Kwiecień 2011


Christianitas and Religia 30 kwi 2011

Beatyfikacja Jana Pawła II to moment, po którym zarówno my powinniśmy więcej mówić do naszego zmarłego Papieża – jak i uważniej go słuchać. Benedykt XVI niedawno powiedział, że Jan Paweł II będzie cały czas do nas mówił poprzez Katechizm, encykliki, adhortacje, kazania i przemówienia. Cały czas będzie chciał nas nawrócić, wracając do zasadniczej zapowiedzi działania Ducha Świętego – do nawrócenia poprzez przekonanie świata o grzechu (por. J 16,8). Jan Paweł II nieprzypadkowo mówił o tym w Łagiewnikach – bo Miłosierdzie Boże spotyka się z człowiekiem, który uświadomi sobie wielkość Boga i własną moralną małość.

Zasadniczą ideą Jana Pawła II była bowiem nowa ewangelizacja – szczególnie narodów Europy. Choć sama idea została sformułowana w trakcie pontyfikatu – jej założenie było obecne w nauczaniu Jana Pawła II od samego początku, od Mszy inauguracyjnej, na której wezwał narody do otwarcia drzwi „zbawczej władzy Chrystusa”. Idea ta była bowiem nieodłącznie związana z faktem „milczącej apostazji” starych narodów chrześcijańskich, żyjących teraz tak jakby Boga nie było (por. Ecclesia in Europa, art. 9). Dlatego Papieżowi tak zależało na zewnętrznych objawach wiary – by stała się ona widoczna tam, gdzie na co dzień wydawała się zupełnie nieobecna. Przywrócenie narodom chrześcijańskim życia wiary, uczynienie wiary treścią życia i siłą zmieniającą życie – to były zasadnicze dążenia papieża-Polaka. W tym kontekście my, Polacy, powinniśmy szczególnie wracać do nauk z czwartej pielgrzymki do Ojczyzny, z RP 1991. Ówczesna katecheza – pokazująca Dekalog jako fundament, na którym należy odbudować niepodległą Polskę – stanowi ciągle testament do wypełnienia. Omawiając w niej kolejno dziesięć Przykazań Bożych i na koniec największe przykazanie – Jan Paweł II rysował pełny program cywilizacji chrześcijańskiej dla współczesnego świata. Choć był to program wielowymiarowy, Janowi Pawłowi II zarzucano, że przywiązuje nadmierne znaczenie do obrony jednej tylko z naturalnych wartości – niewinnego życia ludzkiego. Tymczasem opozycja, którą pokazał – cywilizacja życia vs. cywilizacja śmierci – świetnie wskazała najważniejszy wybór społeczny współczesnego świata chrześcijańskiego, tragedię najbardziej wzywającą do ludzkiej solidarności, a jednocześnie tę wartość wśród dóbr cywilizacji chrześcijańskiej, która jest ciągle najbardziej zrozumiała dla współczesnego świata. Jan Paweł II był bowiem papieżem katolickiego humanizmu, przekonania, że katolicyzm jest najpełniejszą gwarancją realizacji wartości ludzkich i że to właśnie może być wewnętrzną siłą ewangelizacji we współczesnym świecie.

Za życia Jan Paweł II musiał stoczyć konfrontację – ideową i społeczną – z komunizmem. Nie wydaje się, by była ona zakończona. Miejsce komunizmu – często jako jego bezpośrednia ideowa kontynuacja – zajęły bowiem nihilizm i konsumpcjonizm. Gdy jednak dla współczesnej kultury coraz częściej traci znaczenie wczorajsza antykomunistyczna walka o wolność i godność narodów i ludzi – tym bardziej trzeba przypominać jej sens, sens tak dobrze zawarty w nauczaniu Jana Pawła II. W ten sposób możemy ocalić jego zwycięstwo.

Jan Paweł II działał – podobnie jak Grzegorz Wielki – w zwrotnym okresie historii. Jako Wikariusz Chrystusa uważał za swój obowiązek wpłynąć na jej bieg. Nauczając zostawił Katechizm z jego nauką o „jedynej prawdziwej religii, która istnieje w Kościele katolickim i apostolskim” (art. 2105), potwierdzenie niewzruszonej nauki o charakterze kapłaństwa katolickiego w Ordinatio Sacerdotalis, przypomnienie artykułów wiary, bez których nie możemy jej w pełni zachować w Ad tuendam fidem.

