Wrzesień 2011


Kontrowersje 28 wrz 2011

Jarosław Kaczyński w programie Bogdana Rymanowskiego próbował dziś wyjaśniać  dlaczego musiałem odejść z PiS. Mówi, że mnie “błagał”, bym pozostał w jego partii. Prawda jest taka, że to ja tygodniami na obradach Komitetu Politycznego i Klubu Parlamentarnego, w rozmowach i listach, błagałem go, aby nie torpedował ze swymi współpracownikami międzypartyjnych prac nad potwierdzeniem w Konstytucji prawa do życia. Dokumentację tych wydarzeń można znaleźć w Białej Księdze. Opisał to Tomasz Terlikowski w swojej  “Zdradzonej nadziei”, a ja opowiedziałem w moim “Dysydencie w państwie POPiS”. Wielokrotnie mówiłem Premierowi, że nie mogę firmować partii, która nie chce być solidarna z cywilizacją życia. Prosiłem go, by nie przeszkadzał tak solidarnemu wysiłkowi posłów. Bez skutku; również bez skutku odłożonego. Mimo naszego politycznego rozejścia – błagałem go potem (jako szefa partii bliższej od innych), by zareagował na “sprawę Agaty”, gdy rząd Tuska doprowadził do zmiany wykładni prawa o ochronie życia, pozbawiając prawnokarnej ochrony dzieci poczynane w szkolnych związkach gimnazjalistów. Błagałem go również, by Klub PiS wystąpił z rezolucją przypominającą, że art. 157a kodeksu karnego wyklucza niszczenie dzieci w embrionalnej fazie życia w laboratoriach in vitro (Sejm dał taką wykładnię tego przepisu w uchwale z RP 2006). I ostatnio o reakcję na aferę Reding. Jarosław Kaczyński zachował konsekwentną obojętność.

Problem Jarosława Kaczyńskiego polega na tym, że nie potrafi wziąć odpowiedzialności za własne decyzje. Tak było nie tylko z pracami konstytucyjnymi przed czterema laty. Tak było z ubiegłoroczną kampanią prezydencką. I tak jest ciągle.

Christianitas and Polityka 24 wrz 2011

Jarosław Kaczyński pojawił się na Jasnej Górze i oświadczył, że cały ład życia chrześcijańskiego jest w Polsce atakowany. Dobrze, że to powiedział – choć konstatacja oczywistości nie jest jeszcze żadnym remedium, ani tym bardziej zaangażowaniem na rzecz cywilizacji chrześcijańskiej. Wiarygodność tej deklaracji jest niska, bo PiS nie interesował się sprawami ładu chrześcijańskiego, gdy trzeba było dla nich pracować – przypominał je sobie, by różnicować się z konkurencją polityczną. Mimo wielokrotnych apeli (wręcz próśb) Prawicy Rzeczypospolitej – nie chciał bronić na forum parlamentarnym Ojca Świętego, gdy Benedykt XVI był atakowany przez polityków europejskich (w tym w precedensowej uchwale parlamentu jednego z państw Unii Europejskiej), nie chciał bronić Krzyża, gdy broniła go z kolei przed Trybunałem Strasburskim jedna czwarta państw Unii. W obu tych sprawach apelowaliśmy o złożenie przez oficjalną opozycję rezolucji w Sejmie, ale nie były to kwestie, w których PiS chciałby wywierać presję na rząd PO. Może dlatego, że presja ta mogłaby okazać się skuteczna, co partia nastawiona na polaryzację opinii publicznej mogłaby raczej odczytywać jako kłopot? Jeszcze bardziej dramatyczny był brak reakcji na największą aferę pierwszych lat rządów Tuska, tzw. sprawę Agaty, kiedy rząd PO dokonał zmiany wykładni obowiązującego prawa o ochronie życia, pozbawiając prawnokarnej ochrony dzieci poczęte w szkolnych związkach gimnazjalistów. W tej sprawie nie było ani wniosków o powołanie komisji śledczej, ani konferencji prasowych, ani nawet jednego zdania w złożonym krótko potem wotum nieufności dla minister zdrowia. Największa afera rządu Tuska – w wyniku której faktycznie obniżono poziom ochrony życia w Polsce – nie była przedmiotem żadnej opozycyjnej akcji PiS.

