Marzec 2011
Miesiąc
Historia and Repliki
27 mar 2011
Lekcja tragedii
Dobrze, jeśli debata polityczna ma szersze konteksty, tym bardziej jeśli pomagają zrozumieć jej przedmiot. Nie rozumiem jednak dlaczego dziś w „Siódmym dniu tygodnia” Radia Zet prof. Tomasz Nałęcz kwestionował elementarne historyczne fakty. W dniu zabójstwa prezydenta Narutowicza został przez marszałka Rataja powołany nowy, ponadpartyjny rząd Władysława Sikorskiego i był to gabinet kryzysowy, zorientowany przede wszystkim na przywrócenie pokoju społecznego. Na czele rządu stanął prawicowy, „niebelwederski” generał, a stanowiska ministrów objęli zarówno piłsudczycy (gen. Sosnkowski, prof. Makowski), jak i politycy prawicy (konserwatyści oraz prof. Władysław Grabski). W pokoleniu naszych pradziadków Polacy potrafili ze sobą współpracować nawet w momentach narodowych tragedii, wielu obecnym politykom nawet trudno to zrozumieć.
Historia and Religia
25 mar 2011
Rocznica śmierci abp. Lefebvra
Dwadzieścia lat temu, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego w trzynastym roku pontyfikatu Jana Pawła II, zmarł abp Marcel Lefebvre. Czy bez niego w Katechizmie Jana Pawła II i w Veritatis splendor mogłyby się później znaleźć odniesienia do Quod aliquantum, Quanta cura, Libertas, Immortale Dei, Quas primas – aktów Magisterium wcześniej nie przywoływanych niemal w ogóle, a i ciągle bardzo rzadko? Czy bez niego możliwe byłyby Ad tuendam fidem i Dominus Iesus? A przede wszystkim Ecclesia Dei i Summorum pontificum? Bóg jedyny, który kieruje losami ludzi, wie – a my mamy obowiązek z pokorą i wdzięcznością stawiać sobie to pytanie.
Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci. Niech odpoczywa w Pokoju!
Na marginesie debaty zagranicznej w Sejmie
Krytyka potrzebuje kryteriów. W momencie, gdy rozwój gospodarczy wymaga zachowania polskiej waluty narodowej (więc również współpracy na forum europejskim państw, które ją zachowują) minister Sikorski mówił o Pakcie na rzecz Euro i porzuceniu złotego, bo trzeba „siedzieć przy stole”, gdzie siedzą inni. W chwili, gdy Europie potrzebna jest silna opinia chrześcijańska w Europie (wewnątrz i na zewnątrz) nie zarysował (prócz słusznego wskazania na sprawy białoruskie) żadnych zasad polskiej polityki praw człowieka. Wspomniał wprawdzie o współpracy ze Stolicą Apostolską i innymi państwami na rzecz ochrony praw chrześcijan na świecie, ale była to jedynie formalna wzmianka. W jego przemówieniu nie było żadnej oceny orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, godzącego w wolność religii czy prawo do życia (a przecież mamy instrument reakcji w postaci nominacji sędziowskich i uzgadniania opinii z państwami pozytywnie nastawionymi do zasad cywilizacji chrześcijańskiej).
Niestety, w sprawach tych zabrakło głosu opozycji. Mariusz Błaszczak trafnie zwrócił uwagę na porażki rządu w sprawach gazociągu bałtyckiego czy reprezentacji ilościowej w europejskiej dyplomacji (od których jeszcze ważniejszy jest aspekt „jakościowy” – charakter obsad w kluczowych dla Polski stolicach). Nie było w jego wystąpieniu żadnej mocnej reakcji na powrót do idei wejścia do strefy euro. A to właśnie w tym kontekście PiS miał obowiązek o tym mówić, bo w takich konkretnych okolicznościach weryfikuje się wiarygodność wiecowych aluzji. Nie mówił o opinii chrześcijańskiej w Europie, ani słowem nie odniósł się do afery ETPC: ponownego zgłoszenia przez rząd Tuska wcześniejszych kandydatów rządu Millera do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i prawników otwarcie przeciwnych podstawowym rozwiązaniom polskiego prawa w dziedzinie ochrony życia. Jeszcze bardziej dziwić może uparte milczenie PiS w sprawie niewystąpienia Polski po stronie państw broniących Krzyża przed Trybunałem Strasburskim.
Pozostaje generalne pytanie: gdzie jest opozycja?
Nienasycony prymus Europy
Minister Mikołaj Dowgielewicz uzasadniał dziś na antenie Tok FM włączenie Polski do paktu na rzecz euro: „czysty zysk – przede wszystkim w reputacji i że będziemy w pierwszej klasie w Unii Europejskiej”. Ciągle te same frazesy, wykorzystujące narodową próżność przeciw narodowej odpowiedzialności, i ciągle ta sama obłędna strategia prymusa Europy. Bez cienia refleksji czy interesy dominujących państw euro są zbieżne z interesami Polski i czy Europa stanowi optymalny obszar walutowy – a właściwie dlaczego go nie stanowi (bo w tym, że nie stanowi zorientuje się już nawet ślepy).
Pakt na rzecz euro to prosta droga nie tylko do ponadnarodowej kontroli nad narodowymi budżetami (państwa mają autonomicznie zarządzać wykonywaniem wspólnotowych celów gospodarczych) oraz do kontroli konkurencyjności (ujednolicenie podatków) i polityki prorodzinnej. Konkurencyjność to elementarny składnik racji stanu. Polityka prorodzinna – w czasach kryzysu demograficznego – to wręcz podstawa bezpieczeństwa narodowego, co najmniej tak ważna jak bezpieczeństwo energetyczne.
