Kultura


Kultura 29 sie 2010

Julian Klaczko opowiada w „Dwóch kanclerzach” następującą historię z czasów niemieckiej Wiosny Ludów:

„Izba deputowanych Wirtembergii uchwaliła adres wymagający, by król uznał Fryderyka Wilhelma IV cesarzem. Monarcha odmówił, wywołując tym rozruchy takie, że dwór musiał się schronić do Ludwigsburgu. «Nie poddam się Hohenzollernom – odpowiedział stary Wilhelm deputacji poselskiej – nie mówię tak dla siebie, bom stary i bliski grobu, lecz wytrwać winienem dla mego kraju, domu i rodziny!».

I dziś chyba nikt nie ma wątpliwości, że stary król lepiej wiedział czym pachnie prusko-imperialna demokracja, od liberalnych posłów, którzy go w nią pchali.

Kultura 26 gru 2009

Trylogia krzyżowa Zofii Kossak to nasz polski epos o cywilizacji chrześcijańskiej, zasługująca by stanąć zaraz za sarmacką Trylogią Sienkiewicza. Jej pierwsza część, „Krzyżowcy,” pokazuje dojrzewanie Europy chrześcijańskiej i Polskę – jako jej część. Christianitas to nie Kościół, ale gleba, na której rosną ziarna Ewangelii. Zofia Kossak pokazuje ją więc bez upiększeń, na tle jednego z najbardziej dramatycznych epizodów historii Zachodu – początku wojen krzyżowych. A wojna – jak mówi w powieści Tankred, jeden z najbardziej „kultowych” bohaterów wypraw krzyżowych –  „jest zawdy wojną… Nie uświęca ludzi”. Europa Zofii Kossak to nie tylko świat sprzed potopu nowoczesności, ale jednocześnie Europa, jaką znamy. W „Krzyżowcach” widzimy jak pojęcie godności człowieka – jedno z najbardziej charakterystycznych znamion Zachodu – rodzi się z wiary w Ofiarę Chrystusa złożoną za wszystkich ludzi, z nakazu miłości bliźniego, z poczucia honoru rycerskiego i obowiązku prawdomówności. Bo choć rycerski świat „posiadał tysiące wad, był twardy, bezwzględny, okrutny, łupieżczy i częstokroć niegodziwy, przecie zachowywał wiernie najważniejsze swoje przykazanie: wiarygodność słowa. Pasowany nie śmiał kłamać. Najcenniejszym przydomkiem każdego rycerza było: prawy, preux, probus.  Za hańbę poczytywano, gdy słowa mówiły inaczej niż myśl, dłoń poczynała inaczej niż słowa” (więcej w bieżącym numerze „Gościa Niedzielnego”).

Kultura 8 lip 2009

„Spisek” Wołkowa wywołał różne reakcje. Takie jak Piotra Skwiecińskiego (ogłoszenie końca antykomunizmu, skoro jeden z jego najbardziej przenikliwych proroków kończy jako przekonany putinista), albo takie jak Piotra Semki, który w „Spisku” dojrzał nie ważkie świadectwo, ale moskiewską propagandę. Ja gdzie indziej widzę znaczenie tej książki. Władimir Wołkow jest pisarzem zbyt ważnym, by jego głos zlekceważyć, ale zawsze powinniśmy też pamiętać, że jest pisarzem rosyjsko-francuskim, ściśle biorąc rosyjskim pisarzem języka francuskiego, Rosjaninem urodzonym i żyjącym we Francji, służącym Francji i Francuzem zaangażowanym we francuską prawicę. 

„Spisek” jest więc też kapitalnym świadectwem francuskiego cisatlantyzmu. Pozwala doskonale zrozumieć jego mentalność, z próżnym, bo bezprzedmiotowym, nacjonalizmem, z antyamerykanizmem wynikającym nie ze zderzenia wizji świata i interesów, ale z czystej zawiści (oni są supermocarstwem, czemu nie my!?). To dla takiego „wydrążonego” (bo pozbawionego ideału cywilizacyjnego) nacjonalizmu fascynującym zjawiskiem może być Rosja. Państwo autorytarne (choć nie broniące niczego), nakładające na poddanych „obowiązki” (też nie wiadomo w imię czego), prowadzące politykę „antyhegemonistyczną” (za cenę przymierza z najgorszymi szumowinami polityki międzynarodowej). W tym świecie nihilistycznych marzeń o potędze nie ma miejsca na rzeczywistość, zadającą proste i konkretne pytania. Nie ma więc miejsca na Polskę, o której na kilkuset stronach powieści o rosyjskiej polityce neoimperialnej nie ma ani słowa. Gdyby sobie o niej przypomniał poczciwy pułkownik Sangdeboeuf – na pewno by się zmartwił. Woli nie pamiętać, bo w końcu jest Francuzem i katolikiem.

