nic nie może być nieważne w religii, nawet, wydawałoby się, mały drobiazg, ponieważ każda uznaje się w końcu za natchnioną. Rezygnacja z jakiegoś konceptu, np. na rzecz innego, byłaby równoznaczna z przyznaniem się do długowiecznego błędu. Moim zdaniem jest to logiczne, że wszystkie religie nie mogą mieć racji, ponieważ zawsze się różnią. Czy więc jest możliwe, że tylko jedna religia jest słuszna? A może chodzi o wyznanie chrześcijańskie? Dziwne założenie. Wszystko przypomina ewolucję- nie jestem w stanie pominąć spostrzeżenia, że chrześcijaństwo można traktować jako niechciane dziecko judaizmu. Chrześcijaństwo- anglikanizm, prawosławie, metodyzm… oczywiście i tak tego nie zacząłem dobrze porządkować, bo to klasyfikacja znacznie szersza, przypominająca drzewo genealogiczne. Powstanie nowych odłamów było czasem wynikiem niby drobnych sporów- np. o koncept Trójcy Świętej. Ale jak wspomniałem, nic nie jest tu nieistotne, jeśli przyjmujemy, że czuwa tutaj i przemawia doskonała istota- Bóg. Wtedy także trudniej jest się przyznać do błędu, co byłoby nieuniknione, gdyby ekumenizm miał się urzeczywistnić. Mało tego, założenie boskości utrudnia wprowadzanie zmian również wewnątrz jednej religii, co ogólnie emanuje aurą dogmatyzmu, co mój drugi adwersarz zawzięcie odrzuca, dzieląc włos na czworo.
Cóż, ja jestem niewierzący, ale rozumiem Pana. W tym problem, że postrzegam Kościół przede wszystkim jako instytucję, która przy okazji gromadzi wyznawców. Jego działania, jego aksjologia, jego historia, zmiany w nim, jego afery- to coś, co pozwala mi ocenić Kościół w ogólnym zarysie. Swojego czasu zastanawiając się nad tym utworzyłem następująco brzmiącą hipotezę: każdy przejaw konsekwencji religijnej hamuje cywilizację. Każdy przejaw koniunkturalizmu religii neguje jej wiarygodność.