Sierpień 2011


Historia and Międzynarodowe and Polityka 23 sie 2011

Dziś rocznica paktu Ribbentrop-Mołotow. Warto pamiętać, że jego zawarcie stanowiło nie tylko szok dla europejskiej opinii publicznej (najradykalniejsi antyfaszyści i antykomuniści postanowili zawiesić swoje poglądy), ale przede wszystkim zwrot w polityce niemieckiej. Hitler po latach polityki antykominternowskiej wracał do stałej linii wytyczonej przez niemiecką demokrację, przez Republikę Weimarską – wytrwale dążącą do zwróconego przeciw Polsce porozumienia z Rosją komunistyczną. W tej sprawie w niemieckiej polityce istniał niemal zupełny consensus – od komunistów po „niemiecko-narodowych” konserwatystów. Najazd na nasz kraj i rozbiór Rzeczypospolitej był konsekwencją polityki, której pragnęła niemiecka opinia publiczna. Układ ten stanowił początek pozbawienia Polski niepodległości na pół wieku.

Prawica Rzeczypospolitej przed dwoma laty zaproponowała doktrynalne ujęcie polskiej polityki, co przekazałem wówczas prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu: „Polska ma prawo, by współpraca Niemiec i Rosji nigdy nie przybierała form, które uważamy za zagrożenie dla bezpieczeństwa i witalnych interesów Rzeczypospolitej, i Polska będzie zabiegać o poparcie tego stanowiska na forum polityki europejskiej”. To stanowisko powinniśmy wytrwale prezentować na forum międzynarodowym, zabiegając najpierw o poparcie dla niego w Europie środkowej (szczególnie państw bałtyckich), potem by inne państwa Europy przyjęły ją do wiadomości, na koniec – by wpływało na politykę Unii, w takich konkretnych sprawach jak gazociąg bałtycki, współpraca wywiadów Niemiec i Rosji, czy „wyrozumiałość” niemieckiej dyplomacji dla najazdu Rosji na Gruzję.

Jeżeli nasza polityka ma być rozumiana za granicą – musi być ujęta w stałe, zrozumiałe założenia. Musi jasno komunikować innym państwom, czego od nich oczekujemy. Choć czasem trzeba ją formułować w momentach kryzysów, najlepiej ją definiować w okresach stabilizacji. Nie może być polegać na chwilowych erupcjach emocji, po których zapada konformistyczne milczenie. Polityka polska tak prowadzona, nawet jeśli nie zawsze będzie przyjmowana, będzie miała zdolność wpływania na stanowisko innych państw, zachowa wewnętrzną ciągłość, konsekwencję, która jest najpewniejszą drogą do osiągnięcia trwałych rezultatów.

Euro 22 sie 2011

Historia jest nieciągła, momenty historyczne zdarzają się stosunkowo rzadko. Gdy przychodzą –dokonują się zwroty albo mija szansa na ich dokonanie. Tak było cztery lata temu z szansą na konstytucyjne potwierdzenie, że Polska chce być państwem cywilizacji życia – tak jest dziś w sprawie odrzucenia przez Polskę euro. I nie ma żadnego znaczenia jak ten moment ma się do wyborczych strategii PO i PiS. W polityce zorientowanej na dobro publiczne działania podejmuje się wtedy, gdy wymagają tego okoliczności, a nie gdy odpowiada to planom politycznych liderów. Tymczasem woli politycznej w tych sprawach brakuje, bo w piątkowej debacie ekonomicznej w Sejmie nie zabrakło krzyku, pytano nawet o „rząd ekonomiczny Europy” – ale nie było żadnej jasnej deklaracji przeciw euro. A to przecież stanowi zasadniczy wybór narodowy, który znów wraca. Jeśli jednak nie będziemy działać dziś – jutro zostaniemy z wczorajszymi zobowiązaniami.

