Historia


Międzynarodowe and Historia and Polityka 23 stycznia 2010

Wyniesienie do godności Bohatera Ukrainy Stepana Bandery to najzupełniej suwerenny akt Wiktora Juszczenko. To jego testament prezydencki przed odejściem z urzędu.  

Stepan Bandera był niewątpliwie odważnym człowiekiem i poświadczył to życiem. Większą część wojny spędził w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, ale w tym czasie założona przez niego Służba Bezpieczeństwa OUN, a potem założona przez jego zwolenników Ukraińska Armia Powstańcza przeprowadziły ludobójstwo polskiej ludności na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. To nie było bardziej od innych krwawe ogniwo w łańcuchu przemocy, ale realizacja założeń teoretycznych OUN. Biuletyn Krajowej Egzekutywy OUN już kilka lat przed wojną głosił, że „nacjonalizm ukraiński nie liczy się z żadnymi ogólnoludzkimi przepisami solidarności, sprawiedliwości, miłosierdzia, humanitaryzmu” i że „każda droga, która prowadzi do najwyższego celu, jest naszą drogą, bez względu na to, czy u innych nazywać się będzie bohaterstwem czy podłością”.  

Nie oczekuję od Ukraińców, że na polsko-ukraińską historię będą patrzyli z naszej perspektywy. Oczekuję, że na naszą historię będziemy potrafili razem patrzeć krytycznie i po chrześcijańsku. Przeciwnikami Polski byli i hetman Skoropadski, i twórca ukraińskiego konserwatyzmu Wacław Lipiński, i również (w planie politycznym) Sługa Boży metropolita Szeptycki. Ale to nie ich wybiera na patronów nowej Ukrainy Wiktor Juszczenko, w swym suwerennym akcie prezydenta nie podlegającego już wyborom. 

Prezydent Lech Kaczyński wiedząc o renesansie ideologii banderowskiej na Ukrainie tym bardziej powinien był domagać się jasnego potępienia ludobójstwa popełnionego na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Zdecydował się od tego odstąpić, uwzględniając w swej polityce ukraińskiej wrażliwość banderowską. I dziś w osobie Stepana Bandery uhonorowana jest nie tylko słuszna walka nacjonalistów ukraińskich ze Związkiem Sowieckim, ale również niepotępione i nierozliczone moralnie masowe zbrodnie.

Christianitas and Historia and Polityka 31 grudnia 2009

Najważniejszym politycznym wydarzeniem mijającego roku jest wejście w życie Traktatu Lizbońskiego. Rozwiewa się mit „wielkiego rozszerzenia” – zaczyna się rzeczywistość „wielkiego przyłączenia”. Odpowiedzialność za przyjęcie tego traktatu łączy PO i PiS i jest tym większa, że obie partie uruchomiając już wiosną ubiegłego roku proces ratyfikacyjny jeszcze bardziej osłabiły pozycję polityczną Polski. W efekcie Irlandia i Czechy – które łącznie liczą przeszło dwa razy mniej mieszkańców niż Polska – uzyskały więcej od nas gwarancji dla swych zasadniczych (i nie tylko materialnych) interesów.  

Wejściu w życie traktatu lizbońskiego towarzyszy światowy kryzys ekonomiczny. Uderzył w Polskę spadkiem zatrudnienia i eksportu, ale jeśli nasza gospodarka broni się przed kryzysem lepiej od innych, to (po pierwsze) dzięki zachowaniu narodowej waluty, po drugie – dzięki zwiększeniu możliwości nabywczych rodzin wychowujących dzieci (wskutek obniżenia podatków w LP 2006-07).  

RP 2009 przyniósł narastający atak na cywilizację chrześcijańską w Europie. Tym ważniejsze były w tym kontekście kroki podjęte przez Ojca Świętego na rzecz jedności Kościoła – odwołanie ekskomunik dla biskupów Bractwa św. Piusa X oraz konstytucja Anglicanorum coetibus, otwierająca tradycyjnym anglikanom drogę do życia w jedności katolickiej. Decyzje Papieża to umocnienie wspólnoty ze wszystkimi, z którymi łączy nas wspólne Credo – ale również wzmocnienie jedności wszystkich chcących bronić cywilizacji chrześcijańskiej. 

Zwiastunem korzystnej zmiany w polskiej polityce może być spadek poparcia dla rządu Tuska w następstwie ujawnienia afery hazardowej. Spora część opinii publicznej zaczyna wreszcie widzieć, co wyziera spoza fasadowej wizji ułatwionego życia, prezentowanej przez pop-liberalizm Platformy Obywatelskiej (więcej w dzisiejszym numerze „Naszego Dziennika”).

Międzynarodowe and Historia and Polityka 11 listopada 2009

Patriotyzm kojarzy się nam dziś głównie kultywowaniem pamięci i obchodzeniem rocznic. Rzucone przez Wojciecha Wasiutyńskiego hasło „być sobą” (od którego zaczynają się „Źródła niepodległości”) to na pewno podstawa patriotyzmu. Podstawa – ale tylko podstawa. Patriotyzm coraz rzadziej kojarzy się nam z państwem, mimo, że niepodległe państwo jest największym darem Boga dla naszego pokolenia. Państwo Polskie zawsze będzie potrzebne Polakom do zachowania i rozwoju naszego życia narodowego, potrzebne będzie Europie dla zachowania naszej cywilizacji, potrzebne będzie Europie środkowej jako zwornik geopolitycznego bezpieczeństwa. Nie ma – i nigdy nie było – sprzeczności między państwami narodowymi a współpracą międzynarodową. O tym znaczeniu państwa przypomniał ostatnio Ojciec Święty w „Caritas in veritate”, szczególnie w art.art. 24 i 41. Papież pisze tam, że w naszej epoce państwo musi stawić czoło wyzwaniom, jakie niesie finansowo-gospodarcza globalizacja. „Ten nowy kontekst zmodyfikował polityczną władzę państw [więc] należałoby sobie życzyć, aby bardziej wzrastała uwaga i uczestnictwo w res publica ze strony obywateli.”  Współczesność nie eliminuje „roli państw, a raczej angażuje rządy do głębszej wzajemnej współpracy. (…) W odniesieniu do rozwiązania obecnego kryzysu, rola państwa wydaje się wzrastać, odzyskując wiele ze swych kompetencji. Istnieją ponadto narody, w których budowanie lub odbudowywanie państwa jest nadal kluczowym elementem ich rozwoju.”  Nie wiem czy dostatecznie usłyszeliśmy tę naukę. Bo dla Polski – jak dla innych narodów uwolnionych z komunizmu – państwo jest najzupełniej „kluczowym elementem rozwoju”. Jan Paweł II mówił, że bez Polski niepodległej nie ma sprawiedliwej Europy. Dziś słowa te odbijają się echem – bez szacunku dla interesów niepodległej Polski nie istnieje żadna solidarność europejska.