Dziś będzie dalej szedł z nami i jak za życia – będzie wzywał nas do odpowiedzialności.

Historia and Prawa człowieka 30 kwi 2011

Wczoraj, w piątek wielkanocny, minęła czwarta rocznica storpedowania w Sejmie zmian konstytucyjnych, które miały potwierdzić, że Polska chce być państwem cywilizacji życia, chce być wierna dziedzictwu Jana Pawła II. Na drugi dzień, w białą sobotę, w drugą rocznicę śmierci Papieża – ówczesny premier zakazał partii rządzącej dyskusji na ten temat. Nawet dziś, w sposób zupełnie nieprowokowany, część zwolenników PiS chce sprawę tą w e-dyskusjach zagłuszyć absurdalną tezą, że zmiana konstytucyjna, poparta przez 80 % członków nadzwyczajnej komisji sejmowej, a na forum Sejmu przez 60 % posłów, nie miała szans. Niestety, te głosy dowodzą zupełnego braku refleksji moralnej i potrzeby naprawy spowodowanego zła. Bo na co rzekomo nie było szans? Na to, że premier Kaczyński nie będzie porozumiewał się (za pośrednictwem obecnej minister Radziszewskiej) z liberalnym kierownictwem PO (bo jeśli chciał – mógł porozumiewać się z mniejszością PO głosującą za życiem)? Na to, że PiS i PO nie będą razem zgłaszać wniosków o poszerzenie składu komisji nadzwyczajnej o nowych posłów z SLD? Na to, że przewodnicząca komisji z PiS, Jadwiga Wiśniewska, nie będzie uparcie przedłużać jej prac i odkładać przedłożenia gotowego sprawozdania? Na to, że ta sama przewodnicząca Wiśniewska nie będzie krytykować prac własnej komisji w TVN-24 (tak, tak) wespół z pp. Radziszewską i Senyszyn? Na to, że po uroczystym zapewnieniu premiera na komitecie politycznym partii rządzącej o poparciu dla zmian w art. 30 – nie pojawią się już dezorganizujące debatę „poprawki prezydenckie”?

To już historia – zmienić trzeba i można przyszłość. Nie oczekuję spektakularnych gestów, ale zwyczajnej zmiany postawy – postępowania innego niż wczoraj. Przez te cztery lata nic takiego nie nastąpiło. Wręcz przeciwnie, przy „sprawie Agaty” rząd obniżył faktyczny poziom ochrony życia przy biernej akceptacji ze strony PiS. Zadziałał znowu układ pragmatyczny. Podobnie było w wielu innych sprawach. Zmiany postaw nie przyniosła również ubiegłoroczna tragedia, po której wydawało się, że sumienie odzyska swą siłę w życiu publicznym. A przecież, w ostatecznym rachunku, właśnie to jest najważniejsze.

Polityka 26 kwi 2011

Problem Prawa i Sprawiedliwości polega na dążeniu do politycznej wyłączności – zresztą koncepcję „tylko my” (TM) Jarosław Kaczyńskim sformułował wprost w wysłanym na jesieni ubiegłego roku liście do członków partii. Na to, że nie jest to sposób na zjednoczenie Polaków, zwróciłem jeszcze wcześniej uwagę Markowi Migalskiemu, gdy nazajutrz po wyborach prezydenckich pisał pokazaliśmy, że nikt inny oprócz nas się nie liczy”. Teraz (już nie w imieniu PiS, ale przeciw PiS) tezę tę powtarza Michał Kamiński. W dzisiejszym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” były minister mówi, że „do tej pory nikt nie przeprowadził krytyki przywództwa Kaczyńskiego z punktu widzenia jego elektoratu i wartości, do których, przynajmniej nominalnie, się odwołuje”. Krytykę „polityki Jarosława Kaczyńskiego z punktu widzenia wartości, do których się odwołuje” przeprowadziłem nie tylko w książce „Dysydent w państwie PO-PiS”, ale również w paru publicznych dyskusjach z występującym w imieniu PiS Michałem Kamińskim. Nie chodzi mi o to, by Michałowi wypominać zaniki pamięci. Raczej by postawić generalne pytanie: czym ma być życie publiczne? Bo dziś robi się z niego „scenę polityczną”, pod którą kolejne „projekty” przepychają się jak skini „tańczący” pogo. Tymczasem normalne życie polityczne (oczywiście: czy będzie normalne?) to nie „gra na siebie”, ale osiąganie zbiorowych celów we wspólnocie. Po to, żeby to robić, trzeba słyszeć i reagować na cudze poglądy, a nie w hałasie płynącym ze „sceny politycznej” krzyczeć w kółko TYLKO MY.