Kryzys euro na południu Europy, a także próby wykorzystania go do wzmocnienia władzy instytucji unijnych (czyli w praktyce Niemiec i Francji) ujawniły całkowicie utopijny charakter wprowadzania wspólnej waluty w gospodarkach tak odmiennych jak Niemcy i Grecja. Utopijne były oczywiście obietnice ideologii euro, realne pozostają interesy i koszty związane z aplikacją utopii unii walutowej. Na szczęście dziś – po ogłoszeniu planu wprowadzenia „rządu gospodarczego państw strefy euro” (czyli w praktyce kontroli budżetów, podatków i polityki prorodzinnej) – jasno widać, przed jakim wyborem stoimy. Dlatego właśnie przed trzema dniami w Lublinie Prawica Rzeczypospolitej i Unia Polityki Realnej oświadczyły, że „zapowiedziane przez Niemcy i Francję wprowadzenie «rządu gospodarczego» państw strefy euro oznacza całkowitą zmianę zasad działania unii walutowej, co zwalnia nas z jakichkolwiek zobowiązań w tej dziedzinie” i w konsekwencji wezwały „wszystkie ugrupowania polityczne do jasnej deklaracji o wykluczeniu wprowadzania w Polsce euro i trwałym zachowaniu przez Polskę waluty narodowej. Jeśli chcemy wykorzystać korzyści otwartego europejskiego rynku – musimy zachować naszą walutę narodową, zasadniczy instrument ochrony konkurencyjności naszej gospodarki i ochrony poziomu życia polskich rodzin”. Jeśli jednak dziś nie powiemy, że Polska wyklucza wprowadzenie euro – pozostanie nam już tylko przyglądać się za parę lat wizerunkowym krętactwom w rodzaju sporów o Joaninę kursu wymiany wyższego lub niższego o cztery grosze, albo o ustawę kompetencyjną o likwidacji złotówki czternaście miesięcy wcześniej lub czternaście miesięcy później. Oczywiście –wokół takich „alternatyw” też można rozognić namiętności wyborcze, ale Polska straci swój wybór.

Christianitas and Religia 21 sie 2011

Tytuł książki-wywiadu Petera Seewalda – „Światłość świata” – nie odnosi się w istocie do Benedykta XVI (choć dla wielu z nas jest on po prostu światłem w tym świecie). Papież odnosi go – tak jak Ewangelia – po prostu do chrześcijan, do życia chrześcijańskiego. To ono, odrębne od świata – ma go jednocześnie naprawiać i ratować. Główne idee pontyfikatu Ojca Świętego – konsekwentna (a więc inspirująca zewnętrzną postawę) ortodoksja, prawda w Kościele, który walcząc o swoją świętość nie może ukrywać zła za instrumentalnie traktowaną koncepcją autorytetu, teocentryczny charakter liturgii – wszystkie noszą to samo egzystencjalne znamię katolickiego nonkonformizmu. Wszystkie wskazują na nadprzyrodzone źródło naszych zasad tutaj i nasz cel Tam. Papież mówi: „potrzebujemy czegoś w rodzaju wysp, gdzie żyje wiara w Boga, trwa wewnętrzna prostota chrześcijaństwa i stąd może ono promieniować na świat. Potrzebujemy oaz, arek Noego, do których człowiek będzie mógł uciec. Takimi schronami są przestrzenie liturgii” (rozdz. XVII). To nie jest jednak koncepcja rezygnacji, ale duchowej walki by chrześcijaństwo „zachować nieskalanym od tego świata” (Jk 1,27). Tylko takie chrześcijaństwo, wolne od konformizmu – będzie siłą duchową i moralną, kulturalną i społeczną, która będzie „promieniować na świat”, zmieniać rzeczywistość, odbudowywać Christianitas.

Oficjalny świat katolicki niechętnie identyfikuje się z tymi wyspami. Obawy przed falsyfikacją tryumfalistycznej wizji udanej symbiozy chrześcijaństwa i świata zbiegają się tu z lękiem przed „słabością” tych wysp lub przed walką, którą one muszą toczyć. Ale nie ma innej drogi: albo chrześcijaństwo będzie re-formować świat, albo świat zdeformuje chrześcijaństwo.