Deklaracja prezesa Kaczyńskiego jest tym mniej wiarygodna, że złożył ją w obecności poseł Jadwigi Wiśniewskiej, która z ramienia PiS przed czterema laty stanęła na czele nadzwyczajnej komisji konstytucyjnej ws. prawa do życia. Jako przewodnicząca hamowała te prace, za co została odwołana przez chcących pracować kolegów z komisji. Gdy pomyślnie kontynuowali prace – była przewodnicząca Wiśniewska krytykowała („atakowała”) swą komisję w TVN-24 (co samo w sobie stanowi ponoć wyjątkowy występek z punktu widzenia etyki PiS-owskiej), u boku obecnej minister Radziszewskiej i samej Joanny Senyszyn. Piszę – u boku, bo panie wyrażały znacznie więcej opinii wspólnych niż odrębnych. Nic nie wiadomo, by przez ostatnie cztery lata polityka Jadwigi Wiśniewskiej w czymkolwiek zadośćuczyniła za szkody, które wtedy wyrządziła sprawom ochrony życia. Wiadomo natomiast, że jej pozycja w partii od tamtej pory systematycznie rosła, zawsze szybciej niż ilość uzyskiwanych głosów: po destrukcyjnej działalności w Komisji dostała od partii numer drugi na liście w swoim okręgu, obecnie nr 1. Są to sprawy publiczne – więc o nich piszę. Natomiast poseł Jadwigi mi bardzo szkoda, bo najłatwiej z takiej drogi zawrócić na początku. Jej przykład pokazuje natomiast jasno, że nie do pracy na rzecz cywilizacji chrześcijańskiej zachęcał swych polityków prezes Jarosław Kaczyński. I nic nie wskazuje na to, by chciał to zmienić.

Reguła wg Ojca Schütza 18 wrz 2011

Wspólnota, modne słowo współczesnego chrześcijaństwa, często nie oznacza już przejęcia się sprawami wspólnymi, ale raczej przyjemne uczucie przynależności do grona wybranych przyjaciół lub nawet to, że to nie my innymi, ale inni nami będą się zajmować. Oczywiście – jedno i drugie jest owocem prawdziwej wspólnoty, ale ani jedno, ani drugie nie należy do jej istoty. Refleksje na ten temat – komentując rozdziały 43-52 Reguły – proponuje we wrześniu w swych benedyktyńskich „Rekolekcjach” ojciec Christian Schütz OSB.

Zaczyna od tego, że we współczesnej kulturze doszliśmy „do pomijania pytań o wkład jednostek w dobro wspólne lub dobro drugiego człowieka”. To zaś oznacza nie tylko moralny błąd, ale zatratę poczucia rzeczywistości, bo przecież „żyję dzięki temu, że inni mają wzgląd na mnie, dokładnie tak samo jak inni zdani są na moje względy”. Realną wspólnotę konstytuują więc powinności, stanowią one „apel do naszej wolności i dobrej woli (…), co ludzi w najwyższym stopniu znamionuje jako ludzi”. Istnieją bowiem „obowiązki, których nie można przekreślić. Okoliczności mogą je zmodyfikować, ale nic więcej. Pewne obowiązki istnieją i istnieją związane z nimi wymagania”, a na „wezwanie powinieneś” – „odpowiedzieć trzeba”. Ten realizm społecznej natury człowieka i wynikająca zeń odpowiedzialność za naród i rodzinę, za sprawy, które prowadzimy i za przyjaciół, za całe chrześcijaństwo wreszcie – ukonstytuowały Christianitas, cywilizację chrześcijańską, i trudno wyobrazić sobie życie w pełni chrześcijańskie prowadzone w inny sposób.