Blog 23 kwi 2011

Kobiety, które szły do Grobu, mówiły – kto nam odwali kamień? Jednak na wzór niewidomych kierowały się ślepą miłością, bo dla kochającego nic nie jest trudne (za bł. Ojcem Papczyńskim).

Tej miłości, która prowadzi nas na spotkanie z Prawdą, życzę Wszystkim Czytelnikom tego bloga.

Szczęśliwych Świąt! Pan zmartwychwstał!

Religia 22 kwi 2011

Nie jest żadną moralną perwersją, wylewną sympatią do tych, którym sprawiedliwość każe się przeciwstawiać. Miłość nieprzyjaciół, która odłączałaby nas od ludzi, za których odpowiadamy – nie byłaby prawdziwą miłością nieprzyjaciół, może w ogóle nie byłaby miłością. Miłość nieprzyjaciół to część normalnego życia – nie znosi ani przywiązania, ani różnic, ani obowiązków, ani odpowiedzialności. Jak zauważył Max Scheler – wręcz zakłada, że w życiu musimy zderzyć się z wrogością. Czym więc jest?

Po pierwsze dostrzeżeniem ludzi w tych, którym musimy się przeciwstawić. Nie przeszkód, nie ślepych żywiołów, których najlepiej unikać – po prostu ludzi. Jeśli postępują źle, jeśli sprawiedliwość jest po naszej stronie – ich sytuacja powinna budzić żal. Ale jeśli rację są podzielone – mamy obowiązek walczyć o zwycięstwo racji, które uważamy za ważniejsze, mamy prawo oczekiwać ich uznania, nie mamy jednak prawa negować istnienia racji chronionych przez naszych oponentów. Rozpoznanie dobra obecnego również po drugiej stronie – „to właśnie miłość”. Miłość nieprzyjaciół rodzi się ze zwyczajnej empatii, współczucia, zrozumienia racji, a jeśli ich nie ma  – to przynajmniej uwarunkowań naszych przeciwników. To duch pokoju, który cieszy się ze zrozumienia nawet tam, gdzie nadal musi się toczyć walka. Dźwigając jej brzemię – najłatwiej zrozumieć tych, którzy są skazani na to samo.

Miłość nieprzyjaciół rodzi się z troski o to, by ci, którzy są przeciwko nam – rozumieli dobro, w które wierzymy, które chronimy. A konfrontacja, na którą w życiu jesteśmy tak często skazani? Jest może jedyną okazją do spotkania i rozmowy z tymi, z którymi inaczej byśmy się nigdy nie spotkali. Coraz częściej jedyną dla niej alternatywą jest przyjemna, usypiająca obojętność.

Christianitas and Religia 19 kwi 2011

Już sześć lat go mamy. Dziś rocznica wyboru Benedykta XVI. Deo gratias! Od sześciu lat Ojciec Święty bez przerwy pracuje, by Bóg był w centrum naszego życia. Teocentryzm jest główną ideą jego pontyfikatu. Stąd znaczenie, jakie przywiązuje do liturgii – źródła i szczytu życia chrześcijańskiego. Liturgii nie można sprowadzać do zgromadzenia chrześcijan i okazji do nauczania. Święta liturgia to przeżycie rzeczy najważniejszych: Odkupienia człowieka na Krzyżu, więc najważniejszego faktu w historii, i Chwały Bożej, której zadatek oglądamy już na tym świecie, a której zbawieni doświadczą w wieczności.