Historia 28 października 2009

Dziś mija dwadzieścia lat od powstania Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. ZChN pozostał partią pierwszej dekady naszej niepodległości. W jego działalności odbijają się jej blaski i cienie. ZChN przede wszystkim przywrócił obecność opinii katolickiej w naszym życiu publicznym. To było jego najbardziej podstawowe osiągnięcie. Był jak klin, który nie pozwolił domknąć poprawności politycznej, według której zasady naturalnej sprawiedliwości (niedopuszczalne według lewicy, konieczne według centroprawicy) to „ograniczenia wolności”. Broniliśmy nierozłączności dobra wspólnego, ładu moralnego i wolności politycznej. Największym sukcesem ZChN było ustawodawstwo uznające ludzkie prawa dziecka poczętego – częściowe i niedoskonałe, ale będące realną odpowiedzią na powszechne wyzwania kontrkultury śmierci. Walczyliśmy o dekomunizację (zgłaszaliśmy pierwszy projekt ustawy o przejęciu na Skarb Państwa majątku PZPR), o prawa rodziny i obniżenie podatków dla rodzin wychowujących dzieci, o samodzielną pozycję Polski w Europie. 

Słabością ZChN było, że o te wszystkie cele trzeba było walczyć najpierw w samym ZChN-ie. Zawsze w nim był (i w końcu wziął górę) nurt oportunistyczny, chcący nie tyle reprezentować, co eksploatować poparcie katolickich wyborców, nurt władzy deklamujący o skuteczności itp. To nie on zbudował trwałe osiągnięcia naszej partii, natomiast dostarczył solidnej porcji pretekstów do ataków na nią. 

Dziś ZChN to już historia, ale historia bliska i żywa. Większość spraw podjętych dwadzieścia lat temu przez Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe jest nadal aktualna.

Historia and Polityka 16 września 2009

Mamy wreszcie Wielki Narodowy Kompromis. Przejdzie w zaostrzonej wersji wniosek PSL – 17 września Sejm zachowa milczenie. Wnioskodawcy proponowali wprawdzie, żeby milczenie odbyło się na sali sejmowej, ale dostaniemy jeszcze więcej – Sejm 17 września będzie pusty, milczenie będzie totalne, grobowe. Walory intelektualne sejmowego Kompromisu zostaną w ten sposób wzbogacone o artystyczne, a symbole przemawiają bezpośrednio i najmocniej. Twórcom Kompromisu gratuluję odważnej rezygnacji z podjęcia uchwały na czas i genialnego scenariusza! 

Okazje takie jak tegoroczna rocznica drugiej wojny światowej zdarzają się rzadko. Powinny być okazją do potwierdzenia wobec opinii międzynarodowej i narodowej ponadczasowego znaczenia pamięci wydarzeń, których rocznica mija. 

W wypadku drugiej wojny światowej powinniśmy światu przede wszystkim przypomnieć do czego doprowadziła nienawiść i pogarda antypolska. Nieprzezwyciężona zbrodnia rozbiorów, nie zaakceptowana niepodległość Polski, przyniosła w skutkach najazd, nowe rozbiory i ludobójstwo. Druga prawda, którą w ten czas należało przypomnieć opinii międzynarodowej to – potwierdzająca geopolityczne i europejskie znaczenie Polski – decydująca rola polskiego września’39 w zatrzymaniu agresji Hitlera w Europie. Wreszcie trzecia – to zwrócenie uwagi na ciągle niedokonane międzynarodowe potępienie komunizmu – modelowego wzoru wszystkich totalitarnych tyranii i współsprawcy drugiej wojny światowej. Powinien to być zresztą czas, gdy Europie mówimy o sobie, o swoich doświadczeniach i wynikających z nich prawach. I mówimy jako część Zachodu (o tym co zrobiliśmy dla Zachodu) i jako część Europy środkowej (której los pod jarzmem sowieckim dzieliliśmy). Przede wszystkim powinniśmy przedstawić wnioski płynące dla przyszłości, prawa niepodległej Polski w Europie. 

Zamiast tego wszystkiego mieliśmy PO-PiS-y skuteczności. Nasi wyborczy war-lordowie skutecznie odprawili swoje „pijary narracyjne”, skutecznie zainteresowali kraj i Europę swoimi awanturami, a na końcu jeszcze raz skutecznie ogłosili Kompromis, z którego nie wiadomo co wynika (w każdym razie niewiele dobrego), prócz tego, że to, co powiedzą tydzień po wrześniowej rocznicy, mogli powiedzieć spokojnie przed nią bez tych wszystkich awantur. W państwie PO-PiS awantura zyskała jednak rangę wartości społecznej. W końcu wywołali ją „politycy skuteczni”, którzy wiedzą, co robią. Problemem, przed jakim stajemy jako naród, jest czy się na to zgadzamy (pytanie nie jest retoryczne, bo trudno ukrywać, że niektórzy Polacy rzeczywiście się na to zgadzają). I myśląc o sprawach zasadniczych musimy sobie również odpowiedzieć jakiej skuteczności dla Polski chcemy.