Oczywiście – wspólnota to również braterskie święto. A tu najważniejszy jest Dzień Pański, stale powracająca niedziela, która „przypomina nam o (…) pierwotnym (…) darze wolności”. Niedziela, gdy idziemy do kościoła, który stoi „prawie w każdej wiosce, na każdym osiedlu, w każdym mieście”. Idziemy przeżyć prawdziwą wspólnotę przynależności do całego Kościoła, bo Dom Boży jest „ze swojej istoty naszym duchowym domem”.

Polityka and Repliki 15 wrz 2011

„Uważam rze” od swego powstania nie zauważało Prawicy Rzeczypospolitej. Tak wrażliwe na medialne niedole PiS – Prawicy Rzeczypospolitej nie przyznało jakiegokolwiek miejsca w debacie publicznej. Ani wynikającego z mandatu społecznego, ani z wagi argumentów. Dla „Uważam rze” życie publiczne sprowadza się do fascynacji walką PiS i PO. Dlatego odmawiano nam obecności mimo na przykład faktu, że w wyborach prezydenckich wygrałem we wszystkich (z wyjątkiem Kielc) miastach wojewódzkich z urzędującym wicepremierem-ministrem gospodarki (mając rzeczywiście mikro-budżet), albo że w wyborach europejskich Prawica i UPR (które w obecnych wyborach są razem) miały połowę głosów PSL, jedną czwartą SLD i przede wszystkim jedną dziewiątą PiS. Redakcja organu Pawła Lisickiego „uważała, rze” nas – i Polaków, którzy podzielających nasze poglądy – po prostu nie ma.

Nasz głos ignorowano nawet wtedy, gdy po paru tygodniach trzeba było powtarzać to, co właśnie my mówimy, jak w tekście samego redaktora naczelnego, lamentującego trzy tygodnie temu, że „nie sposób mieć teraz wątpliwości, do jakiego stopnia projekt wspólnej waluty był projektem politycznym czy też raczej ideologicznym, a nie ekonomicznym. Szkoda, że wtedy zapomniano o swobodzie dyskusji, a sceptyków stawiano do kąta”. O tym, że tylko Prawica Rzeczypospolitej uświadamiała opinii publicznej europejskie ryzyko wspólnej waluty, polityczno-federacyjny charakter tego przedsięwzięcia, że to my konsekwentnie przeciwstawialiśmy się likwidacji waluty narodowej, pisał ostatnio Cezary Mech, jeden z najważniejszych ekonomistów komentujących polską politykę; więc można.

W końcu jednak doczekaliśmy się zainteresowania i reakcji, choć nie wobec naszych poglądów. Zainteresowanie naszą działalnością ożywił (i to nadzwyczajnie) brak jednego okręgu do rejestracji list do Sejmu w całej Polsce. Piotr Zaremba poświęcił mi z tej okazji trzykolumnowy artykuł. Można by się tylko cieszyć, gdyby nie przygnębiające spostrzeżenie, że to akurat Piotr Zaremba podkręca stale mielące młyny pogardy – używając języka w rodzaju „lider mikroskopijnej partyjki nie dogadał się nawet z innym liliputem, czyli PJN”. Nie chodzi o pogardę dla nas – ale dla nonkonformizmu w ogóle i samodzielnej, opartej na przekonaniach, inicjatywy politycznej. Ale – jak pisze Piotr Zaremba – nie te tematy, nie te czasy.

Piszę bez złudzeń, bo dobrze znam środowisko dziennikarskie i wiem, jaką reakcję to wywoła. Ale cóż jest lepszego od prawdy? Również od prawdy o obrońcach „wolności słowa”, którzy są gotowi do upadłego bronić wolności poglądów, choć w trochę mniejszym stopniu wtedy, gdy chodzi o poglądy na temat ich własnej działalności.

