Grudzień 2010
Miesiąc
Historia najczęściej odzywa się po cichu
Jednym z najważniejszych (choć szybko pominiętych) wydarzeń roku jest wejście do władz województwa śląskiego autonomistów. Autonomistów, których lider uważa Ślązaków za mniejszość narodową. Pan Janusz Gorzelik ma ładną opozycyjną kartę, legitymowaną przez jego dzisiejszych przeciwników. Nie zmienia to faktu, że w życiu Śląska staje się swego rodzaju Anty-Korfantym. Wojciech Korfanty połączył śląskość i polskość, Jerzy Gorzelik chce je rozdzielić. Korfanty dokonał „rewolucji wyborczej”, doprowadzając do głosowania Polaków na „polski margines” zamiast na wielkie niemieckie Centrum. Jerzy Gorzelik, przekonując wielu mieszkańców Górnego Śląska do głosowania na listę autonomistyczną, dokonał analogicznego zwrotu w przeciwnym kierunku.
W dwudziestoleciu międzywojennym autonomia Górnego Śląska miała gwarantować polsko-niemieckie współżycie w tym regionie. Zostało to przekreślone przez politykę Niemiec (które nigdy nie uznały granicy z Drugą Rzecząpospolitą) oraz przez separatyzm niemieckich mniejszości żyjących poza granicami Rzeszy. Dziś problemem nie jest zakres decentralizacji w Polsce, ale wprowadzanie w świat władzy ruchu definiowanego w wyraźnej opozycji do polskości. Autonomiści zawdzięczają wyborczy sukces sobie, ale udział we władzy – przede wszystkim decyzjom premiera Tuska i posła Tomczykiewicza (lidera PO na Górnym Śląsku). Przywódcy PO podjęli tę decyzję mimo przeciwnych głosów postaci tak ważnych dla ich partii, jak Prezydent, profesor Buzek, nie mówiąc o opozycji wewnątrz reprezentacji PO w Sejmiku Śląskim. Na jednym z największych narodowych sukcesów XX wieku, jakim było odbudowanie jedności Górnego Śląska z Polską po trwającej od początku XIV wieku separacji – dzisiejszy polski rząd zrobił małą, ale wyraźną, kreskę. Pan Jerzy Gorzelik w Zarządzie województwa śląskiego dostał władzę realną: będzie odpowiadać za kulturę, edukację i współpracę międzynarodową.
Rząd Tuska – dryf zamiast polityki
Jak powiedział Palikot – w czasach (!) gdy był piewcą obecnej władzy – premier Donald Tusk „jest pierwszym politykiem, który nie zadaje sobie pytania, co po nim zostanie. Bo czy coś musi pozostać?”. Reakcją na kryzys finansów publicznych było podniesienie podatków dla rodzin (bo taki charakter ma VAT, pozornie liniowy podatek, którego ukryta progresja rośnie wraz z ilością dzieci wychowywanych w rodzinie), a także sięgnięcie do funduszu rezerwy demograficznej. Premier wprawdzie zapowiedział, że jednopunktowa podwyżka VAT ma charakter incydentalny, ale już dziś panuje powszechne przekonanie, że ten jeden punkt to tylko pierwszy punkt planów fisklanych obecnego rządu. Ani przez chwilę rząd nie myślał, że może warto wyjść poza poprawność polityczną i na przykład znieść ulgi podatkowe dla użytkowników antykoncepcji albo zlikwidować przywileje emerytalne dla umundurowanych funkcjonariuszy propagandy PRL, tzw. oficerów politycznych LWP. Zamiast montażu oszczędności podjęto działania kosztem sfery dla przyszłości najważniejszej – przełamania kryzysu demograficznego.
Niemcy, państwo dominujące w Unii Europejskiej, na kryzys na obrzeżach strefy euro zareagowało pomysłem Lizbony II – wprowadzenia kontroli władz unijnych nad budżetami narodowymi. Wiadomo, że pierwszym jej kierunkiem będzie ograniczenie polityki prorodzinnej w krajach poddanych kontroli. Rząd Tuska od razu ten projekt poparł, do tego stopnia, że odciął się od propozycji Włoch swego rodzaju Nicei II, stworzenia nieformalnego forum sześciu wielkich państw Unii (z udziałem Polski).