Międzynarodowe and Historia 14 września 2009

W sobotę Zarząd Prawicy Rzeczypospolitej wydał naszą Deklarację „w związku z siedemdziesięcioleciem najazdu niemiecko-sowieckiego na Polskę”. Nie piszemy tam o gorszącej niezdolności Sejmu do wydania oświadczenia na 17 września, ani o milczeniu wszystkich władz publicznych w rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow 23 sierpnia. Apelujemy by cykl rocznic wojennych stał się jednak momentem „zgodnego przypomnienia przez całą polską opinię publiczną prawdy historycznej i wynikających z niej politycznych wniosków dla przyszłości Europy”. Najważniejsze bowiem są wnioski. 

Przypominamy więc, że „rozbiór Polski dokonany przez Niemcy i Związek Sowiecki był następstwem niepogodzenia się przez Niemcy i Związek Sowiecki z przekreśleniem przez traktat wersalski zbrodni rozbiorów Polski. Ani Niemcy, ani ZSSR nie zaakceptowały niepodległości Polski w granicach ukształtowanych po pierwszej wojnie światowej. Ze strony obu tych dwóch państw nasz kraj stał się w dwudziestoleciu międzywojennym obiektem nieprzerwanej agresji propagandowej, przedstawiającej Polskę jako siedlisko nietolerancji i zarzewie konfliktów w Europie. Prawdziwym powodem tej politycznej agresji była rola geopolityczna Rzeczypospolitej jako przeszkody dla dominacji mocarstw w Europie środkowej, i tym samym gwaranta wolności jej narodów”. 

I wzywamy władze publiczne by przedstawiły przy tej okazji deklarację stwierdzającą, że Polska ma prawo, by polityka współpracy Niemiec i Rosji (o której mówią dziś szefowie rządów obu państw) nigdy nie była realizowana w sposób, który Polska odbiera jako zagrożenie dla swego bezpieczeństwa i dla swych podstawowych interesów. Władze Rzeczypospolitej powinny oświadczyć, że Polska będzie stale zabiegać o poparcie tego stanowiska na forum polityki europejskiej.

Christianitas and Historia 6 września 2009

Dwa tygodnie temu bodaj jedynym wielkim dziennikiem, który przypomniał 70-tą rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow i rozbiór Polski, dokonany po najeździe niemiecko-sowieckim, był papieski Osservatore Romano. A dziś o rocznicy napaści na Polskę, pierwszej ofierze wojny światowej, powiedział osobiście Benedykt XVI. Ojciec Święty daje całej Europie przykład wypełniania solidarności pamięci, a nam daje jeszcze jeden dowód ojcowskiej przyjaźni, tak jak Pius XII broniący Polski zaraz na początku drugiej wojny światowej w Summi Pontificatus, a potem zachowujący do końca uznanie dyplomatyczne dla naszego rządu na wygnaniu. I jak bł. Pius IX broniący powstania styczniowego, jak św. Pius X broniący dzieci wrzesińskich, jak abp Ratti – późniejszy Pius XI – pozostający jako niemal jedyny ambasador (drugim był ambasador Turcji) w atakowanej przez bolszewików Warszawie, jak Paweł VI przypominający w środku komunistycznej nocy, że Polska była i jest antemurale Christianitatis, i jak Jan Paweł II, prawdziwy ojciec naszej niepodległości. Rzym nas nie zapomniał, obyśmy i my nie zapomnieli gdzie naprawdę bije serce Europy.

Międzynarodowe and Historia 3 września 2009

Istnieją dwa zasadnicze sposoby mówienia przez nas o drugiej wojnie światowej. Te dwie narracje wyznaczały też dwa możliwe modele obchodów 70-lecia drugiej wojny światowej. Pierwszy – to podkreślenie naszego wkładu w zwycięstwo wolnego świata. Polska zatrzymała ekspansję Hitlera, odrzucając udział w jego polityce. Tym samym uniemożliwiła mu opanowanie kontynentu europejskiego i to jest nasz wkład: napierw w wolność połowy kontynentu po wojnie i w wolność Europy dzisiaj. W tym modelu powinniśmy byli zabiegać o wystąpienia naszych wojennych sprzymierzeńców. Częściowo jedynie na Westerplatte spełniło to przemówienie François Fillona, choć zabrakło w nim zadośćuczynienia za niewykonane przez Francję zobowiązania sojusznicze, gwarantowane przez konwencję wojskową. Nie wiadomo jednak czy nasza dyplomacja zabiegała o wystąpienia brytyjskie i amerykańskie. 

Drugi wymiar pamięci jest ważniejszy, choć mniej przez nas uświadamiany. To pamięć środkowoeuropejska, krajów w LP 1939-40 napadniętych przez Niemcy i Związek Sowiecki, a w LP 1944-45 pozostawionych temu agresorowi, który wygrywał wojnę. To zresztą prawdziwy (można powiedzieć mackiewiczowski) wymiar pojednania: narodów środowej Europy, które w czasie wojny znalazły się po stronie Niemiec i tych, które były po stronie Rosji. W istocie byliśmy przecież uczestnikami tego samego dramatu. W tym planie, wspólnego doświadczenia, cenne byłyby wystąpienia przedstawicieli państw bałtyckich, Finlandii, Rumunii. Ten wymiar podkreślałby prawo do wolności narodów Europy środkowej i ich prawo do realnego, politycznego zadośćuczynienia za pół wieku niewoli, a przede wszystkim jasne potępienie obu totalitaryzmów. 