Polityka and Wybory RP 2011 9 wrz 2011

Państwowa Komisja Wyborcza uznała dziś zasadność naszej skargi na decyzję Okręgowej Komisji Wyborczej dla okręgu podwarszawskiego, w którym pierwotnie OKW odmówiła rejestracji naszej listy, przede wszystkim wskutek nie przyjęcia części zebranych przez nas podpisów (OKW odmówiła nam uzupełniania zbieranych na bieżąco podpisów po złożeniu wniosku o rejestrację podwarszawskiej listy okręgowej). PKW stwierdziła, że skoro „lista kandydatów na posłów może zostać zgłoszona najpóźniej do godziny 24.00 w 40 dniu przed dniem wyborów. Do upływu tego terminu komitet wyborczy może zatem zbierać podpisy poparcia dla zgłoszenia listy kandydatów, co oznacza, że przed upływem tego terminu pełnomocnik wyborczy lub osoba upoważniona przez pełnomocnika może złożyć dodatkowe arkusze wykazu podpisów osób popierających zgłoszenie, zaś okręgowa komisja wyborcza obowiązana jest je przyjąć i uwzględnić przy weryfikacji udzielonego liście poparcia”. To ważne rozstrzygnięcie ustrojowe z zakresu prawa wyborczego. I pierwszy sukces naszej kampanii. Tym cenniejszy, że prawo jest jednym z najtrwalszych elementów demokracji (nigdy zmieniająca się władza nie zmienia go w całości), a dobre rozwiązania w dziedzinie wyborów służą wszystkim, którzy chcą aktywnie wpływać na sprawy Polski.

Międzynarodowe 8 wrz 2011

Przed spotkaniem prezydentów Polski i Niemiec warto przypomnieć aktualną agendę spraw naszych państw. Przede wszystkim nasza waluta narodowa. Polska broni się przed kryzysem dzięki zachowaniu złotego. Nie chcemy przyjmować euro, a pomysły wprowadzania „rządu gospodarczego Europy” uważamy wprost za groźne dla solidarności i współpracy europejskiej. Europa może mieć tyle wspólnych instytucji i kompetencji – ile ma wspólnych wartości i interesów.

Nie można udawać, że nie widzimy uruchamianego właśnie gazociągu bałtyckiego. Niemcy upierając się przy realizacji tego projektu podjęły działania na szkodę Polski, państw bałtyckich, Ukrainy. To jednostronne przedsięwzięcie, zaprzeczające solidarności europejskiej. Po jego uruchomieniu Polska musi z podwójną rezerwą przyglądać się wszelkim niemieckim inicjatywom politycznym. Od Niemiec domagać się musimy w tej sytuacji przede wszystkim zabezpieczenia interesów portu w Świnoujściu i solidarności z naszymi interesami gospodarczymi w planie europejskim, szczególnie równości konkurencyjnej polskiego rolnictwa. Gdy wszystkie wielkie państwa Europy myślą o środkach ratunkowych dla swoich gospodarek – Polska nie może pozostawać w tyle.

To tyle życzeń – na razie oficjalna polityka Polski wobec Niemiec biegnie w przeciwnym kierunku. W sporze między Niemcami i Francją z jednej, a Wielką Brytanią z drugiej strony – o integrację militarną Unii Europejskiej – Polska stanęła po stronie unijnych hegemonów. Po co? I co konkretnie na tym eurokonformizmie zyskaliśmy w zakresie agendy podstawowej naszych interesów?

Christianitas and Polityka and Prawa człowieka 6 wrz 2011

W czasie ostatniego głosowania w Sejmie wypełzło z sali głosowań na ulicę małe, bardzo brzydkie kłamstwo. Wszyscy je mogli zobaczyć, ale było tak brzydkie, że wielu „porządnych ludzi” odwróciło oczy, by go nie widzieć. Bo co z nim właściwie zrobić? Przez parę lat powtarzano w kontekście projektu zmiany Konstytucji sprzed czterech lat (a wielu „porządnych ludzi” w dobrej wierze to przyjmowało), że prawny szacunek dla życia każdego człowieka przed urodzeniem to postulat nierealny. „To nie miało żadnych szans” – ile razy słyszałem to w rozmowach i czytałem (ciągle to można przeczytać) w e-debatach? I nagle, nie poprzez analizę historyczną (przypominanie 1/3 Sejmu wnioskującej o zmianę konstytucyjną, 72 % posłów głosujących za podjęciem prac, sprawozdania przyjętego przez Komisję Stefaniuka), ale tym razem drogą eksperymentalną znowu się okazało, że to postulat realny – choć bardzo niewygodny dla głodnych władzy i zatraconych w zachłanności wyborczej partyjnych central. To głosowanie można było wygrać – w Polsce, nie na Węgrzech. Wystarczyłaby odpowiedzialna obecność posłów PiS. Dyscyplina, taka na przykład, jaką wprowadzono w grudniu, gdy PiS bronił dochodów, które otrzymuje z budżetu państwa. Albo po prostu wnioski z niedawnego głosowania nad prawem prywatnym międzynarodowym (uznanie przez Polskę tzw. małżeństw homoseksualnych zawieranych za granicą).