Euro and Polityka 20 sie 2011

Wczoraj w Sejmie prezes Szydło pytała premiera Tuska „jakie jest oficjalne stanowisko rządu wobec koncepcji utworzenia tzw. superrządu gospodarczego Europy, proponowanego przez prezydenta Sarkozy’ego i kanclerz Merkel?”. Dobre pytanie, ale my też chcielibyśmy wiedzieć jakie jest stanowisko PiS-owskiej opozycji w tej sprawie. A ściśle biorąc – w sprawie konsekwencji zmian w strefie euro. Bo to nie jest kwestia pytań – ale odpowiedzi. Odpowiedzi jasnych, nie różnic pozornych – w kwestii dat, Joanin, ustaw kompetencyjnych, tego całego wizerunkowego krętactwa zastępującego poważną i konsekwentną politykę. Prawica jest za zachowaniem naszej narodowej waluty i przeciw międzynarodowej kontroli nad polityką gospodarczą Polski. Nie zgadzamy się na wprowadzenie euro. Uważamy, że art. 227 Konstytucji jest nienaruszalny i nie wolno go zmieniać w żadnej formie. Zapowiedziane przez Niemcy i Francję wprowadzenie „rządu gospodarczego” państw strefy euro uznajemy za całkowitą zmianę zasad działania unii walutowej, co zwalnia Polskę z jakichkolwiek zobowiązań w tej dziedzinie. I dlatego wzywamy wszystkie ugrupowania polityczne do jasnej deklaracji o wykluczeniu wprowadzania w Polsce euro i trwałym zachowaniu złotego. Ale to nie są sprawy, o które spiera się w Sejmie rząd i oficjalna opozycja. I może dlatego, żeby się o to nie spierać – muszą się kłócić tak głośno.

Polityka 11 sie 2011

Po wyborach w Wałbrzychu należałoby zapytać – czy Układ Wałbrzyski nabrał rozmiarów masowych? Mimo sfałszowania poprzednich wyborów przez prezydenta związanego z PO – Platforma wygrała ponownie. Wałbrzych pokazał, że sprowadzanie słabości naszego państwa do oderwanych od społeczeństwa „układów” to diagnoza wygodna, ale bardzo uproszczona. Nie twierdzę, że uczciwość przestała być rzeczą ważną – nie stała się jednak rozstrzygającą. Władzy szermującej „skutecznością” wolno bardzo wiele. I w obliczu „skuteczności” społeczeństwo staje się bardzo tolerancyjne, bardzo wiele spraw przestaje być dla opinii publicznej ważnych. Dlatego właśnie zmiana moralna, która jest Polsce potrzebna to nie rewolucja złości, ale kontrrewolucja zasad, kontrrewolucja odpowiedzialności.

Nie można też ignorować wyników tych wyborów. Oczywiście, należy je właściwie „zważyć”. Ziemie Odzyskane to teren, gdzie PO ma wyraźną przewagę wyborczą, zwycięstwo Romana Szełemeja stanowi więc tylko część problemu, istotniejsze są jego rozmiary. Nowowybrany prezydent z PO otrzymał praktycznie całe poparcie Bronisława Komorowskiego z czerwca ubiegłego roku. Na kandydata SLD głosowało dwie trzecie wyborców Grzegorza Napieralskiego. Na kandydata PiS – jedynie co szósty wyborca Jarosława Kaczyńskiego z pierwszej tury wyborów prezydenckich. Wówczas w Wałbrzychu lider PiS zdobył prawie połowę głosów kandydata PO, dziś kandydat PO wygrał z kandydatem PiS mając ponad jedenastokrotną przewagę. Tej demobilizacji poparcia nie zapobiegł nawet osobisty udział w kampanii wałbrzyskiej Jarosława Kaczyńskiego.

Takie wyniki nakazywałaby solidarność, wstrzymanie tych wszystkich manufaktur pogardy mielących „kwestie” kto ma kanapę, a kto – kanciapę. Co począć jednak jeśli PiS chce być partią samowystarczalną, partią kierującą się doktryną „tylko my” (co opisałem we wczorajszym tekście). Nikt rozsądny nie powinien opierać przyszłości Polski na jednej partii, tym bardziej partii zamkniętej. Potrzebna jest „dywersyfikacja reprezentacji” prawicowych wyborców. Tak jak wtedy – gdy ZChN walczył o chrześcijański charakter państwa, nie oglądając się na prezydenckie PC. Ale również jak wtedy, gdy Jan Olszewski prowadził kampanię „bez szans” obok Lecha Wałęsy. I wtedy, gdy PiS i LPR przygotowywały „operację ratunkową” w sytuacji implozji AWS. Jeśli dziś nie będziemy przygotowywać zmiany – jutro cała Polska może wyglądać jak Wałbrzych.