Obchody zrealizowały model trzeci, tak naprawdę pozbawiony wymiaru uniwersalnego, choć mocno osadzony w poprawności politycznej. Model „pojednania”, w którym własna pamięć narodowa traktowana jest jako zarzewie konfliktów. Tak bowiem obóz władzy PO, a także wielka część mediów, mówi dziś o stosunkach polsko-rosyjskich i polsko-niemieckich, w którym nasz kraj nie zgłasza żadnych roszczeń, broni po prostu swej godności, swego miejsca w Europie i podstaw swojej niepodległości.

Historia 19 sierpnia 2009

Ludwik Skurzak w dosadnych słowach pyta po co wprowadziłem Przymierze Prawicy do PiS-u przed siedmiu laty. Pytanie jest oparte na fałszywym założeniu – jakobym był co najmniej jednym z głównych promotorów likwidacji Przymierza. Jako przewodniczący Rady Politycznej PP byłem nastawiony na ścisłą i lojalną współpracę z Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi, ale również – w przeciwieństwie do tego, co pisze Ludwik Skurzak – na utrzymanie oparcia dla naszej samodzielności politycznej w postaci odrębnej partii. Wspólnie z Kazimierzem Ujazdowskim i Marianem Piłką byliśmy ostatnimi, którzy przychylali się do stanowiska większości. Zwolennikiem szybkiego wejścia do PiS był Kazimierz Marcinkiewicz. Był zdecydowanie przeciwny mojej propozycji, by decyzję o zjednoczeniu poprzedzić powołaniem regionalnych komitetów koordynacyjnych PiS i PP, gdyż uważał to za sabotowanie szybkiej integracji. Stanowisko Marcinkiewicza podzielał b.prezes SKL Mirosław Styczeń, a z mniejszą determinacją – Wiesław Walendziak i Marcin Libicki. Najdłużej na pozycjach samodzielności wytrwał jeszcze Mariusz Kamiński, ale gdy Jarosław Kaczyński obiecał mu, że w PiS nigdy nie znajdzie się Karol Karski (który zwalczał opozycyjną działalność NZS i samego Mariusza na UW, w drugiej połowie lat 80-tych), wówczas i Mariusz Kamiński zaakceptował rozwiązanie Przymierza, czyli stanowisko większości jego działaczy. Tak wygląda historia. Jako historyk znam wartość każdej relacji o wydarzeniach politycznych; jako polityk wiem, że prawda o ich przebiegu często nie ma żadnego politycznego znaczenia.

Prawa człowieka and Historia 22 lipca 2009

Kilka lat temu próbowaliśmy ustanowić w Sejmie 22 lipca – Dniem Pamięci Ofiar Komunizmu. Na pomysł ten wpadłem lata temu, gdy ks. Witold Andrzejewski w dniu, kiedy komuniści świętowali 40-lecie PRL, odprawił w katedrze gorzowskiej Mszę świętą w intencji ich ofiar. Ten dzień bowiem, wybrany przez komunistów dla poniżania naszego narodu, mający zastąpić 3 Maja i 11 Listopada – powinien pozostać w pamięci Polaków byśmy nigdy nie zapomnieli o tych, którzy mieli udział w cierpieniach Ojczyzny, o barbarzyństwie systemu, który zanegował religię, narodową tradycję i rodzinę, choć w naszym kraju przybrał formę marionetkowych rządów kolaboracyjnych. 22 lipca powinien bowiem przypominać i naszą polską kolaborację, stawiając każdego z nas przed pytaniem – czy gdybyś dostał drugą szansę chciałbyś dzielić cierpienia Polski, czy robić karierę kosztem Polski? Dzień ten miał mieć również wymiar uniwersalny – przypominając ofiary poniesione przez narody walczące z komunizmem, a przede wszystkim cierpienia narodów ciągle żyjących pod jego władzą – w Chinach, Wietnamie, Korei, na Kubie. 

Projekt Dnia Pamięci Ofiar Komunizmu wtedy upadł, zablokowany przez PO i PSL, które twierdziły, że taka data obraża samą ideę. Zupełnie inaczej odczytała to „Trybuna”, widząc w ustanowieniu Dnia definitywne, symboliczne napiętnowanie PRL. Zareagowali gwałtownie, bo banalizacja PRL była od początku zasadniczym motywem ideowej strategii postkomunistów i podstawą ich politycznych sukcesów. Tym bardziej proklamacja Dnia Pamięci Ofiar Komunizmu jest ciągle zadaniem do wykonania.

Historia 16 czerwca 2009

Ludwik Dorn podniósł we wczorajszym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” fatalną – dla pozycji PiS – rolę zespołu Bielan-Kamiński-Czarnecki. Istotnie, pozycja tych polityków to jeden z najbardziej irracjonalnych momentów polityki Jarosława Kaczyńskiego.   

O ile bowiem moralny kryzys PiS ujawnił się z siłą w trakcie torpedowania prac konstytucyjnych, o tyle początkiem zapaści wyborczej polityki Jarosława Kaczyńskiego była słynna Noc Renaty, zaraz po pierwszym odwołaniu z rządu Andrzeja Leppera. W wewnętrznej dyskusji władz PiS byłem wtedy orędownikiem próby rządów mniejszościowych, z opcją na przyciąganie do rządu PSL i prawicowych posłów PO. Było to jeszcze możliwe, bo PiS ciągle miał większe poparcie społeczne od PO, wybory były daleko, a nawet ich przyspieszenie powinno było w tamtym momencie potwierdzić i wzmocnić pozycję rządu Kaczyńskiego. Jednak wspomnianych trzech polityków zaproponowało rozwiązanie nieklasyczne: rozbicie Samoobrony w jedną noc. Zamiast porozumienia programowo-politycznego, porozumienie bardziej „konkretne”. Od Ryszarda Czarneckiego przychodziły wieści, że połowa posłów partii Leppera chciałaby przejść do (albo popierać) PiS, Michał Kamiński i Adam Bielan przekonywali, że jest to jak najbardziej wykonalne. Do Hotelu Sejmowego ruszyli emisariusze, by „przekonywać” Renatę Beger i jej kolegów. C.d. jest znany…  