A na koniec Prezydent przyniósł noworoczny prezent do Sejmu: wniosek o zmianę art. 227 Konstytucji i otwarcia furtki do likwidacji waluty narodowej. Oto akt naprawdę suwerenny: najzupełniej niezależny od okoliczności, argumentów, konsekwencji…
Reaktywacja postkomunizmu
Gdy premier Miller podawał się przed przeszło sześciu laty do dymisji – wydawało się, że to koniec postkomunizmu. Wybory’2005 i wyniki PiS, PO, LPR w pełni to potwierdzały. Ten rok przyniósł jednak nagły powrót radykalnej lewicy, a właściwie jej reaktywację przez partie dominujące. Grzegorz Napieralski stał się zwycięzcą pierwszej tury wyborów i jedynym arbitrem w walce PO i PiS. Zanim do tego doszło – była koalicja medialna PiS z SLD. W lutym pisałem w liście otwartym do Jarosława Kaczyńskiego: „Z postkomunistami nie zrealizuje Pan żadnego dobra Polski! W najlepszym przypadku może zostać Pan oszukany, co skompromituje mit skuteczności, którym usprawiedliwia Pan swoją politykę”. Myliłem się tylko w jednym: mitu „skuteczności” w oczach jego wyznawców nic nie skompromituje, bo miarą tej „skuteczności” jest dzianie się, „bycie w grze”, a nie skutki społeczne.
Postkomunistyczna lewica wykorzystała natomiast wpływy w TVP w 100 %. Zresztą nie tylko do celów wyborczych; skandalem bez echa była specjalny program w TVP Info na 22 lipca, symboliczną datę ustanowienia przez Sowietów rządów kolaboracyjnych w Polsce. Po wyborach prezydenckich doszło do odwrócenia sojuszy, a teraz właśnie trwają w Krajowej Radzie RTV targi o zakres wpływów PO i SLD w telewizji publicznej.
Pozycja SLD wzrosła nie tylko w mediach. Na Kongresie PiS o zbliżenie z radykalną lewicą apelował Adam Hofman. Dwa tygodnie temu ten najwybitniejszy (obok Marcina Dubienieckiego) rzecznik konwergencji PiS-SLD został rzecznikiem Prawa i Sprawiedliwości.
Czas skrajności
Zamiast podniesienia ducha publicznego okres pokwietniowy przyniósł zaostrzenie konfliktu i skrajności w życiu politycznym. Startując w wyborach prezydenckich ostrzegałem, że im więcej głosów padnie na dwóch dominujących kandydatów – tym silniej konflikt polityczny wybuchnie po wyborach. Koncentracja głosów nie oznaczała w tym wypadku porządku. To nie był znak porozumienia środowisk wewnątrz obozów politycznych, ale mobilizacji wojennej do walki z innymi Polakami. Ostrzegałem również, że kandydaci PO i PiS – wskutek osobistego zaangażowania w konflikt swych partii – nie są w stanie wykorzystać możliwości ponadpartyjnego przywództwa i arbitrażu, jakie daje władza prezydencka. Otrzymali wspólnie 78 % głosów. I zaraz po wyborach Bronisław Komorowski zapowiedział usunięcie („przeniesienie”) krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. Potem przyszły deklaracje Jarosława Kaczyńskiego, podważające prawowitość nowowybranego Prezydenta, wraz z odmową współpracy na forum Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Ataki na krzyż stały się sygnałem do coraz bardziej skrajnych wypowiedzi Palikota i powołania jego ruchu pod hasłami otwartej walki z Kościołem. Apogeum konfliktu przyniósł mord łódzki na jednym z pracowników Prawa i Sprawiedliwości. A w tle tych wydarzeń rosła rola SLD, któremu konflikt PO i PiS otworzył pole do zdobycia pozycji jedynego arbitra ich konfliktu.
Straszny rok (początek bilansu)
Rok straszny tak jak strasznym nazywamy Sąd Ostateczny.