Dlaczego jednak PiS nie musiał wprowadzać dyscypliny obecności swoich posłów – czy w inny sposób dbać o ich udział w głosowaniu? To sprawa może jeszcze gorsza niż sama absencja poszczególnych nieodpowiedzialnych polityków. Ci spośród liderów opinii katolickiej, którzy popierają PiS (można by tu wyliczyć długą listę nazwisk) – wcale nie żądają od Jarosława Kaczyńskiego poważnego zaangażowania na rzecz cywilizacji chrześcijańskiej. Prezes PiS wiedział, że wystarczy głosowanie obecnych na sali – wystarczy „satysfakcja moralna” i „wyraźna różnica z PO”, i nikt nie będzie przeprowadzał przyziemnej, politycznej analizy, która wydaje się nawet niestosowna, gdy chodzi o „wartości” (przepraszam za gorzką ironię). Prezes PiS wiedział, że nie musi walczyć o wygraną – bo skala, sposób zaangażowania, krótko mówiąc brak polityki na rzecz prawa do życia – nie wpłynie na poparcie jego partii ze strony wspierających ją liderów opinii katolickiej. Nawet jeśli będą zawiedzeni – szybko zapomną. Pozostanie zresztą satysfakcja moralna, bo przecież PO…

Nie piszę niczego nowego, kiedyś już ten mechanizm pokazałem. Wtedy chodziło o traktat lizboński. Rzecz ma bowiem charakter strukturalny. Dotyczy po prostu pytania: czy chcemy mieć własną reprezentację polityczną?

Polityka 3 wrz 2011

Niektórzy Czytelnicy mojego ostatniego felietonu dziwili się, że jedynie na marginesie napisałem o niezarejestrowaniu przez Prawicę list w całej Polsce. Jednak zmarnowanie przez PiS szansy na zagwarantowanie prawa do życia najsłabszych to temat o wiele ważniejszy nie tylko od naszej, ale od kampanii w ogóle. Do sprawy tej i tak należy wracać, więc tymczasem mogę już zareagować na pytanie kilku komentatorów, jak mogło dojść do niezebrania po pięć tysięcy podpisów w dwudziestu jeden okręgach. Mogę tylko powiedzieć, że zebraliśmy w kraju ponad dwieście tysięcy podpisów – ale to nie złożyło się na dostateczną liczbę w dostatecznej ilości miejsc. I dodać to, co – jak przypomina Poeta – Tycydydes opowiada o swej nieudanej wyprawie do Amfipolis:

że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko

Tylko tyle. I tylko po czterysta podpisów zabrakło nam we Wrocławiu albo w Gdańsku (wystarczyłby nawet jeden z tych dwóch okręgów) do dwudziestu jeden okręgów otwierających możliwość kampanii w całej Polsce. Co znaczy ten znak? Że nasza praca jest daremna? A może raczej, że choć w ciągu trzech kampanii od dwóch lat zebraliśmy ponad pół miliona podpisów – sami nie możemy zrobić wszystkiego. Może ta minimalna liczba, której zabrakło, to znak osobistej odpowiedzialności każdego, kto podziela nasze przekonania. I tego, że na końcu o powodzeniu przedsięwzięć społecznych decyduje solidarność. Jeśli nie zasługujemy na poparcie – należy nas krytykować (co nie zwalnia z powinności rzeczowości i kultury krytyki). Ale jeśli zasługujemy – na tych, którzy się z nami zgadzają, ciąży powinność czynnej solidarności. A my walczymy dalej. Dziś tak zdecydowaliśmy na posiedzeniu Zarządu Prawicy Rzeczypospolitej. Skoro stratujemy w połowie okręgów – musimy pracować ze zdwojoną energią. W każdym razie nie pozostawimy bez reprezentacji ludzi, którzy nam tyle razy powtarzali: gdyby nie wy – w ogóle nie mielibyśmy na kogo głosować.