Zagadką pozostaje pytanie: dlaczego ludzie, którzy wplątali Jarosława Kaczyńskiego w takie kłopoty – zbudowali na tym tak wielką pozycję? Rzecz nie jest bez analogii: wszyscy, którzy uczestniczyli w torpedowaniu prac na rzecz konstytucjonalizacji prawa do życia – też spotkali się z uznaniem Prezesa. A przecież wywołali największy kryzys moralny na prawicy od czasu obalenia rządu Jana Olszewskiego. Czyżby więc awantura, rzucanie społeczeństwa w kolejne „sezony polityczne”, była ostatecznym celem tej polityki? Ta hipoteza tłumaczy dlaczego nawet największy kryzys nie jest porażką, a szansa na moralną stabilizację państwa została potraktowana jak zagrożenie.

Historia and Polityka 1 kwietnia 2009

W jednym z ostatnich wywiadów: „Traktowałem wyborców jak mocodawców, byłem ich pełnomocnikiem i pracowałem z całym zaangażowaniem, ale zarazem byłem wolnym człowiekiem. Dlatego później zarzucano mi cynizm. To nie cynizm, to właśnie jest cecha zawodowa. (…) Do polityki się nie idzie po to, żeby dać się zabić za jakiś pogląd, tylko dlatego, że się go reprezentuje i próbuje się załatwić określoną sprawę. Ale to wcale nie oznacza, że ze wszystkimi poglądami reprezentowanego elektoratu w stu procentach się identyfikuję. To właśnie za to miał do mnie pretensje ojciec Rydzyk, nawet nazywał mnie publicznie oszustem.  (…) Zawsze polityk jest niewolnikiem elektoratu, który go wybrał. Ale nigdy już się nie zaangażuję w budowanie partii, która będzie reprezentować grupę ośmiu procent skrajnie prawicowego elektoratu. Nie interesuje mnie to.” 

Taka polityka żadnej sprawy trwale nie załatwi, trwale może tylko poprawić pozycję społeczną swoich wykonawców. Ale w planie politycznym – skompromituje społecznie każdą ideę, której się dotknie. Dalsze komentarze są zbędne, ograniczę się więc tylko do uwagi historycznej. Feliks Koneczyny, którego dzieła spopularyzował na emigracji i w kraju dziadek Romana Giertycha, za zasadnicze znamię cywilizacji łacińskiej (którą też często nazywamy zachodnią) uważał rozróżnianie prawa prywatnego od publicznego (to dzięki niemu Zachód stworzył narody). Roman Giertych nie umie i nie chce (a to więcej niż „cecha zawodowa”) rozróżnić reprezentacji prywatnej strony w procesie sądowym, od reprezentacji dobra publicznego w procesie politycznym.  

Na koniec więc dwie zagadki: 

Pierwsza – czy cytaty z Romana Giertycha to żart primaaprilisowy czy myśl polityczna LPR? 

Druga – jaką cywilizację reprezentuje Roman Giertych?

Prawa człowieka and Historia and Religia 29 marca 2009

Krzysztof apodyktycznie orzeka, że „Pius IX niesłusznie potępił wolność słowa, sumienia i wyznania, tylko dlatego, że ruchy antykatolickie źle z niej korzystały”. Każda uczciwa analiza Quanta cura i Syllabusa (szczególnie historyczna) potwierdzi, że bł. Pius IX nie potępił owych swobód jako takich, ale ich absolutyzację. Wystarczy skonfrontować to z postawami najbardziej prawowiernych katolików tamtych czasów, którzy we Francji walczyli o powszechne prawo wyborcze, a w Niemczech o wolność polityczną jako taką. Katechizm Jana Pawła II w art. 1740 – kontynuując tradycję Syllabusa – mówi jasno, że „wolność nie daje nam prawa do mówienia i czynienia wszystkiego”. W istocie rzeczy prawdę tę potwierdza Ebenezer, jednak w sposób nadzwyczaj selektywny. 

Jednak tak dziś, jak i wtedy, pod hasłami wolności – odbiera się ludziom wolność. Nic dziwnego, bo od czasów Arystotelesa wiemy, że nadmiar wolności jednego ogranicza wolność innego. Wolność – jako zasada życia społecznego – zawsze wymaga pewnego kompromisu. Potwierdza to katolicka nauka o tolerancji.  

A dziś „wolność” homoseksualistów prowadzi do ograniczenia wolności słowa, nawet w głoszeniu elementarnych (przyjmowanych również poza Kościołem Katolickim) zasad etyki chrześcijańskiej (vide casus pastora Greena). W imię „wolności” dąży się do legalizacji pedofilii, w sensie legalizacji części uwiedzeń dziś jeszcze uznanych za kryminalne. W imię absolutnej wolności zgromadzeń odbiera się samorządom wolność ochrony moralności publicznej. Dziś wolność właśnie, nasza wolność, wymaga odwagi skonfrontowania się z moralnym szantażem powołującym się na „wolność” przeciw jej fundamentom – prawdzie i sprawiedliwości.  

Krzysztof napisał też parę słów o „polityce Watykanu”. Temat na serię wpisów i wielodniową dyskusję. Ale wskażę jeden przyczynek. Nie było w Europie urzędującego polityka bardziej życzliwego sprawie wolności Polski niż bł. Pius IX. Zaświadczył to C.K.Norwid w Encyklice oblężonego. Mam oczy, więc czytając widzę autentyzm poglądów Krzysztofa. Ale świętym papieżom (i sprawdzonym przyjaciołom Polski) naprawdę należy się trochę więcej życzliwego namysłu. Dialog zaczyna się od chęci zrozumienia poglądów, z którymi się nie zgadzamy.

