W „Rzeczpospolitej” ważny tekst Igora Janke, z ponurymi konkluzjami: „Po trzech miesiącach [od 10 kwietnia wróciliśmy] do punktu wyjścia. Mamy wojnę o to, kto kogo bardziej upokorzy, a nie o to, kto zrealizuje swoją wizję państwa. Wojnę pustą, wyniszczającą polską politykę i życie publiczne, a na dodatek nieposuwającą żadnej ze spraw do przodu. Wojnę, którą rozpoczęła Platforma Obywatelska, ale którą dziarsko podjął PiS”.

To prawda, choć jest to po prostu przewidywalny rezultat polaryzacji życia publicznego, dzięki której dwaj dominujący kandydaci otrzymali w pierwszej turze (z góry pewna była zarówno ich dominacja, jak i druga tura) 78 % głosów, a z destrukcyjną, nie wnoszącą żadnej alternatywy, korektą postkomunistyczną – prawie 92 %. W kampanii wyborczej wielokrotnie powtarzałem, że prezydent zaangażowany w walkę o władzę dwóch dominujących, zwalczających się partii nie będzie miał warunków, by dobrze wypełnić swój urząd, by w pełni zrealizować narodową rację stanu ponad partykularyzmem wyborczej walki. Stanie się stroną – albo biegunem – wzmacniającym i ogniskującym konflikt.

Igor Janke słusznie martwi się również palikotyzacją mediów. (Trudno bowiem mówić o palikotyzacji życia publicznego, bo palikotyzacja jest wirusem niszczącym życie publiczne). „Przejmujący jest dla mnie widok – pisze Igor Janke – maszerującego przez Sejm Palikota i pędzącej za nim bezmyślnej – właśnie tak koledzy dziennikarze: bezmyślnej – sfory młodych mężczyzn i kobiet z mikrofonami w rękach, którzy z jego warg gotowi są spijać każde słówko”. Słusznie!

Jest tylko jedno pytanie: ilu jest wydawców i szefów redakcji, którzy akceptowaliby decyzje tych młodych mężczyzn i kobiet z mikrofonami w rękach” odmawiających, w imię szacunku dla naszego Państwa, relacjonowania wybryków Palikota? Odpowiedź pozwoli wręcz procentowo określić zarówno poziom zdrowia polskiego życia publicznego, jak i głębsze przyczyny jego choroby.