Katastrofa smoleńska ujawniła ogromne pokłady solidarności. Setki tysięcy Polaków czynnie pokazywało, że stratę przywódców politycznych przeżywamy jak własne nieszczęście. Naród wyszedł na Krakowskie Przedmieście: ujawniła się więź narodowa działająca już nie jako wspomnienie odległej przeszłości i nie jako odrębność, ale jako wspólnota identyfikująca się z ludźmi, których postawiliśmy na czele Rzeczypospolitej i z osieroconymi instytucjami. Byłem na pogrzebach przyjaciół i polityków różnych orientacji i wszędzie przeżywaliśmy to razem. Ta tragedia mogła stać się zaczynem nowego stosunku do niepodległego państwa i do służby publicznej – ale nie podołaliśmy temu wyzwaniu.
Służba to odpowiedzialność. Miał szansę podjąć ją premier Tusk ustępując miejsca rządowi zaufania społecznego, tak potrzebnemu wtedy, by wzmocnić nową (i jak się okazało kruchą) solidarność Polaków. Premier powinien mieć świadomość, że nie doszłoby do tej tragedii, gdyby nie zgoda na przejęcie przez premiera Putina roli gospodarza uroczystości katyńskiej, gospodarza, który dobiera sobie polskich gości na uroczystości na polskim cmentarzu. Zamiast odpowiedzialności mieliśmy jednak antyżałobne bluźnierstwa posła Palikota, który mógł w Platformie działać tak długo jak chciał. Rząd – bez najmniejszej próby odwołania się do należnych Polsce praw – oddał Rosji prowadzenie śledztwa w sprawie katastrofy. Tak drapieżnie broniący swych kompetencji w walce z Prezydentem, okazał się bardzo potulny, gdy trzeba było za granicą zażądać instrumentów koniecznych do wykonywania władzy, czyli niezbywalnej odpowiedzialności.
Jednak również opozycja nie chciała przeżywać dramatu w wymiarze narodowym. Od początku PiS występował tak, jakby był jedyną partią, która w katastrofie straciła swych przyjaciół i polityków. Udzieliło się to jego zwolennikom, ci najbardziej radykalni potrafili nawet reagować lekceważąco na wypowiedzi niektórych bliskich ofiar.
Być może taki to czas, że partyjne konflikty pożerają narodową solidarność. Innym (i wyczekiwanym od tylu lat) wydarzeniem, które powinno było przywrócić nam poczucie duchowego sensu odzyskanego Państwa i wynikających stąd zadań, była beatyfikacja Księdza Jerzego. Choć Ksiądz Jerzy powinien być patronem naszej trzeciej niepodległości, można było odnieść wrażenie, że beatyfikowany jest święty z dalekiej, zamkniętej przeszłości. I może dlatego jest nam dziś tak bardzo potrzebny (bo – oczywiście – cdn.).
Boże Narodzenie RP 2010
Święty papież Leon Wielki pisze, że nie godzi się, aby był smutek tam, gdzie narodziło się Życie, które zniszczyło lęk śmierci i darowało nam radość na wieki. Tej Radości życzę Wszystkim Czytelnikom i komentatorom tego bloga. Przede wszystkim, by Światło tej Radości przenikło smutek opuszczonych, cierpiących, zawiedzionych. By było pociechą dla tych, którzy są daleko od najbliższych.
Szczególne życzenia przesyłam Wszystkim, którzy dziś pełnić będą służbę – naszym Księżom, szczególnie misjonarzom, i Siostrom Zakonnym. Żołnierzom, służącym tam, gdzie ich Polska posłała. Lekarzom i policjantom. A także chorym i więźniom.
Wszystkim nam życzę, by Pokój tych dni dał nam sił na cały rok. I pamiętajmy o Braciach, dla których na kresach Chistianitatis te święta nie będą takie, jak dla nas. Wytrwania, wytrwania – o dajże im Boże! A nam solidarności, byśmy nigdy o nich nie zapomnieli.
Zmiana rządu
Jeśli postulat (czy hipoteza) zmiany rządu wywołuje zaskoczenie opinii publicznej, to jedynie znak jak niewiele jeszcze zrobiliśmy dla zbudowania rzeczywiście republikańskiego państwa. W pewnym sensie – nic dziwnego, skoro w lepszych czasach niż dzisiaj, jeszcze wiele lat po odzyskaniu drugiej niepodległości, ówcześni młodokonserwatyści głosili konieczność „buntu młodych” przeciw ciągle obecnemu duchowi niewoli. My też ciągle o władzy myślimy nie jak o czasowym mandacie, ale jak o łupie, którego bez przymusu nikt trzeźwy nie odda.
