Styczeń 2011


Międzynarodowe 29 sty 2011

Według przedwczorajszych danych jedną czwartą aresztowanych organizatorów egipskich demonstracji stanowili członkowie Bractwa Muzułmańskiego. Dojście do władzy islamistów w Egipcie oznaczałoby przewrót geopolityczny o globalnych konsekwencjach: najpierw dla północnej Afryki, potem dla Bliskiego Wschodu, w końcu dla Europy. Egipt i Turcja to kraje o kluczowym znaczeniu dla basenu Morza Śródziemnego, w bezpośrednim sąsiedztwie Unii Europejskiej. Media informują nas, co dzieje się z mumiami w egipskich muzeach, ale nie wiemy, co się dzieje z (liczącymi parę milionów wiernych) wspólnotami chrześcijańskimi. W tym kryzysie ich los musimy obserwować od początku. Nie może powtórzyć się sytuacja iracka, gdy o chrześcijanach przypominamy sobie wtedy, gdy stają się ofiarami. W warunkach rewolucji i zaniku władzy państwowej możliwości interwencji politycznych są ograniczone. Jednak w czasach społeczeństwa informacyjnego znaczenie polityczne mają same wiadomości. To one uruchamiają opinię publiczną i politykę. Polska dyplomacja powinna śledzić na bieżąco położenie chrześcijan w Egipcie i informować kraj. Parlament (poprzez Komisję Spraw Zagranicznych) powinien zobowiązać MSZ do takich działań i nadzorować napływ informacji. Oczywiście, chodzi również o to, by sytuację chrześcijan obserwowała cała Unia Europejska. Doskonałą okazją do zwrócenia uwagi na tę sprawę jest poniedziałkowe posiedzenie unijnej Rady Spraw Zagranicznych.

Jedno jest pewne – są sprawy ważniejsze od mumii.

Prawa człowieka 28 sty 2011

Kraj jest wstrząśnięty pałucką aferą Sebastiana Sz., „przyjaciela” matki, który zakatował jej dziecko. To kolejne memento, byśmy zastanowili się nad zależnością między życiem w rodzinie – a bezpieczeństwem dziecka. Państwo uparcie nazywające każdą przemoc domową – przemocą w rodzinie, nie chce widzieć przemocy i okrucieństwa w związkach programowo nietrwałych. Albo przypadkowych. Tymczasem 80 % przypadków przemocy wobec dzieci ma miejsce tam, gdzie dziecko nie przebywa w domu z obojgiem naturalnych rodziców.

Nie chodzi tu o stronę formalną, „samą ceremonię ślubu”. Małżeństwo jest – jak się to ładnie określa – przymierzem osób, zakłada więc wzajemne powinności (również w prawie cywilnym). Jeśli ktoś nie bierze ich serio – mimo najpiękniejszych ceremonii żadne małżeństwo nie dojdzie do skutku, po prostu nie będzie ważne. Natomiast w interesie społeczeństwa jest, by ludzie wobec siebie i dzieci, które przyjdą na świat, te powinności podejmowali. By rodzin było więcej, a nie mniej. Zależność między prawem, kulturą i stanem rodziny – to temat dla ustaleń socjologów. Wnioski – dla prawodawców.

Oczywiście, zjawisko „wolnych związków” jest dziś mocno utrwalone i polityczne zaklęcia nie przywrócą społecznej pozycji rodziny, jaką miała w poprzednim czy jeszcze wcześniejszym pokoleniu. Rzeczywistość trzeba przyjmować do wiadomości. Ale pora skończyć z polityką, która od tolerancji i wyrozumiałości przeszła do obojętności i akceptacji, wyznając chorą neutralność, dla której ze społecznego punktu widzenia wszystko jedno czy ludzie zakładają rodziny czy żyją inaczej.

Niektórzy twierdzą, że konkubinat to nowa forma rodziny. Mam wątpliwości – albo to jest pozorny konkubinat (a ludzie naprawdę traktują to jako stały, odpowiedzialny również wobec dzieci, związek), albo najwyżej bardzo ułomna rodzina. Bo można sobie wyobrazić „małżeństwo na próbę”, ale „dzieci na próbę”? Ale nawet zakładając, że „wolny związek” to też rodzina, warto chyba badać jaka jest zależność między takim „typem rodziny”, a bezpieczeństwem dzieci.