Bóg stojący w centrum naszego życia jest też źródłem jedności Kościoła, który założył. Rzeczywista jedność to jedność w Prawdzie, nie jedność „socjologiczna”. Temu służył dialog podjęty z Bractwem św. Piusa X oraz bulla Anglicanorum Coetibus, a może już jutro (o czym ostatnio słychać) dialog  i jedność z chrześcijanami z konserwatywnych wspólnot luterańskich (głównie ze Stanów Zjednoczonych).

Nasz Papież jest też ojcem całego świata chrześcijańskiego. Ojciec broni swoich – stąd realistyczne stanowisko Benedykta XVI wobec islamu, będącego dziś wielkim wyzwaniem dla całego Zachodu. Jego postawa jest jak echo wieków wiary – łączy szacunek dla kultury muzułmańskiej i realizm wobec jej konsekwencji moralno-społecznych, będących następstwem negacji Wcielenia i prawa miłości. Jako ojciec chrześcijańskiego świata Benedykt XVI prowadzi też dialog z niewierzącymi – ale przede wszystkim z tymi, którzy (jak  Marcello Pera czy Oriana Falacci) szukają dialogu, zrozumiawszy, że nie można kochać Zachodu odrzucając chrześcijaństwo. Z podobnzch względów obecny pontyfikat to intensyfikacja relacji katolicko-żydowskich, bo – jak mówi Papież – dla „głoszenia chrześcijańskiej wiary musi być bardzo istotne nowe, pełne miłości i zrozumienia bycie ze sobą Izraela i Kościoła, bycie we wzajemnym szacunku dla tego drugiego i dla własnego powołania”.

I wreszcie wymiar egzystencjalny: Benedykt XVI to papież nonkonformizmu. Nonkonformizmu chrześcijan, odrzucenia „chrześcijaństwa zaadaptowanego” do zdechrystianizowanego świata – ale również nonkonformizmu wobec wszelkich przejawów zła w życiu katolickim. Jest rzeczą naszej odpowiedzialności by ten Wielki Nonkonformista nie pozostał sam wśród swoich.

Historia and Międzynarodowe and Polityka 13 kwi 2011

Główny doradca prezydenta Komorowskiego ds. międzynarodowych, prof. Roman Kuźniar, ogłosił, że Katyń nie był ludobójstwem. Teza jest absurdalna – bo zbrodnia katyńska miała na celu zniszczenie części narodu polskiego, więc sama w sobie stanowiła uderzenie w normę sformułowaną w art. II Konwencji ws. zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Po wtóre była ludobójstwem jako element planowanego wyniszczenia całego życia polskiego na terytorium Rzeczypospolitej okupowanym przez ZSSR (cztery deportacje z ich setkami tysięcy ofiar były oczywistym aktem ludobójstwa). Niszczenie życia polskiego uderzyło zresztą również w mniejszości narodowe – przede wszystkim Żydów, ale również Ukraińców.

Swoją drogą notorycznie zgadzamy się na zabieg fragmentacji zbrodni komunistycznych, zapominając, że fragmentacja właśnie jest podstawowym zabiegiem dezinformacji. Tymczasem nie należy ani odrywać zbrodni wobec Polski od całości zbrodni sowieckiego komunizmu, ani Katynia od całej Golgoty Wschodu. Ale zostawmy dygresję – normy Konwencji z RP 1948 są bardzo jasne.

Prof. Kuźniar nie jest już akademickim uczonym, który może beztrosko publicznie rozważać rozmaite tezy i hipotezy. Podjął się pracy, która oznacza istotny udział we władzy Prezydenta Rzeczypospolitej. Jego wypowiedzi mają charakter publiczny. Trudno sobie wyobrazić podobną dezynwolturę w wypowiedziach oficjalnych doradców prezydenta Rosji czy kanclerza Niemiec. Wypowiedź prof. Kuźniara stanowi potwierdzenie redukcjonistycznych tez w polityce rosyjskiej. To określa jego praktyczną odpowiedzialność. Prezydent ma jeden sposób by zaprzeczyć słowom swojego doradcy – odwołać go.

