Azrael głosi „prawo do dziecka, jeżeli nauka, prawo i miłość rodziców na to pozwala. Jeżeli politycy realizują te postulaty, akceptowane przez WIĘKSZOŚĆ społeczeństwa – jestem za”. Ale co wtedy, gdy większość społeczeństwa będzie akceptować kupowanie dzieci w krajach ubogich i gdy wszyscy będą zadowoleni: rodzice kupujący, rodzice sprzedający, wraz z promessą na zadowolenie kupowanego dziecka? Dziś prawo tego zakazuje odwołując się do niezbywalnych praw dziecka, których nie mogą uchylić ani rodzice, ani większość – a więc do normy różnej od kryterium decydowania o dziecku, proponowanego przez Azraela. Czy ta realistyczna hipoteza (bo odnosząca się do zjawiska, które istnieje) nie zmusza do moralnego namysłu? Z tym namysłem jest właśnie najgorzej, bo Azrael odwołując się do argumentów populistyczno-emocjonalnych odmawia po prostu debaty na temat konkretnych aspektów in vitro. Na moją uwagę, że przecież wie „na czym polegają zastrzeżenia wobec in vitro” odpowiada stanowczo i – jak na twitter – wcale nie krótko: „Zastrzeżenia jakie Pan ma, wynikające z doktryny KK nie powinny przekładać się na regulacje prawne. Jeżeli Pańskie zastrzeżenia będą normą, będą ograniczały prawa obywateli. Dlatego nie są one do przyjęcia”. W debacie na temat in vitro nie powoływałem się na „doktrynę KK”, po prostu na prawo do życia. Ściśle biorąc – na prawo do życia dzieci poczętych in vitro. Bo to nas różni z Azraelem: mnie interesują dzieci poczęte in vitro, Azraela również, ale tylko w zakresie, w którym „prawo do dziecka (…) i miłość rodziców na to pozwala”. Czy dziecko jest człowiekiem zależnie od cudzych oczekiwań, czy nie ma własnych niezbywalnych praw? Na te pytania nie usłyszymy odpowiedzi, ponieważ koncept „doktryny KK”, bardzo sprawny wytrych Azraela, zwalnia nie tylko z dyskusji, ale i z namysłu. A użyć go można wszędzie – wchodzi nawet tam, gdzie nie pasuje.