Christianitas and Historia and Kultura 4 sie 2008

Aleksander Sołżenicyn nie żyje. Bez wątpienia dla świata największe znaczenie będzie miał jego „Archipelag Gułag” – książka, która wykrzyczała prawdę o sowieckich obozach koncentracyjnych. Sprawa była znana i wcześniej, ale stanowiła przede wszystkim część świadomości zachodniej prawicy. Antykomunizm coraz bardziej stawał się jej atrybutem. Tymczasem Sołżenicyn częściowo przynajmniej otworzył oczy zachodniej opinii intelektualnej na prawdę o komunizmie. Wiadomo przecież, że dla ludzi o światopoglądzie literackim – czego nie ma w powieściach, to nie istnieje. 

Dla mnie jednak decydujące znaczenie Sołżenicyna polegało na czym innym, co innego zdecydowało, że liczę go do grona swych mistrzów. Dwie zasady, który podmyły komunizm, które myśli prawosławnego pisarza zapewniły tak silny oddźwięk w polskim katolicyzmie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Trzeba „żyć bez kłamstwa”, bo świat zmienią „rewolucje moralne jednostek”. To te zasady decydowały o zaangażowaniu wielu ludzi w opozycję antykomunistyczną, o zdolności rezygnacji z kariery, o podjęciu życia opartego na odpowiedzialności – ludzkiej i chrześcijańskiej. Sołżenicyn pierwszy pisał o tym, że siła komunizmu polega na naszej uległości. Na tym, że zapominamy, że choćby zło zdobyło cały świat – nie może, bez zgody człowieka, zawładnąć jego sercem, umysłem, sumieniem.  

Bez Sołżenicyna mój świat jest znów mniejszy, ale wiek Sołżenicyna się nie kończy. Naszym dzieciom zasada życia bez kłamstwa będzie potrzebna tak samo jak była nam. Gdy zewsząd słychać „finis Christianitatis”, my musimy pokazać, że nasza cywilizacja – ludzka i chrześcijańska, jak pisał Mickiewicz – żyje. Codziennie, gdy odmawiamy milczenia, gdy nie chcemy odwracać oczu, gdy trzeba bronić życia, rodziny, tradycji, chrześcijańskiej solidarności.

Kultura and Polityka 28 cze 2008

Dziś wspólnie z Jarosławem Sellinem wystąpiliśmy do Prezydenta w sprawie konieczności przywrócenia ładu w mediach, o aktywne działania na rzecz nowej umowy medialnej. W tej sprawie pisałem zresztą do Prezydenta już 30 kwietnia, więc prawie dwa miesiące temu.Dobrze, że prezydent Kaczyński zawetował (o co apelowałem)  przeprowadzoną przez rząd PO nowelizację ustawy radiowo-telewizyjnej. Każdy inny rząd, który ujawniłby takie apetyty na władzę w mediach, zostałby za sam pomysł oskarżony o zamach na wolność słowa. Ale kuriozalne pomysły PO nie mogą usprawiedliwiać tego, co dziś dzieje się w TVP pod władzą prezesa Urbańskiego, b. szefa Kancelarii Prezydenta i b. wiceprezydenta Warszawy, w obu rolach u boku prezydenta Lecha Kaczyńskiego. TVP staje się bowiem coraz bardziej kondominium PiS-SLD. Zresztą zwiastunem tego był powrót do telewizji publicznej – pod piękną flagą Samoobrony – całej młodej kwiatkowszczyzny, z ministrem Borysiukiem z Krajowej Rady RTV na czele. A dziś w nowej sytuacji mamy ewolucję od Kwiatkowskiego do Urbana. Właśnie jego zastępca z „Nie” – Piotr Gadzinowski – został wybrany przez „prawicową” Radę Programową TVP na wiceprzewodniczącego. I krótko potem na antenie telewizji publicznej zagościł sam Urban. Tak otwarta TVP zignorowała natomiast – jako jedyna stacja ogólnopolska – Marsz Życia i Rodziny. Włączyła się za to w najlepszym czasie antenowym w roztrząsania, ile czasu może jeszcze żyć dziecko Agaty, dając trybunę rzecznikom aborcji.  

