Wszystko wskazuje na to, że następnej wizyty Baracka Obamy można spodziewać się nie wcześniej niż za cztery lata, przed następnymi wyborami. Trzeba jednak korzystać i z takiej okazji do poważnej rozmowy. Wśród tematów rozmów ma być gaz łupkowy – absolutnie priorytetowa polska szansa. Zdziwił mnie ostatnio prof. Rybiński, gdy z grobową miną (bo przecież nie mówił poważnie) wyrażał nadzieję, że żadnego gazu nie znajdziemy, bo nagły napływ nieprzewidzianych pieniędzy mógłby zdemoralizować politykę budżetową. W tym żarcie (bo nie chce mi się wierzyć, żeby mina Profesora mówiła prawdę) jest ziarno sensu: jeśli będziemy mieli dochody ekstra – nie można ich przejeść, ale trzeba wykorzystać na zasadniczą reformę polityki państwa (najlepiej emerytalnej). Ale najpierw trzeba je mieć.
Mowa ma być również o Afryce Północnej i Europie Wschodniej. Warto w tym kontekście powiedzieć, że sprawy Maghrebu wolimy tymczasem pozostawić państwom europejskiego południa i jednocześnie przypomnieć wojnę w Gruzji (temat o tyle wygodny, że nie dotyczy polityki Obamy), więc nasz zawód z powodu niedostatecznej reakcji USA, lepszej niż Unii Europejskiej, ale mimo wszystko niedostatecznej. A przecież wtedy Gruzja powinna dostać albo propozycję udziału w Przymierzu Atlantyckim, albo – w wypadku oporu państw europejskich – bezpośrednie gwarancje amerykańskie (jak Izrael albo Republika Chińska na Tajwanie). I w tym kontekście warto powiedzieć, że gotowi jesteśmy popierać w różnych regionach (jak Wielka Brytania) gaszenie ognisk zapalnych zagrażających bezpieczeństwu zbiorowemu, ale oczekujemy poważnego zaangażowania Stanów na rzecz utrwalenia niepodległości państw powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego. Również – a właściwie przede wszystkim – w sytuacjach kryzysowych.