Tymczasem zmiana rządu to normalny akt suwerenności państwa. Generał de Gaulle mawiał, że premiera warto sobie zmienić co dwa lata. I tak robił – rządząc (tylko w czasach Piątej Republiki) przez lat jedenaście. Jego politykę można (i warto) krytykować, ale nie można odmówić jej konsekwencji.
Zmiana rządu bowiem to nie akt przewrotu politycznego, ale politycznej odpowiedzialności i po prostu koniecznej korekty polityki państwa. W końcu przyjście nowego premiera nie musi oznaczać wymiany wszystkich ministrów. Czy fakt obrania zupełnie złego kierunku w sprawie śledztwa po katastrofie smoleńskiej ma pozostać bez żadnych następstw? Czy premier, który nie potrafił ani dobrze ocenić sytuacji, ani zrealizować podjętej polityki – ma nadal wykonywać swoją misję? Zdolność wymiany premiera to test na samodzielność partii rządzącej – na zdolność trzeźwej oceny rzeczywistości, zdolność wykonywania władzy niezależnie od propagandy, na podmiotowość wobec swego lidera. Realiści twierdzą, że test ten wykaże jedynie odporność Platformy Obywatelskiej na rzeczywistość, zastępowanie realizmu narodowej odpowiedzialności wirtualnym światem sondaży, klientelizm jej polityków i fikcyjność samej partii, będącej jedynie fasadą oligarchicznego kierownictwa i kontrolującego je lidera.
A czy sama zmiana rządu może coś zmienić? Powtórzę jeszcze raz – zmiana gabinetu to sposób na korektę polityki państwa. Dziś czas na nową politykę w sprawie śledztwa po katastrofie smoleńskiej. Zamiana może być wystarczająca lub kosmetyczna, realna lub pozorna. Sam byłbym ostatnim człowiekiem, który namawiałby opozycję do akceptacji pozorów. Ale jeśli opozycja może wywrzeć presję na korektę polityki państwa – to po prostu jej obowiązek. Właśnie dlatego w normalnych warunkach opozycja jest instytucją państwa. W społeczeństwie postkomunistycznym jest tylko instytucją ambicji swoich liderów. Jeśli nie mamy dobrego rządu – tym bardziej potrzebujemy dobrej opozycji. Domagać się zmiany rządu – to jej zasadnicza misja. Choć na razie opozycję (w realnym planie instytucji) zajmuje głównie minister infrastruktury i (skądinąd bardzo ważna przed Bożym Narodzeniem) sprawa kolei.
Czas na dymisję rządu
Odrzucony przez Polskę raport MAK to zamknięcie pewnego rozdziału politycznego, której założenia premier Donald Tusk wyłożył w Sejmie 29 kwietnia tego roku: „od początku staliśmy przed pewnym dylematem – i trzeba było go rozwiązać – tzn. czy chcemy zademonstrować od razu z definicji nieufność wobec państwa rosyjskiego i zażądać czegoś, czego np. nie otrzymamy (bo mamy prawo się o to ubiegać, a nie mamy w przepisach zapewnienia, że musimy to dostać), czy też chcemy założyć, że współpraca będzie możliwa i im będzie ona lepsza, tym szybciej dotrzemy do prawdy (…) Czy w istocie dla obiektywizmu i przejrzystości tego śledztwa nie jest bezpieczniejszym wariantem maksymalnie dobra współpraca między polskimi i rosyjskimi instytucjami, pełna obecność przedstawiciela państwa polskiego, akredytowanego, którego dostęp do prac strony rosyjskiej jest 100-procentowy?” Ta polityka skończyła się kompletnym fiaskiem, co sam premier Tusk skonstatował. Czym będzie odrzucenie raportu? Kolejnym aktem wyborczym, marszczeniem brwi, demonstracją asertywności, przejęciem inicjatywy itd. – czy aktem polityki Państwa i politycznej odpowiedzialności? Dla Polski najlepszym dziś wyjściem jest zmiana rządu. Jeśli premier chciałby zademonstrować suwerenną władzę – przekazałby ją jak najszybciej w ręce gabinetu mającego w relacjach z Rosją czyste konto, nie obciążonego doktryną, według której obrona praw swojego państwa to niestosowna demonstracja nieufności wobec innego. Co więcej, jako szef partii rządzącej miałby nawet możliwość kontrolować ten proces. Choć inną rzeczą jest pytanie czy partia rządząca ma szefa – czy to szef rządu ma prywatną partię? Nie żyjemy w systemie podporządkowanym wymogom racji stanu, ciągłości polityki państwa, współpracy ugrupowań politycznych. Owszem – ale nie odbiera nam to prawa, by upominać się o te wartości. I nie zwalnia nas to z takiego obowiązku.