Międzynarodowe and Historia and Religia 28 lutego 2009

Znana wypowiedź bp. Richarda Williamsona mnie i moich przyjaciół zabolała jako Polaków i chrześcijan. Spotkała się też z potępieniem Rzymu i środowisk tradycjonalistycznych, by wymienić tylko reakcję bp. Bernarda Fellay czy ks. Philippa Laguérie. Sam bp Williamson – po upomnieniach – przeprosił za swą wypowiedź „tych, którzy przeżyli niesprawiedliwości popełnione przez Trzecią Rzeszę i rodziny jej ofiar” i „przed Bogiem prosił wszystkich szczerze zgorszonych jego słowami o przebaczenie”.     

W tym samym czasie umknęła uwadze mediów inna wypowiedź zawierająca radykalną rewizję moralnej oceny drugiej wojny światowej. Rabin Szlomo Awiner zaapelował do Izraelczyków o nieodwiedzanie obozu w Auschwitz, aby nie finansować Polaków, narodu, który – według niego – podczas wojny kolaborował z hitlerowcami, a polskie podziemie zajmowało się zabijaniem zbiegów z obozów koncentracyjnych. Wypowiedź ta znieważa pamięć Polski Walczącej, ofiarę tysięcy ludzi, którzy w polu i w katowniach gestapo i NKWD oddali życie nie tylko dla Polski, ale również dla wolności świata. Znieważa zwyklych Polaków, którzy oddali życie ratując Żydów, jak rodzina Ulmów. Opór, jaki Polska już w RP 1939 stawiła Niemcom, zapobiegł podbiciu Europy przez Hitlera, co (samo w sobie) zapobiegło całkowitej Zagładzie i uratowało życie tysięcy ludzi, którzy zginęliby, gdyby Niemcy wygrały wojnę.  Rabbi Awiner – jako Francuz z pochodzenia – powinien o tym pamiętać.  

Oczywiście, wypowiedź rabbiego Awinera należy widzieć we właściwych proporcjach: nie należy jej ani wyolbrzymiać, ani pomniejszać. Rabin Szlomo Awiner głosi do lat poglądy skrajne (na przykład domagając się usunięcia przedstawicieli muzułmańskiej mniejszości z parlamentu izraelskiego albo przekonując żołnierzy, że podczas działań zbrojnych nie powinni nadmiernie przejmować się ochroną cywilów) i są to poglądy odrzucane w społeczeństwie izraelskim. Ale jego wypowiedzi znieważające Polskę, a wygłaszał je już wcześniej, nie spotkały się ze słyszalnym potępieniem. Co więcej – rabbi Awiner jest czołowym autorytetem religijnych syjonistów, którzy regularnie biorą udział w rządach izraelskich. To najpierw od ich przywódców, potem od innych przedstawicieli izraelskiego życia publicznego i judaizmu należałoby oczekiwać odcięcia się od jego poglądów.

Christianitas and Historia and Religia 27 października 2008

Jest czas zwycięstw i czas oporu. Taka jest natura życia. Myślałem o tym w ciągu weekendu. W sobotę najpierw uczestniczyłem w sesji IPN na temat „nurtu narodowego opozycji demokratycznej”. Słuchałem referatów o naszej działalności w Ruchu Młodej Polski i w studenckim Związku Pro Patria. Istotnie, zarówno uczestniczyliśmy w oporze antykomunistycznym, jak i przygotowywaliśmy przyszłość, odbudowując prawicę – na (ówczesne) dziś, by pracować dla niepodległości i dla Polski katolickiej, jak i na jutro – by prawica rekonstruowana prawie od podstaw stała się realnym czynnikiem polityki polskiej. W dyskusji panelowej (uczestniczyli również Paweł Milcarek, Antoni Macierewicz i Krzysztof Kawęcki) profesor Maciej Giertych tłumaczył, że trzydzieści lat temu należało się troszczyć, żeby przez opozycję nie oddziaływały na Polskę (przeciwne Związkowi Sowieckiemu) czynniki zagraniczne. Tymi obawami tłumaczył swoją ówczesną politykę. Ja mówiłem, że należało się troszczyć, żeby przede wszystkim polityka polska, a w niej prawica, była, by wykorzystać szansę zmian dla Polski. 

Wieczorem miałem okazję rozmawiać z profesorem Miguelem Ayuso, najważniejszym dziś autorytetem intelektualnym hiszpańskiej prawicy katolickiej. Don Miguel mówił o barierach rozwoju prawicy katolickiej u nich – my po prawie dwudziestu latach niepodległości jesteśmy zupełnie gdzie indziej.   

A w niedzielę byliśmy na warszawskiej prymicji ks. Grzegorza Śniadocha IBP, pierwszego polskiego kapłana wyświęconego w tradycjonalistycznym Instytucie Dobrego Pasterza. Kościół Świętego Benona był pełen. Duchowieństwo w prezbiterium bez wyjątku młode. Jak mówił Jan Paweł II w Sejmie: „Ale nam się wydarzyło!”

Po 21.00 (poniedziałek) występuję w TVN-24.

Historia and Blog 10 października 2008

Muszę poświęcić jeden wpis zulusowi, choć jest komentatorem chwiejnym. Chwiejnym, a momentami zawianym, bo pod wypływem jednego złoszczącego go  słowa, jednego niemiłego nazwiska – traci zupełnie zdolność percepcji i równowagę sądu. Oczywiście, cholerycy są wśród nas i należy bronić ich miejsca w społeczeństwie. Ale, niestety, uleganie takim cholerycznym nastrojom prowadzi zupełnie do utraty kontaktu z rzeczywistością. Bo traktowanie jako jedynie istotnych słów, albo skojarzeń, które wywołują – a  całej rzeczywistości jako mało ciekawej – świadczy o idealizmie, nie o realizmie. Szczególnie niebezpieczne jest to w wypadku historyka, bo historia opiera się w znacznie większym stopniu na faktach, niż na spekulacji – w każdym razie ta druga musi mieć za punkt wyjścia fakty, a nie wyobraźnię.