Żaden realizm polityczny, „jedność prawicy” czy „prawo obrony” (które prezesowi Urbańskiemu przyznał publicznie Jarosław Kaczyński) nie może usprawiedliwiać tego wszystkiego. Dlatego zaapelowaliśmy do Prezydenta, by niezwłocznie zainicjował poważną debatę narodową, która mediom publicznym (i w ogóle ładowi medialnemu w Polsce) przywróci przynajmniej takie zaufanie, jakim cieszyły się do połowy lat 90-tych.

Kultura 22 cze 2008

Zaczynając „Dolinę Nicości” obawiałem się, że to cała Polska. A jednak to tylko Warszawa, czy raczej nowa, albo wręcz najnowsza Warszawa. To ta Dolina Nicości wsysa przeszłość i przyszłość, wciągając w nicość każdego, kto za długo w nią patrzy. Jak młodego Czułnę: „Patrzył łakomie w ekran telewizora na stolicę, w której decydowano o ich życiu, o losach nudnych mieszkańców Świdra skazanych, aby chodzić po tych samych ulicach, do szkoły, pracy, domu i z powrotem. (…) Wiedział, że wyrwie się stąd do miasta, które jest nieustanną ferią wydarzeń i gdzie żaden dzień nie jest podobny do poprzedniego. Stanie się jednym z tych, których oglądał na ekranie, nonszalancko uśmiechających się do tłumu i bez tremy patrzących w oko kamery, tych, w słowa których wsłuchiwali się wszyscy w kraju. Nie będzie musiał śledzić ukradkiem pięknych, niezwykle ubranych kobiet, bo one oglądały się będą za nim. (…) I dlatego już na dziennikarskich studiach wyrywał się na wszystkie staże, uczestniczył we wszystkich możliwych konkursach, krok za krokiem próbując zahaczyć się w coraz ważniejszych redakcjach.”  

Czym różnią się tacy Czułnowie, biegający po Warszawie w poszukiwaniu newsów i coraz lepszych redakcji, od tych prymusów, którzy pięćdziesiąt czy trzydzieści lat temu marzyli o „awansie społecznym”, zapominając pomału kim są, bo to, kim naprawdę byli, zdawało się nic nie warte wobec tego, kim mogli się stać w tym wielkim, kolorowym świecie? To oni są może największym fiaskiem kolejnych prób rewolucji moralnej. 

Ja sam mieszkam na wsi pod Warszawą i tak od lat żyję w pobliżu Doliny Nicości, chodząc nieraz po jej skraju. I Bogu dziękuję, że w nią nie wpadłem.

Kultura and Podkarpacie 16 maj 2008

Tak się złożyło, że w dniu narodowego święta – uroczystości Świętego Andrzeja Boboli –  drogi kampanii zaniosły mnie na jego rodzinną Ziemię Sanocką. W Sanoku odwiedziłem miejscowe Muzeum i siedzibę „Solidarności”. Rozmawialiśmy m.in. o działalności sanockiej podstrefy Euro-Parku Mielec. Na spotkaniu z dziennikarzami w Muzeum mówiłem o potrzebie promocji podkarpackich instytucji kultury, przypominając wsparcie, którego udzielałem Muzeum Krośnieńskiemu. Muzeum Sanockie zabiega o rozbudowę i o lepsze finansowanie, gdyż status placówki powiatowej skazuje je na sytuację zupełnie nieodpowiadającą jego randze kulturalnej, przede wszystkim ze względu na świetne zbiory ikon. 

Korzystając z okazji obejrzałem ponownie Galerię Beksińskiego. Czym są wszystkie ludzkie zmartwienia przy rozpaczy, która przebija z tego malarstwa? Patrząc na te obrazy raz jeszcze pomyślałem o Andrzeju Boboli i nadziei poświadczonej przez jego męczeństwo. Ale jak ją ludziom przekazać? 

Wszystkim dziękuję za słowa wyborczej zachęty. Zdjęcia będą na e-stronie kampanii, którą niedługo otwieram. OZON-owi wyjaśniam, że zmniejszanie podatków dla rodzin, choć wpływa na rodzicielstwo, przede wszystkim jest aktem zwykłej sprawiedliwości wobec rodzin wychowujących już dzieci i uznania, że ma to społeczne (a nie tylko prywatne) znaczenie.