Polityka 10 sie 2011

Wiele razy apelowaliśmy do Prawa i Sprawiedliwości o realistyczną współpracę. Nie o „potraktowanie [naszej] partii jako równorzędnego partnera” (jak mówił Joachim Brudziński w ostatnim czerwcowym numerze „Gościa Niedzielnego”), ale po prostu o realistyczną współpracę. Opartą na szacunku dla Polaków, którzy podzielają nasze zasady, dla wyborców, którzy w ostatnich ogólnopolskich wyborach (przed dwoma laty do Parlamentu Europejskiego) nie dali wprawdzie Prawicy Rzeczypospolitej 5 % głosów, ale Prawu i Sprawiedliwości również nie dali… 30 % (zdobyli 27 %). Zamiast warunku wstępnego – zaproponowałem więc PiS ustępstwo wstępne: gdybym miał być przeszkodą – byłem gotów nie kandydować, jednocześnie w dowolny sposób wspierając współpracę naszych partii. Te propozycje przekazałem przed pół rokiem Kazimierzowi Ujazdowskiemu, członkowi Komitetu Politycznego PiS, z prośbą o odpowiedź w ciągu miesiąca. Gdy ostatnio nasze propozycje powtórzyłem zaprzyjaźnionemu posłowi PiS – był „porażony” ich umiarem; w partii na temat naszego stanowiska opowiadano mu bowiem coś zupełnie innego. A publicznie ze strony PiS słyszeliśmy bez przerwy odpowiedź zawartą w doktrynie sformułowanej przez wiceprezesa Adama Lipińskiego już przed dwoma laty: „nie jest możliwa współpraca przy zachowaniu odrębności partyjnej” („Nasz Dziennik”, 21 XII RP 2009). Adam zresztą sformułował to rzeczowo i dość elegancko, inaczej niż polityk PiS, który zareagował na nasze propozycje w „Polska The Times” (25 II RP 2011): „co ciekawsze nazwiska mogłyby zostać wpisane na nasze listy, w tym Marek Jurek. Ale Jurek się na to nie zgadza, zamiast tego chce, by jego partia został przybudówką naszej”. Cytuję to dla porządku, bo polityk ów – w języku pogardy – również poświadczył naszą dobrą wolę. Przypominam to, bo fakt samodzielnego startu Prawicy Rzeczypospolitej w wyborach nie był wcale rozwiązaniem preferowanym przez naszą partię, choć dzięki niemu zbudowaliśmy szersze porozumienie środowisk prawicowych z udziałem Unii Polityki Realnej, środowisk ludowych i społecznych (wczoraj do naszego grona dołączyły środowiska kresowe). Naszą decyzję podjęliśmy kierując się potrzebą samodzielnej polityki chrześcijańsko-konserwatywnej i reagując na okoliczności. Realizm każe je brać pod uwagę, a przede wszystkim – zauważać, jak wybory wałbrzyskie, o których w kontekście wyborów ogólnokrajowych napiszę jutro.

Reguła wg Ojca Schütza 6 sie 2011

Wakacje – czas krótkiej wolności od niektórych przynajmniej konieczności dnia codziennego. I czas radości życia, które właśnie teraz osiąga pełen rozkwit. W swych całorocznych benedyktyńskich rekolekcjach ojciec Christian Schütz OSB w sierpniu (komentując rozdziały XXXVI-XLIII Reguły) radzi uważać, byśmy uwolnieni od własnych problemów – nie stracili z oczu spraw innych ludzi, bardziej, albo nawet – najbardziej potrzebujących. To dobra rada na dziś. Media niewiele mówią o głodzie w Afryce Wschodniej. Znacznie więcej emocji budzą rewolucyjne wydarzenia na Bliskim Wschodzie – może po prostu rzeczywistość polityczna, jako rzeczywistość ludzka, jest łatwiejsza do ogarnięcia niż dotknięcie granic egzystencji. Katastrofie w rogu Afryki Zachód nie powinien się biernie przyglądać, a Polska – w momencie prezydencji w Unii Europejskiej – ma znacznie więcej możliwości działania. Prezydencja nie ma władzy – ale ma możliwość stawiania problemów.