Zulus się zastanawia nad moimi poglądami: jestem ciekaw jakie miał stanowisko w sprawie wejścia Polski do UE, czy w trakcie zaatakowania Jugosławii”. Zulus na temat mojej działalności politycznej ma bardzo kategoryczne poglądy, więc powinien ją znać, a jak chce wiedzieć – niech sięgnie do „Christianitas” albo do mojej książki „Reakcja jest objawem życia”. I niech weryfikuje biogramy, to dowie się na przykład, że nigdy nie byłem politykiem AWS. Niestety, zulus jest potwierdzeniem faktu, że za prawicową retoryką kryje się nierzadko stanowisko mieszczące się najzupełniej w populistyczno-liberalnym paradygmacie: żyjemy w czasach post-historycznych, po co traktować politykę poważnie, skoro (powie populista) dziś nie ma polityki – jest tylko PR. PR? Dla jednych propaganda, dla innych – pretensje i roszczenia.

Ok. 21.30 dziś występuję w TVN-24.

Kultura and Christianitas and Historia 4 sierpnia 2008

Aleksander Sołżenicyn nie żyje. Bez wątpienia dla świata największe znaczenie będzie miał jego „Archipelag Gułag” – książka, która wykrzyczała prawdę o sowieckich obozach koncentracyjnych. Sprawa była znana i wcześniej, ale stanowiła przede wszystkim część świadomości zachodniej prawicy. Antykomunizm coraz bardziej stawał się jej atrybutem. Tymczasem Sołżenicyn częściowo przynajmniej otworzył oczy zachodniej opinii intelektualnej na prawdę o komunizmie. Wiadomo przecież, że dla ludzi o światopoglądzie literackim – czego nie ma w powieściach, to nie istnieje. 

Dla mnie jednak decydujące znaczenie Sołżenicyna polegało na czym innym, co innego zdecydowało, że liczę go do grona swych mistrzów. Dwie zasady, który podmyły komunizm, które myśli prawosławnego pisarza zapewniły tak silny oddźwięk w polskim katolicyzmie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Trzeba „żyć bez kłamstwa”, bo świat zmienią „rewolucje moralne jednostek”. To te zasady decydowały o zaangażowaniu wielu ludzi w opozycję antykomunistyczną, o zdolności rezygnacji z kariery, o podjęciu życia opartego na odpowiedzialności – ludzkiej i chrześcijańskiej. Sołżenicyn pierwszy pisał o tym, że siła komunizmu polega na naszej uległości. Na tym, że zapominamy, że choćby zło zdobyło cały świat – nie może, bez zgody człowieka, zawładnąć jego sercem, umysłem, sumieniem.  

Bez Sołżenicyna mój świat jest znów mniejszy, ale wiek Sołżenicyna się nie kończy. Naszym dzieciom zasada życia bez kłamstwa będzie potrzebna tak samo jak była nam. Gdy zewsząd słychać „finis Christianitatis”, my musimy pokazać, że nasza cywilizacja – ludzka i chrześcijańska, jak pisał Mickiewicz – żyje. Codziennie, gdy odmawiamy milczenia, gdy nie chcemy odwracać oczu, gdy trzeba bronić życia, rodziny, tradycji, chrześcijańskiej solidarności.

Media and Historia and Polityka 1 sierpnia 2008

Media emocjonują się wywiadem w „Dzienniku” Andrzeja Urbańskiego, prezesa TVP, który podejrzewa, że Platforma ma plan odwołania Prezydenta z urzędu. Podejrzewa, bo – jak mówi – PO miała plan impeachmentu przed wyborami. Dokumentów, o których mówi Urbański, nie znam, ale rzeczywiście podobne pomysły krążyły w środowisku Platformy. Kto wątpi – niech znajdzie wywiad obecnego premiera dla „Gazety Wyborczej” z 26 stycznia RP 2006, włączony też do książki Moniki Olejnik i Agnieszki Kublik „Dwie na jednego”. Donald Tusk groził wówczas, że gdyby „miało dojść do wyborów, to taka decyzja oznacza kryzys polityczny jakiego ostatnie piętnaście lat nie znało.” Dalej Tusk jasno mówi, że tu nie chodzi o skargi do Trybunału Stanu, „może dojść do bardzo poważnego kryzysu nie tylko konstytucyjnego. W tym parlamencie nie ma możliwości przeprowadzenia procedury impeachmentu, [PO może stanąć] w sytuacji, w której trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo takim decyzjom.” Na pytanie co to znaczy, czy wyprowadzenie ludzi na ulice – obecny premier odpowiedział tylko „trzy kropki sobie postawcie”. To było prawie trzy lata temu. Co z tego zostało – nie wiem.  

A co planuje sam prezes Urbański? O tym też opowiada w dzisiejszym „Dzienniku”, choć to już mniej wywołuje komentarzy. Deklaruje, że będzie zwolennikiem wprowadzenia do Zarządu TVP kogoś związanego z lewicą, bowiem „nadchodzi moment powrotu lewicy na scenę”. „Kiedy przyszedłem tu osiemnaście miesięcy temu – opowiada – już wtedy zapraszałem do TVP Sławka Sierakowskiego czy Kingę Dunin”. „Wrócę – obiecuje – do oferty złożonej intelektualnie ciekawemu środowisku Sierakowskiego”. Ale już dziś „mamy taką sytuację – chwali się – że przychodzą tu nowi ludzie i po kilku tygodniach chcą dziękować za pracę, bo TVP okazuje się bardziej na lewo, niż sobie wyobrażali”. I tak to się plecie w tym PO-PiS-owym świecie.