Kultura and Religia 9 gru 2007

Miłą polską pamiątką, którą przywiozłem z Rzymu, są wiersze ks. Pawła Wojciecha Maciąga z Kolegium Polskiego. A wśród nich „spełnienie”, bardzo dobre na adwentową niedzielę. Z takim fragmentem: 

odprawiam Mszę świętą

jak dawniej ojcowie soborowi

ubrany w skrzypcowy ornat

zgasły świece na drewnianym ołtarzu

płoną w sercach młodych wiernych szukających Boga

w gestach celebransa 

Nie znam intencji autora ani okoliczności powstania wiersza, ale wielkość sztuki polega na realizmie; odsłaniając nieuchwytną strukturę rzeczywistości, pokazuje więcej niż można pojąć w pierwszym odruchu. Ten wiersz zawiera piękne symbole – jak „drewniany ołtarz”, symbol Nowego Przymierza (przez krzyż i kamienny ołtarz Starego), barokowy („skrzypcowy”) ornat jako symbol żywej Tradycji Kościoła, Msza Ojców Soboru, sprawowana według Mszału Świętych Grzegorza Wielkiego i Piusa V, i Błogosławionego Jana XXIII. 

Najładniejsza i najprawdziwsza jest konkluzja – bo wiara młodych, „szukających Boga/ w gestach” liturgii rzeczywiście zapaliła zgaszone świece na drewnianych ołtarzach.

Kultura and Religia 18 lis 2007

Zmagania z asymilacją i Oświeceniem, które przeżywają bohaterowie Izaaka Singera, to coś więcej niż seria przypowieści o kolejach losu żydowskiej inteligencji u progu współczesności. To – w pewnym sensie – historia współczesnego człowieka. 

O jednym ze swoich bohaterów – Azrielu Babadzie, psychiatrze-agnostyku chcącym odnaleźć wiarę –  autor „Spuścizny” pisał: „Być może stanowi wyjątek wśród Żydów, lecz wśród chrześcijan są miliony jemu podobnych. (…) W niektórych państwach nastąpił rozdział nie tylko Kościoła od państwa, lecz nawet w swej psyche chrześcijanie rozróżniają prawdę religijną od naukowej. Czyż to możliwe! Wszak istnieje tylko jedna prawda.” 

Oczywiście, odpowiedź, jaką daje Singer swoim bohaterom, wiąże się z religijnym doświadczeniem żydowskim. Jest nią nieustanna mediacja między duszą, która pragnie Boga, a namiętnościami, którymi odzywa się nasze doczesne istnienie. Ale nam, chrześcijańskim czytelnikom jego książek, to nieustanne szukanie i czekanie Boga pozwala lepiej zrozumieć sens Zbawienia, w które uwierzyliśmy: „Co takiego właściwie dał nam Chrystus, jeśli nie zbudował światowego pokoju, powszechnego dobrobytu, lepszego świata? Co nam przyniósł? Odpowiedź – pisze Benedykt XVI –  jest całkiem prosta: Boga”.

Kultura 21 paź 2007

Hetman Stanisław Żółkiewski, jeden z najbardziej polskich i najbardziej katolickich bohaterów naszej historii, był – anachronizmy wyzwalają wyobraźnię – Ukraińcem, urodzonym w prawosławnej rodzinie. Bo taka też była Rzeczpospolita, katolicka, uznana przez Rzym za Regnum orthodoxum, a jednocześnie wspólna dla wszystkich tworzących ją społeczności. Opisywane przez Jerzego Besalę w biografii Żółkiewskiego ówczesne Wilno, z nekropolią królewską w katedrze Świętego Kazimierza, z wieżami kościołów, cerkwi i meczetu, to nie wizja, ale realna pamięć historii. Dziś taki porządek społeczny nie jest – w istocie – atrakcyjny dla żadnej z dominujących ideologii. Ani dla „rzeczników większości”, nie rozumiejących, że prawda nie ma charakteru arytmetycznego, a dialektyka większości-mniejszości nie należy do tradycji europejskiej, ani dla „rzeczników mniejszości”, odrzucających zbiorową tożsamość, która jest złożonym wyrazem wiary, historii i socjologii, a nie sumą roszczeń politycznych.