Kotwica konstytucyjna
Konstytucja narodowa może być oparciem dla polityki europejskiej – ale niekoniecznie przez przepisy odnoszące się do Unii. Jak to działa – pokazali Francuzi w trakcie negocjacji Konstytucji dla Europy, a potem traktatu lizbońskiego. Na każdą propozycję wzmianki nie tylko o wartościach, ale nawet o chrześcijańskiej przeszłości Europy, odpowiadali twardym „non”. I powtarzali, że ich stanowisko nie będzie i nie może być inne, bo art. 1 Konstytucji francuskiej rozstrzyga, że Republika jest „laicka”. Formalnie uzyskali wsparcie jedynie Belgii, ale Europa ustąpiła, również te państwa, które formalnie domagały się wyraźnego zaznaczenia związków Europy z chrześcijaństwem. Nikt od Francuzów nie żądał uruchomienia „procesu dostosowawczego” i zademonstrowania gotowości do poświęceń dla Europy. Kotwica konstytucyjna, trzymająca Republikę na uwięzi laicyzmu – zadziałała.
Tym bardziej więc warto, by zaangażowanie Polski na rzecz wartości cywilizacji chrześcijańskiej znalazło również mocne zakotwiczenie konstytucyjne. By i Polska mogła powtarzać – tego się domagamy, bo tak nakazuje nam nasza Konstytucja. To silniejszy argument od rezolucji parlamentarnych, które politycy tak chętnie zapominają. (Choć bardzo dobrze, że te rezolucje były, bo dzięki temu możemy przypominać na czym polega zdefiniowana przez Państwo jako całość – polska racja stanu).
Dlatego właśnie Prawica Rzeczypospolitej (w naszym programie „Silna Polska dla cywilizacji życia”), postuluje, by w Konstytucji Rzeczypospolitej znalazło się wyraźne stwierdzenie, że „Polska na forum organizacji międzynarodowych, do których należy, działa na rzecz wartości cywilizacji chrześcijańskiej i kształtowania popierającej te wartości opinii międzynarodowej”.
Czy mnie jeszcze pamiętasz?
Wpisywanie do konstytucji narodowych rozdziałów europejskich nie jest praktyką szczególnie przyjętą w Europie. Z pięciu (poza Polską) wielkich państw UE taki rozdział w Konstytucji ma tylko Francja. To nie jest powszechnie przyjęta praktyka, której niepodjęcie może w jakikolwiek sposób izolować Polskę w Europie. Warto więc zastanowić się do czego takie przepisy mogą być potrzebne? Jeśli mają być tylko gorliwym potwierdzeniem faktów politycznych – będą stanowić akt czysto ideologiczny, więcej tego samego, ciąg dalszy doktryny „prymusa Europy”, której najważniejszym efektem do tej pory było nieodpowiedzialne uruchomienie ratyfikacji traktatu lizbońskiego już na wiosnę RP 2007.