Za strategię „prymusa Europy” Polska zapłaciła już dużą cenę. W ramach tej polityki byliśmy już „w pierwszej klasie” państw popierających separację Kosowa – co Rosji dało pretekst do najazdu na Gruzję i zmniejszyło bezpieczeństwo Europy środkowo-wschodniej. Podjęliśmy jako szósty kraj w Unii (minister Nowak chciał nawet żebyśmy byli pierwsi) ratyfikację traktatu lizbońskiego, co nie tylko naraziło Polskę na wielomiesięczne naciski w celu sfinalizowania ratyfikacji, ale i pozbawiło nas możliwości uzyskania korzystniejszych rozwiązań, co w czasie kryzysu ratyfikacyjnego wykorzystały dzięki swej wstrzemięźliwości Czechy i Irlandia.
Czym można wytłumaczyć ten uparty konformizm w polityce europejskiej? Dlaczego Polska zamiast zabiegać o model współpracy europejskiej odpowiadający rozwojowi i bezpieczeństwu naszego kraju i regionu geopolitycznego – po prostu stara się jak najszybciej biec po torach wskazanych przez Niemcy i Francję? Autorzy „Uważam Rze” sugerują dziś, że motywem jest po prostu „czysty zysk w reputacji i w pierwszej klasie” (by pozostać przy określeniach ministra Dowgielewicza), a konkretnie ambicje premiera Donalda Tuska na forum Unii Europejskiej, który chciałby zrealizować po zakończeniu kierowania rządem w kraju. To one mają być wytłumaczeniem tej niewytłumaczalnej polityki. Niestety – ja też nie znajduję lepszego.
Widmo krąży po kraju
W interesie PiS – według Ryszarda Czarneckiego – jest, by w przyszłym Sejmie były tylko trzy partie: PiS, PO i SLD. Ciekawy układ, żeby nie powiedzieć Układ. To te trzy partie rozwiązywały Sejm przed prawie czterema laty, wcześniej próbowały zdemontować skład Komisji Konstytucyjnej, która zaproponowała potwierdzenie w Konstytucji zasad cywilizacji życia (SLD miało tu być biernym beneficjentem działań PiS i PO), po wyborach przyjmowały Traktat Lizboński. Taki skład Sejmu oznaczałby przyznanie SLD roli arbitra polskiej polityki. PiS mógłby albo wejść z nimi w sojusz, co postulował Adam Hofman, obecny rzecznik partii, zainteresowany współpracą z „nowoczesną europejską lewicą”, czego również nie wyklucza poseł Beata Kempa („nie wiem, jaki będzie stan państwa po rządach Platformy, więc jak można cokolwiek wykluczać?”). Ale mógłby również w wygodnej politycznej próżni eksploatować narodowe nieszczęście rządów PO-SLD jako już najzupełniej „jedyna nadzieja”. Jarosław Kaczyński dowiódł już nie raz (na przykład wobec ojca Tadeusza Rydzyka, Lecha Wałęsy, Andrzeja Leppera), że doskonale potrafi być za, a nawet przeciw.
Dla Polski wzmocnienie pozycji radykalnej lewicy będzie dramatem, jej wejście do rządu – katastrofą. Interes publiczny wygląda dziś dokładnie odwrotnie niż założenia Ryszarda Czarneckiego. W Sejmie powinna pojawić się najszersza reprezentacja sił, które mogą tworzyć koalicję bez komunistów, jak i reprezentacja tych, którzy jako jedyni na pewno z nimi do koalicji nie wejdą – prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej. Konkretnym sprawdzianem antykomunizmu jest dziś marginalizacja SLD. Test ten dla dominujących partii wypada fatalnie.
Na horyzoncie kampanii
W sobotę, na Zjeździe Krajowym Prawicy Rzeczypospolitej, podjęliśmy decyzję: w sytuacji, gdy nasze apele współpracy w wyborach parlamentarnych nie zostały podjęte przez ugrupowania na prawo od centrum – idziemy do wyborów samodzielnie. Samodzielnie, ale z otwartymi listami na środowiska, które chcą wziąć udział w naszej walce o reprezentację opinii chrześcijańskiej w Parlamencie. Decyzję tę odkładaliśmy do tej pory, ale nie ma już czasu do stracenia. Dominujące partie już przygotowują się do wyborów – więc tym bardziej inicjatywa przede wszystkim społeczna, tak jak nasza, musi określić charakter kampanii, która musimy przygotować.
Szczególnym kontekstem jesiennych wyborów jest niebezpieczeństwo wejścia w obszar władzy państwowej radykalnej, postkomunistycznej lewicy. To SLD w ciągu ostatniego roku sta się głównym beneficjentem walki o władzę między PiS i PO. Obie te partie potrafiły w swojej akcji odwoływać się do poparcia radykalnej lewicy, szczególnie w mediach. Dziś trzeba pracować nad tym, żeby w Parlamencie pojawiła się przeciwwaga dla SLD, odbierająca jej pozycję arbitra sporów PO-PiS.
To kontekst – bo zasadniczym celem naszej pracy pozostają stałe nakazy dobra wspólnego, a więc wartości cywilizacji chrześcijańskiej i umocnienie niepodległego państwa. Chcemy skupić tych, dla których obie te sprawy są nierozłączne – a po wyborach współpracować z tymi, dla których wartością jest choćby jedna z nich.