Przekraczam dziś próg w życiu, więc trudno pisać o czymś innym. Moja córcia – Marysia, Mania, Manita, Marunia, Maronita, Maniek Jurek, Pszczoła – kończy 18 lat. Do dorastania najmłodszego dziecka (a szczególnie córki) trudno się przyzwyczaić, bo zawsze się zdaje, że jest dzieckiem, choćby nie wiem ile razy przypominać sobie, że to prawie dorosła kobieta i niezwykle odpowiedzialny człowiek. Z najstarszym dzieckiem to prostsze, Zosia już wiele lat wcześniej była pierwszą po rodzicach. U Marysi w rodzeństwie skupiły się cechy mazowieckich przodków. Jak prawdziwy Mazur: pobożna, pracowita, umie się złościć, uczynna, z wielkim sercem, nie lubi chłopaków-mazgajów. Dziś jest już dorosła, jak jej rodzeństwo; więc wszyscy. Rodzicami jest się zawsze i nie czujemy, by od dorosłości dzieci przybyło nam z Izą lat. Zresztą Dziadkowie też są ciągle młodzi. Ale doprowadziliśmy dzieci do pełnoletniości, przekazując im to co otrzymaliśmy. I jak tu nie wierzyć, że w świecie jest jednak postęp…