Ojciec Schütz zachęca nas do odwagi myślenia o rzeczach trudnych, której może nam braknąć, skoro sami „dzisiaj jesteśmy trochę poranieni – z tej przyczyny, że nie zaznaliśmy głodu”. Ale ostrzega przed protekcjonalnym humanitaryzmem. Przypomina, że Święty Benedykt polecał, by „przyjmując służbę” modlić się o wolność od „ducha wyniosłości” (Reguła 38,2). Służyć należy tak, by „nikt nie musiał o nic prosić” (38,6). W ten sposób Święty Benedykt z chrześcijańską scrupulositas przypomina nam rzymski obowiązek.

Polityka 4 sie 2011

Wysłuchałem wczoraj konferencji prasowej Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Zgadzam się z ich stanowiskiem w kwestii odpowiedzialności obecnych władz za okoliczności katastrofy smoleńskiej. Mówiłem o tym wielokrotnie wcześniej, i zaraz po ogłoszeniu raportu Millera. W tej sprawie byliśmy i będziemy razem.

Ale konferencja miała i inne elementy. Te, które odnoszą się do praw polskiej opinii publicznej i kształtu polskiej polityki. Jarosław Kaczyński uznał spokojne pytanie dziennikarki o koszty obecnej PiS-owskiej „kampanii informacyjnej” za atak na demokrację. Co właściwie jest atakiem na demokrację – pytanie dziennikarki czy kwestionowanie potrzeby takich pytań? Daleko odeszliśmy od czasów, gdy wspólnie przed jedenastu laty walczyliśmy o jawność majątkową polityków.

Jarosław Kaczyński powiedział też, że zakaz billboardów w obecnych warunkach służyłby w sposób oczywisty tym, którzy mają „przewagę medialną”. W porządku – „przewaga medialna” to socjologiczny fakt. Ale przecież „bliżej ludzi” „i Sprawiedliwość” zobowiązują by widzieć całą Polskę, nie tylko partię Donalda Tuska. Stanowisko PiS w sprawie billboardów byłoby o wiele bardziej wiarygodne – gdyby PiS sam nie wykorzystywał bez umiaru przewag, które posiada. Przypomnę, że w wyborach europejskich na Prawicę Rzeczypospolitej i Unię Polityki Realnej głosowało ponad 10 % prawicowych wyborców (licząc łącznie z głosami na PiS). Czy PiS, podtrzymując obecną ordynację wyborczą, pamięta o „i Sprawiedliwości” oraz konieczności niwelowania „przewagi medialnej”. A może tam, gdzie samemu się ma „przewagę medialną” – żadną wiarygodnością przejmować się trzeba?

I jeszcze jedno. Zakaz billboardów w obecnych warunkach – jak mówi Jarosław Kaczyński – służyłby w sposób oczywisty tym, którzy mają „przewagę medialną”. A komu służyłoby w warunkach obecnej „przewagi medialnej” referendum w sprawie wprowadzenia euro? Politycy PiS jeszcze niedawno, zanim wybuchł kryzys, proponowali ten plebiscyt PO zamiast twardej obrony 227. art. Konstytucji – do czego w Sejmie posiadali zupełnie wystarczającą ilość głosów.