Polityka 26 sty 2011

Na Krajowej Konferencji Prawicy, 15 stycznia tego roku, zaapelowałem do polityków Prawa i Sprawiedliwości i Polska Jest Najważniejsza o porozumienie minimalne: przynajmniej w wyborach do Senatu. Wybory są większościowe, w jednomandatowych okręgach wyborczych i nawet druga partia w Polsce – jeśli chce, by PO znalazła się w drugiej Izbie w mniejszości – powinna budować szerokie porozumienie. Jeśli chodzi o Prawicę Rzeczypospolitej – doskonale wiemy, że w ogólnopolskich wyborach nie mieliśmy ani 15, ani 10, ani 5 % poparcia. Choć wiemy, że poparcie w wyborach samorządowych jeszcze dla nas wzrosło (więc – choć wolno – rośnie). PiS zaś również powinien pamiętać, że nie miał ani 50, ani 40, ani 30 %. W wyborach europejskich przekroczył próg 25 %, w wyborach regionalnych – nie. (Mówię tylko o wyborach na listy, choć wybory większościowe – do Senatu’2007 i uzupełniające’2008 są o wiele bardziej instruktywne). O ile więc jest oczywiste, że w wypadku takiego porozumienia zdecydowaną większość kandydatów powinien wysunąć PiS – wiadomo, że sam wyborów nie wygra. To wyjaśnienie jest potrzebne, o ile nie działa zwykły imperatyw solidarności. Chyba, że nie tylko od solidarności, ale nawet od wygranej z PO ważniejszy jest stały, parokrotnie przez polityków PiS formułowany cel eliminacji prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej („na prawo”).

Wczoraj w „Warto rozmawiać” Jarosław Kaczyński po raz kolejny potwierdził doktrynę sformułowaną w grudniu’2009 przez Adama Lipińskiego: „nie jest możliwa współpraca przy zachowaniu odrębności partyjnej”. Jego wybór – choć zapewne nie będzie chciał wziąć za niego odpowiedzialności, będzie kluczył będąc za, a nawet przeciw, tak jak nie wziął odpowiedzialności za własną prezydencką kampanię wyborczą.

Polityka 20 sty 2011

Cała klasa medialno-polityczna emocjonuje się jednozdaniową krytyką premiera Tuska ze strony marszałka Schetyny. Jeszcze wczoraj komentatorzy mojej propozycji rządu zaufania społecznego pisali, że to niemożliwe, że nie ma takiej większości itd. Dziś okazuje się, że krytyka premiera jest jednak możliwa również w jego partii. Mogła ujawnić się wcześniej, gdyby prócz Jana Pospieszalskiego znaleźli się i inni dziennikarze nakłaniający polityków do rozważenia potrzeby zmiany rządu, i to przynajmniej od 20 grudnia, gdy pierwsze sygnały o treści raportu MAK zaczęły napływać do Polski. Doświadczenie uczy, że w polskiej polityce możliwe są „deale” i zmowy przeciw „wspólnym wrogom”. Pytanie – czy jest możliwe normalne współdziałanie polityków i środowisk politycznych dla rozwiązywania kwestii, przed którymi staje państwo, takich jak dziś walka o prawdę o katastrofie smoleńskiej (również o reputację Polski na Zachodzie) czy walka z kryzysem finansów publicznych. Bo w gruncie rzeczy chodzi o pytanie jeszcze bardziej podstawowe: czy polityka może rozwiązywać polskie problemy, czy sama pozostanie coraz bardziej nierozwiązalnym problemem Polaków?

Nekropolis 18 sty 2011

Zmarł Restytut Staniewicz (1929-2011). U niego w mieszkaniu, pełniącym funkcję biura (Punktu Konsultacyjno-Informacyjnego) Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, rozpoczynałem swoją działalność opozycyjną przeszło trzydzieści dwa lata temu. Dzięki niemu poznałem przyjaciół z Ruchu Młodej Polski. Pomógł nam nawiązać współpracę, choć nie podzielał naszych poglądów. Całe życie uważał się bowiem – jak rodzice, przede wszystkim Mama – za człowieka lewicy niepodległościowej. Jego Ojciec, profesor Witold Staniewicz, był jednym z przywódców demokratów wileńskich, konsekwentnych federalistów. W LP 1926-30 był ministrem reform rolnych. Odszedł z rządu, protestując przeciw aresztowaniom przywódców opozycji, dwa lata później złożył mandat poselski w proteście przeciw ograniczeniu autonomii uczelni wyższych. Restytut opowiadał, że ojciec po wojnie (najpierw był więźniem politycznym, potem rektorem Akademii Rolniczej w Poznaniu) przeżył głębokie nawrócenie, w ogromnym stopniu pod wpływem Prymasa Wyszyńskiego. Te tradycje formowały jego syna. Łącząc oba etapy ideowej drogi ojca Restytut Staniewicz zaangażował się we współpracę z „Więzią” w latach 60-tych. Potem w niepodległościową działalność w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Poglądy ideowe były dla Restytuta bardzo ważne – jeszcze ważniejszy był wybór tożsamości kulturowej. Uważał się (jak Józef Mackiewicz czy Czesław Miłosz) za obywatela Wielkiego Księstwa Litewskiego. Z pasją opowiadał o każdym młodym człowieku ze Wschodu, który potwierdzał żywotność tradycji, którą kochał. Brałem to – jak wielu przyjaciół – trochę za fantazje kresowego Rzeckiego, póki sam parę lat temu w Mińsku nie spotkałem młodych Polaków „stamtąd” uważających się za „Litwinów Wielkiego Księstwa”. Restytut był dzieckiem Kresów choć prawie całe życie przeżył w Poznaniu. Kochał rozmowy, opowieści, dyskusje. Lgnął do ludzi, choć często był bardzo samotny. Oby w świętych obcowaniu Bóg ofiarował mu wieczną obfitość ludzkich przyjaźni.