Jednak odrzucenie takich ideologicznych działań nie oznacza wcale, że nie warto w Konstytucji ująć zasad polskiej obecności w Unii Europejskiej. Udział w związku tej rangi to rzecz zbyt poważna, by politycy mogli tam robić wszystko co chcą albo wszystko – czego chce od nich zagranica. Jeśli bowiem celem współpracy europejskiej ma być umocnienie państw Europy i ich interesów – warto w naszej Konstytucji określić te wspólne cele i nasze interesy. Nie jest to praca, którą zaczynać trzeba od nowa – pod pretekstem, że „rację stanu każdy rozumie inaczej”. Są stanowiska, które przyjmowaliśmy zgodnie, jako Rzeczpospolita, cała wspólnota polityczna – rząd i opozycja razem. Trzeba je tylko przełożyć na język prawa konstytucyjnego. I trzeba je przypomnieć, bo kto dziś jeszcze pamięta uchwałę Sejmu sprzed siedmiu lat „w sprawie Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy”, w której Sejm RP domagał się „chrześcijańskich wartości w preambule Traktatu Konstytucyjnego”, odmawiał „zgody na pogorszenie pozycji Polski w Radzie Unii w stosunku do zasad przyjętych w 2000 r. w Nicei, które były znane Polakom głosującym w referendum europejskim”, i żądał szczególnych zasad pomocy publicznej nie tylko „dla regionów dotkniętych podziałem Niemiec” – jak było i pozostało – ale w ogóle dla „regionów dotkniętych podziałem Europy po II wojnie światowej”, czyli dla wszystkich państw Unii uwolnionych spod dominacji sowieckiej. Za tym wtedy głosował obecny Prezydent RP i partia obecnie rządząca. Czy w ciągu ostatnich siedmiu lat postulaty szacunku Unii Europejskiej dla wartości chrześcijańskich i „opcji preferencyjnej” na rzecz narodów, które przeżyły komunizm, stanowią nadal polskie cele w Unii? Czy należą już tylko do historii propagandy – jak „zasady przyjęte w 2000 r. w Nicei, które były znane Polakom głosującym w referendum europejskim”?
Dola chrześcijańska
Zbawiciel wyraźnie nam zapowiedział, że jako chrześcijanie będziemy „znienawidzeni przez wszystkich” (Łk 21,17). Ciągle nie mogę zrozumieć dlaczego tak wielu chrześcijan jest tym zaskoczonych.
Przyczynek do historii katolicyzmu i praw narodów
Benedykt XV w czasie pierwszej wojny światowej zabiegał nie tylko o wstrzymanie walk, ale również o zatrzymanie eskalacji konfliktu. Przede wszystkim chciał powstrzymać Włochy od wejścia do wojny. Zaproponował arbitraż włosko-austriacki, zachęcając Cesarstwo do cesji Trydentu na rzecz Włoch, a Włochy – do zachowania neutralności. Franciszek Józef odmówił. Jego stryjeczny wnuk i następca, bł. cesarz Karol, stracił tron, unia austro-węgierska upadła, Austria straciła na rzecz Włoch nie tylko Trydent, ale również Południowy Tyrol, a po dwudziestu latach sama padła ofiarą Anschlussu. A potem…
Warto choć chwilę zastanowić się nad tym, co mówi Papież.
Polska na Wschodzie
Polskie rewelacje Wikileaks wystawiają bardzo dobre świadectwo polskiej polityce wschodniej za prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Amerykanie bynajmniej nie uważali jej za objaw marzycielstwa czy awanturnictwa, ale za skuteczną strategię realizowaną w wyjątkowo niedogodnych warunkach. W sytuacji wymagającej zmiany (bo agresywna dominacja Rosji w Europie wschodniej jest czynnikiem destabilizacji porządku międzynarodowego), choć jedni (jak przede wszystkim Niemcy) ten stan rzeczy akceptowali, a inni nie widzieli możliwości reakcji. Polska potrafiła działać. Materiały Wikileaks potwierdzają też realizm polskiej polityki i fakt, że „formalnym” agresorem w wojnie gruzińskiej była Rosja (tak jak „formalnym” agresorem w wojnie RP 1870 były Prusy Bismarcka).
Piszę o tym, bo pamiętam pierwsze, nacechowane nieuleczalnymi kompleksami i pogardą dla własnego kraju, dziennikarskie przypuszczenia co ujawnione materiały pokażą na nasz temat. Choć jest w nich też coś, co każe bardzo krytycznie myśleć o obecnym stanie polityki polskiej. Polska mogła wywierać wpływ międzynarodowy – gdy była zjednoczona, gdy między związanym z opozycją Prezydentem a rządem była moralna spójnia, wspólny kierunek działania, wspólne poczucie racji stanu (choć działo się to wszystko w warunkach ciągłego, ostrego konfliktu). To potwierdza raz jeszcze, że oprócz siły militarnej, zamożności i demografii – siła moralna jest jednym z czynników określających znaczenie państw. Dziś walka o kształt polskiego państwowego consensusu, o zasady racji stanu i ładu społecznego wiążące dla całej opinii publicznej, o szacunek dla państwa – to jedno z najpilniejszych zadań polskiej polityki.