Historia and Międzynarodowe 11 kwi 2011

Nie wiadomo czy (materialnie) zmiana katyńskich tablic i (formalnie) skreślenie słów o ludobójstwie polskich oficerów to po prostu rosyjska prowokacja czy element walki o władzę w Rosji. Wobec tej drugiej hipotezy należy być bardzo ostrożnym. Sprawcy prowokacji zakładają zapewne, że polska władza skompromituje się faktycznym brakiem reakcji, a wzburzenie opozycji pozwoli jeszcze bardziej podzielić opinię publiczną i osłabić pozycję Polski na forum międzynarodowym. Jak temu zapobiec? Najwłaściwszą reakcją Prezydenta powinno być odwołanie wizyty – w konwencji „po usunięciu słów o ludobójstwie ze smoleńskiej tablicy wizyta stała się niemożliwa”.

Jeśli jednak prezydent Komorowski mimo tej prowokacji pojechał do Rosji – powinien bardzo mocno zareagować na miejscu. Powinien zdecydowanie potępić negacjonizm i redukcjonizm wobec sowieckiego ludobójstwa i powiedzieć, że z wielkim zaniepokojeniem obserwujemy utrwalanie się tych zjawisk w Rosji. Jest to problem dla przyszłości Rosji (kraju, który pierwszy padł ofiarą komunizmu) i dla opinii międzynarodowej. Międzynarodowy charakter powinna mieć reakcja na prosowiecki negacjonizm i redukcjonizm. Polska będzie podejmować takie działania na forum Rady Europy i Unii Europejskiej, i liczymy tu na współpracę wszystkich środowisk w Rosji walczących o prawdę o złu, które sowiecki komunizm wyrządził ich narodowi i światu.

Oczywiście, za deklaracją powinny pójść czyny na forum europejskim, począwszy od zgłoszenia rezolucji w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy i Parlamencie Europejskim (i ich aktywnego politycznego wsparcia przez polską dyplomację). Tak powinno działać nasze państwo. Najskuteczniejszą odpowiedzią na próby międzynarodowej izolacji Polski – jest działanie na rzecz izolacji tych, którzy podejmują działania przeciw interesom i godności naszego kraju.

To tylko projekt. Tendencje obecnej polityki idą zupełnie gdzie indziej – ku dalszemu osłabieniu naszego państwa.

Polityka 4 kwi 2011

Media roztrząsają tezę Jarosława Kaczyńskiego, że „śląskość jest po prostu pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszczalnie przyjęciem po prostu zakamuflowanej opcji niemieckiej”. Trzeba bardzo złej woli, żeby nie rozumieć intencji autora – choć przy złej woli można to brać równie dosłownie jak słowa prezydenta Komorowskiego o „strategii wyjścia z NATO”. Tylko po co? Po co było to drugie i po co jest to pierwsze? Każdy trzeźwy człowiek wie, że Jarosław Kaczyński rozróżnia kulturę oraz tradycję śląską i ruch ślązakowski, z jego ideą narodowości śląskiej. Tyle, że mówi jak chce, a niewielu z jego współpracowników jest zdolnych skorygować  go, wyjaśniając, że użył nieuzasadnionego i niezręcznego skrótu myślowego.

Nieskończenie poważniejszym problemem od dezynwoltury językowej lidera opozycji jest jednak dezynwoltura narodowa polskiej władzy (w składzie obecnym, jak również postulantów do współpracy). Wczoraj widziałem to z bliska, gdy na moje pytanie w Radio Zet, czy wszyscy apelujemy, by Ślązacy w spisie powszechnym deklarowali się jako Polacy – nie potwierdził tego ani przedstawiciel PO, ani SLD, ani PSL. Oto dramatyzm polskiej sytuacji – rządzą nami ludzie, którym nie zależy, by polscy obywatele czuli się Polakami. A w opozycji są ludzie, którzy potrafią rozmawiać tylko z tymi Polakami, którzy i tak się z nimi zgadzają.