Czy jednak podoba się, czy nie – Polska katolicka powinna być kochającą matką wszystkich swoich dzieci, strzegącą świętości domowych, ale – gdy trzeba – nawet wyróżniającą tych, którzy mogliby się poczuć w rodzinie nie dość doceniani, nie dość u siebie.

Wczorajsza „Rzeczpospolita” publikuje tekst wykładu Andrzeja Nowaka o aktualności sarmackiej cywilizacji dawnej Polski. Wydaje się jednak, że profesor Nowak myli formę i treść Pierwszej Rzeczypospolitej. Od pochodzenia Świętego Hetmana, nawet od jego „inspirowanego chrześcijaństwem” umiaru politycznego i humanitaryzmu, ważniejsza była po prostu – stanowiąca motor jego życia – wiara.

Kultura 14 paź 2007

Rozpęd kampanii sprawia, że pewnie – teraz, na finiszu – będę coraz większe problemy z terminowymi wpisami. Skoro jednak dziś niedziela, warto spojrzeć na rzeczy z dystansu. 

Zgodnie z planem podczas przymusowej przerwy przeczytałem Bruca Marshalla „ale i oni otrzymali po denarze”. Gdyby nie zamiłowanie do tradycji łacińskiej, Marshalla można by łatwo wziąć za katolickiego progresistę. W opowieści o księdzu Gaston powraca i motyw empatii wobec komunistów, i uprzedzeń wobec warstw wyższych, i niechęci do hiszpańskich powstańców. W jednym miejscu staje się jednak jasne, że za tym wszystkim jest nie ideologia, ale autentyczny nonkonformizm. Trudno bowiem w literaturze znaleźć bardziej dosadny opis épuration, stalinowskiego „wyzwolenia” Francji. Bruce Marshall nie ukrywa ani zbrodni, ani tortur, ani kłamstw. Bohater „ale i oni otrzymali po denarze”, ksiądz Jean Gaston, wierzył, że „jedyną nadzieją byłoby przywrócenie ludziom fanatycznej miłości prawdy”.

Kultura 26 wrz 2007

Do dzieła Wajdy miałem kiedyś stosunek nadzwyczaj krytyczny. Drażnił mnie jego rewizjonizm narodowy, pokazanie Powstania Warszawskiego jako „Kanału”, poczciwa twarz Tadeusza Łomnickiego – Szczuki w „Popiele i diamencie”, nawet sprowadzanie oporu społecznego wobec komunizmu do przebudzenia moralnego wczorajszych budowniczych PRL w “Człowieku z marmuru”.

Zanim jednak z czasem zacząłem widzieć rewers każdego z tych obrazów, uświadomiłem sobie, że – niezależnie od dyskusji o przesłaniu ideowym – nikt tak jak Wajda nie potrafił pokazać urody życia polskiego, w „Panu Tadeuszu” i w „Pannach z Wilka”, w „Weselu” i w „Popiele i diamencie”.

Dziś Wajda daje nam „Katyń”. Wielki film, który po raz pierwszy w polskim kinie tak dobrze realizuje wzór fabularnego filmu historycznego: pokazanie zwrotnego momentu dziejów poprzez (przykuwające uwagę) losy indywidualnych, z reguły fikcyjnych, bohaterów. Film głęboko wzruszający, dlatego trudno o nim pisać. Wzruszający, bo pokazujący przede wszystkim cierpienie Polski: słabość polityczną, nierozstrzygalne dylematy, cenę pamięci. I w cierpieniu – wielkość. To głębsze przesłanie tego filmu, lokujące go w tradycji humanizmu katolickiego. Ale ten widoczny jest też w warstwie materialnej – katolicyzmie przenikającym polskie życie, niezależnie nawet od kondycji duchowej poszczególnych bohaterów.

Jest też druga strona. Film może być ilustracją do tezy Zdziechowskiego o komunizmie jako manifestacji historycznej metafizycznego zła. Nie chodzi o jakieś perwersje moralne, bo życie moralne jest atrybutem człowieczeństwa. Nie, Wajda dobrze pokazuje, że w komunizmie ujawniło się coś nie-ludzkiego. Jedna z bohaterek mówi zdecydowanie, choć z pewną melancholią – „Polska nigdy nie będzie już wolna”. A Bóg raz jeszcze pokazał, że u Niego nie ma rzeczy niemożliwych.