Polityka 14 sty 2011

Potrzebne są nie negocjacje z MAK, ale polska państwowa komisja z udziałem międzynarodowych ekspertów. Komisja powinna zbadać zarówno samą katastrofę, jak i przebieg śledztwa. Mówiłem o tym w prezydenckiej kampanii wyborczej – i muszę powtórzyć to dziś. Pozycja tej komisji powinna wypływać z rangi uczestniczących w niej ekspertów i z ich niezależności, więc z udzielenia im nieodwołalnego mandatu na prowadzenie tych prac. Oczywiście – taka państwowa komisja do zbadania sprawy nie będzie miała innych, niż wypływające z poparcia naszego Państwa, możliwości. Jej ustalenia będą użyteczne dla polskiej Prokuratury. Mimo ograniczeń to i tak więcej niż negocjacje z MAK.

Apeli w kampanii o zobowiązanie się do powołania takiej komisji po wyborach prezydenckich nie podjęli ani obecny Prezydent, ani lider opozycji. W efekcie mamy ciągły konflikt wokół katastrofy, a nie prace na rzecz ustalenia niepodważalnych faktów i wynikającej z nich odpowiedzialności. Z pewnością dziś powołanie takiej komisji musiałoby mieć wsparcie rządu i opozycji; wsparcie czynne, a więc wspólne ustalenie listy powoływanych ekspertów. Kto dziś powinien powołać taką komisję? Najlepiej nowy rząd, po dymisji gabinetu Tuska. Gdy pisałem o zmianie rządu przed Bożym Narodzeniem – praktycznie nie było rezonansu. W tym tygodniu padły już głosy wprost albo pośrednio mówiące o takiej potrzebie. Ciągle czas by mówili o tym nie tylko politycy i nie tylko opozycja.

Bilans RP 2010 and Christianitas 5 sty 2011

Nie zdążyłem zamknąć bilansu ubiegłego roku przed Sylwestrem. Pozostała sprawa, które nie zaczęła się i nie skończyła w RP 2010. W Europie trwa spór cywilizacyjny. Z reguły nazywamy to dekadencją, Jan Paweł II w Ecclesia in Europa (art. 9) mówił o „milczącej apostazji” narodów Zachodu. Ale prócz dekadencji jest opór, prócz apostazji – wierność. Szczególnie znamienny w minionym roku był formalny protest jednej czwartej państw Unii Europejskiej (z Włochami i Litwą na czele) przeciw nakazowi usuwania krzyży ze szkolnych sal, wynikającemu z werdyktu Trybunału Strasburskiego w sprawie Lautsi. Połowa z protestujących to kraje katolickie, połowa (z Rumunią i Bułgarią) to prawosławne. Pełnomocnikiem protestu jest amerykański prawnik Joseph Weiler, ortodoksyjny Żyd. Poseł Konrad Szymański z Parlamentu Europejskiego napisał, że brak Polski w tym gronie to wstyd. Szkoda, że czegoś podobnego nie powiedziała jego partia i szkoda, że Konrad o tym nie powiedział swojej partii. W końcu – jak mówi filozofia klasyczna – partie to ciała pośredniczące, dzięki którym głos jednostki słychać w społeczeństwie.

Cywilizacja chrześcijańska ma prawo do swojej polityki i ma prawo do naszej polityki. Aby polityka ta była skuteczna – musi być świadoma tego, co dzieje się w świecie, a o czym wiedzieli już de Maistre i Tocqueville: rewolucja to nie akt, Rewolucja to konsekwentna destrukcja cywilizacji chrześcijańskiej trwająca od dziesiątków lat. Motorem tego procesu są zasady – to co Madiran nazwał prawami człowieka żyjącego bez Boga. I przeciwstawić się mu skutecznie można tylko w oparciu o zasady: Dekalogu, dobra wspólnego, sprawiedliwości, rzeczywistych praw ludzi. Dobrze zrozumiał to Viktor Orban, który w zmianach konstytucyjnych, które proponuje – chce przywrócić państwu węgierskiemu chrześcijański charakter. I znowu możemy tylko spuścić oczy. Jedynym politykiem, który komunistycznym Chinom głośno mówił o konieczności normalizacji stosunków ze Stolicą Apostolską był protestant, prezydent G.W.Bush. Jedynym premierem, który broni zasad cywilizacji życia (więc społecznego testamentu Jana Pawła II) jest protestancki premier Węgier.

Za nas – jak zawsze – mówi Papież. I mówił w Westminsterze: o potędze rozumu moralnego i obłędzie zaprogramowanej dechrystianizacji. A politycy na stojąco bili brawo. Przez swego Wikariusza to Bóg ciągle do nas mówi: nie lękajcie się!