Afera Reding 3 sie 2011

Ostatnie dni nie przyniosły żadnych wiadomości na temat reakcji polskich władz i polskiego Parlamentu na aferę pani Reding. Przedstawiłem w sieci przygotowany (i przekazany wcześniej ugrupowaniom parlamentarnym) projekt Uchwały nie po to, by konstatować, że nic nie zrobiono (nie po to przygotowaliśmy i dużo wcześniej wysłaliśmy Uchwałę) – ale by dowiedzieć, się co zrobiły. Czy w Parlamencie podjęto jakieś działania, by stanowisko wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej utrwaliło się jako doktryna UE – czy nie? Czy europejski dryf rządu Tuska napotyka na jakąś realną, więc domagającą się działań – opozycję? Po to przecież istnieje narodowe e-Forum, by ugrupowania polityczne mogły poinformować opinię publiczną, co robią. Albo – dlaczego czegoś nie robią. Oczywiście – nikt nie ma obowiązku odpowiadać na publiczne pytania, chociaż odzywka „nie muszę się tłumaczyć” pasuje bardziej do chuligaństwa niż do ustroju parlamentarnego. Dominujące dziś partie lubią akcje w rodzaju „PiS bliżej ludzi”. Ale tak naprawdę – bliżej ludzi czy bliżej władzy? Bliżej ludzkich sumień czy bliżej masowych emocji i wyborców, którzy mogą dać głosy – czyli po prostu władzę? Pamiętam, jak w czasie francuskiej kampanii prezydenckiej’88 stowarzyszenia opieki nad niepełnosprawnymi wywiesiły billboardy „Prezydencie Mitterrand, premierze Chirac – co zrobicie dla ludzi, którzy nigdy nie będą mogli na Was głosować?” Dla ludzi – nie dla władzy. W wypadku PiS-owskiej opozycji był dodatkowy motyw, by na aferę Reding zareagować natychmiast, stanowczo i wyraźnie. Motyw podstawowy: walka z Układem. Z Układem, którego nie trzeba szukać – bo ujawnił go bł. Jan Paweł II w art.art. 12 i 17 Evangelium Vitae.

Afera Reding and Międzynarodowe 1 sie 2011

Przedstawiłem w ubiegły czwartek na blogu projekt Uchwały Sejmu ws. radykalnej aborcjonistycznej deklaracji ogłoszonej ex officio przez Viviane Reding, wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej. W sprawie tej – mimo informacji w mediach centralnych, mimo apeli, mimo obowiązków wynikających z faktu prezydencji – rząd nie podjął żadnych kroków. Projekt ten znacznie wcześniej przekazałem PiS i PJN, z apelem o zgłoszenie go w Sejmie. Na blogu przedstawiłem go również po to, by dowiedzieć się, czy partie te podjęły jakieś kroki we wskazanej sprawie. Pora najwyższa, bo na wydarzenia takie jak wypowiedź pani Reding reagować trzeba natychmiast – poprzez akty oficjalne, a także mobilizację opinii międzynarodowej. Trzeba, bo nie chodzi tu o sprawę, która jest ciekawa dla prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej, ale o wypowiedź definiującą zasady współpracy europejskiej, o fakt ustrojowy w wymiarze europejskim. Nie możemy pozwolić, by w okresie polskiej prezydencji aborcjonizm (bez słowa protestu) został uznany za oficjalną ideologię Unii Europejskiej. Oczywiście, są tacy, którzy uważają, że możemy – ale im więcej takich opinii, tym właśnie mocniej powinny reagować partie, które deklarowały obronę zasad chrześcijańskich w Europie. Ta obrona nie polega na opowiadaniu o „wartościach” w okolicznościowych przemówieniach, ale na aktach politycznych podejmowanych ze stosowną mocą, gdy wymagają tego okoliczności.

Cały czas czekamy na wiadomość o działaniach podjętych w Parlamencie (bo niestety po publikacji poprzedniego żadnych takich informacji ani w komentarzach, ani inną drogą nie otrzymaliśmy). Zachęcam do nich opozycję, bo europejska bezczynność rządu nie powinna pozostawać bez opozycji właśnie. To słowo zobowiązuje do czegoś więcej niż prowadzenie kampanii wyborczej. To właśnie opozycja powinna przypomnieć partii rządzącej jej obłudne deklaracje, zawarte w oficjalnym programie (deklaracje, które przypomnieliśmy w uzasadnieniu przygotowanej Uchwały).