Historia and Polityka 24 lipca 2008

Sejmowa awantura to taki splot złych intencji, że nie chce się po prostu o tym pisać; ale trzeba. Nie ulega wątpliwości, że PO skutecznie użyła ataku na Zbigniewa Ziobro, by odwrócić uwagę opinii publicznej od afery sopockiej. To pierwszy akt złej woli. 

Drugi to groteskowe oburzenie na skrajne zachowania opozycji. Bo przecież to, co się przez ostatnie dwa dni działo w Sejmie, nie nawiązuje do Siczy Zaporoskiej czy Samoobrony, ale do stylu opozycji Platformy Obywatelskiej. To PO w poprzedniej kadencji z krzyku uczyniła formę „debaty”, nie podejmowała pracy w legalnie powołanych komisjach sejmowych, czynnie poparła pucz Giertycha w styczniu’2006, wymyśliła horrendalną doktrynę, że obowiązek obecności i głosowania dotyczy tylko większości parlamentarnej. Pamiętam tę dziką radość demonstrowaną przed setkami tysięcy widzów, gdy Sejm nie mógł podejmować decyzji, bo 5 % posłów większości było nieobecnych (a więc przy absencji całkowicie usprawiedliwionej w każdym kolegium). Pamiętam ten ubaw obecnych-nieobecnych na sali posłów PO, którzy nie mieli nawet tyle przyzwoitości, by wyjść z bojkotowanego głosowania. To nie był jednorazowy wypadek. To była metoda – tym skuteczniejsza, że mieli po swojej stronie dużą część mediów. Ci sami, którzy wczoraj bawili się poniżaniem Sejmu jako instytucji, dziś stroją się w cycerońskie togi. A dopóki nie usuną Palikota z partii – nie mają żadnego tytułu do pouczania kogokolwiek o kulturze politycznej. Każdy odpowiedzialny przywódca nie ekscytuje, ale kontroluje skrajne zachowania w swoich szeregach. A gdy przekraczają – jakościowo bądź ilościowo – dopuszczalną miarę, po prostu ich sprawców usuwa. Wyborcy mają prawo (na swoją moralną odpowiedzialność) wybierać Palikota do Sejmu, ale żadna partia nie ma obowiązku rekomendować jego działalności. 

A PiS? Wymyślił metodę zajazdu komisyjnego, materialnie uprawnioną (znacznie bardziej niż bojkot komisji), ale trudno prawo poszczególnych posłów do udziału w pracach każdej komisji (art. 154 ust. 1 Regulaminu) traktować jako prawo do grupowych najść. W każdym razie taka dezinterpretacja tego przepisu na dłuższą metę zupełnie unicestwi gwarantowane w nim prawo. I patrząc na PiS zdziwiłem się jeszcze jednej sprawie – jak to się dzieje, że tak emocjonalni posłowie, tak nie mogący opanować słusznego gniewu i oburzenia, potrafili jednocześnie być tak opanowani i wyrachowani milcząc o dziecku Agaty we wniosku o odwołanie min. Kopacz? I nawet po komentarzach prasowych żadna reakcja nie wybuchła! Spontaniczność na rozkaz?

Media and Historia and Blog 22 lipca 2008

Na moim blogu pojawił się czterotysięczny komentarz. Autorem jest fidel, który – mam wrażenie – przyłączył się do partii poddającej w wątpliwość autorstwo mojego bloga. Przy czym fidel broni praw autora, niezależnie od tego, kto jest redaktorem. Jak rozumiem, uważa, że jest czego bronić. To bardzo miłe. Ale ostrzegam przed hipotezą, którą fidel zaczął rozważać. Jest bardzo wątpliwa. Więcej nie napiszę, zachowując swoją tajemnicę. Autora jubileuszowego komentarza pozdrawiam.

Dziś rano byłem na rozmowie w TVN-24, m.in. o mediach. W komentarzach do tego programu znalazłem zgryźliwe zdziwienie, że krytykuję skład Krajowej Rady RTV, mimo że jestem jednym z twórców osławionej noweli adwentowej z grudnia’2005, rzekomo uchwalonej w jedną noc. Oczywiście, ta noc to nieprawda. Komentatorom pomyliło się z niedawnym przyjęciem lizbońskiej ustawy ratyfikacyjnej w Senacie. A że trzeba było ustawę znowelizować w grudniu, to oczywiste. Zwłoka spowodowałaby powołanie przez Radę min. Waniek nowych, zdominowanych przez postkomunistów, władz mediów publicznych zaraz po Nowym Roku. Takie niebezpieczeństwo niósł kadencji Rad ustępujących. I system Roberta Kwiatkowskiego działałby do tej pory. Bezpośrednim następstwem nowelizacji było powołanie Bronisława Wildsteina na prezesa TVP. Jego krótka prezesura była najlepszym okresem telewizji publicznej w ciągu ostatnich dwunastu lat.

A do krytyki składu Krajowej Rady mam mocny tytuł. Wbrew atakom oceniam poprzednią przewodniczącą Elżbietę Kruk jako osobę dobrej woli i samodzielnego sądu, który nie raz manifestowała. Za składem Rady jednak nie głosowałem, jako bodaj jedyny poseł PiS. I mówiłem o tym publicznie. Włączenie do tego grona pana Borysiuka otworzyło tylne drzwi zaciągowi Kwiatkowskiego, maszerującemu tym razem pod flagą Samoobrony. Próbowałem przekonać PiS i PO do kompromisu i wyboru do Rady redaktora Arabskiego z Radia Plus, zgłoszonego przez Platformę, obecnego ministra. Po stronie PO nie znalazłem żadnej woli kompromisu. Oni chcieli konfliktu. Albo całej telewizji, jak w ustawie, którą teraz przegłosowali.

Next Page »