Christianitas and Polityka and Prawa człowieka 1 wrz 2011

Większość PO-SLD pięcioma głosami odrzuciła ustawę potwierdzającą nienaruszalność prawa do życia. Człowiek jest istotą społeczną, potrzebującą władzy publicznej i organizacji społecznej dla swej ochrony. Państwo zaś potrzebuje polityki. Poddajmy więc wczorajsze głosowanie analizie politycznej. Czy ci, którzy głosowali za życiem (a zapewne będą to przedstawiali jako wystarczający dowód wystarczającego zaangażowania) – zrobili wszystko by wygrać? Pytam, bo cywilizacja życia ma prawo do swej polityki, nie tylko do deklamacji o „wartościach”.

Dlaczego nie było dziesięciu posłów PiS, mimo, że klub ten słynie z dyscypliny, również dyscypliny obecności w sprawach, które uznaje za politycznie ważne? Czyżby w sprawie prawa do życia liczyła się tylko polaryzacja – a nie wygrana – z PO? Pytanie jest tym ważniejsze, że to co najmniej drugi w ostatnim czasie przypadek lekceważenia przez PiS podstawowych spraw ładu moralnego. W głosowaniu, które otworzyło furtkę do uznawania w naszym kraju „małżeństw” homoseksualnych udzielanych za granicą (ostatnio gromko przypominanej w kontekście „PSL-owskich” wypowiedzi posła Hofmana) absencja w PiS była większa niż w PO i SLD razem wziętych. Tamto głosowanie też można było bez trudu wygrać, jak wczorajsze.

I kwestia druga. Gdy przed czterema laty pracowaliśmy nad zmianą Konstytucji – do końca za potwierdzeniem prawa do życia (w kwestii konstytucyjnej, więc trudniejszej) głosowało dwudziestu czterech posłów PO. Wtedy osobiście angażowałem się w przekonywanie wszystkich klubów i poszczególnych polityków. Tamto poparcie w dzisiejszym głosowaniu wystarczyłoby do wygrania sprawy, niezależnie od PiS-owskiej absencji. Wczoraj posłów PO głosujących za życiem było tylko piętnastu. Czyżby „umiar” przywódców dzisiejszego PiS był mniej przekonujący niż przypisywany nam „radykalizm”?

PiS w sprawach podstawowych głosuje poprawnie (w zakresie, w jakim w ogóle chce głosować). Nie prowadzi jednak polityki na rzecz cywilizacji chrześcijańskiej. To dlatego wczoraj we „Frondzie” powiedziałem, że niezarejestrowanie list Prawicy Rzeczypospolitej w większości okręgów kraju osłabia prawicę katolicką jako taką. A wczorajze głosowanie najlepiej ilustruje racje naszej kampanii. Pokazuje bowiem zarówno potrzebę PiS w dzisiejszej polityce polskiej, jego absolutną niewystarczalność i niezbędność prawicy chrześcijańsko-konserwatwnej – bez której będziemy może oburzać się na rzeczywistość, ale nie będziemy jej konsekwentnie zmieniać. Niepowodzenie rejestracji wszystkich list w kraju to oczywiście nasza i moja odpowiedzialność, ale przynajmniej podjęliśmy wyzwanie, zrealizowaliśmy je jak mogliśmy i – choć teraz jest trudniej – będziemy walczyć nadal. To lepsze od chowania głowy w piasek i od polityki wizerunkowych krętactw.