Zaczynając „Dolinę Nicości” obawiałem się, że to cała Polska. A jednak to tylko Warszawa, czy raczej nowa, albo wręcz najnowsza Warszawa. To ta Dolina Nicości wsysa przeszłość i przyszłość, wciągając w nicość każdego, kto za długo w nią patrzy. Jak młodego Czułnę: „Patrzył łakomie w ekran telewizora na stolicę, w której decydowano o ich życiu, o losach nudnych mieszkańców Świdra skazanych, aby chodzić po tych samych ulicach, do szkoły, pracy, domu i z powrotem. (…) Wiedział, że wyrwie się stąd do miasta, które jest nieustanną ferią wydarzeń i gdzie żaden dzień nie jest podobny do poprzedniego. Stanie się jednym z tych, których oglądał na ekranie, nonszalancko uśmiechających się do tłumu i bez tremy patrzących w oko kamery, tych, w słowa których wsłuchiwali się wszyscy w kraju. Nie będzie musiał śledzić ukradkiem pięknych, niezwykle ubranych kobiet, bo one oglądały się będą za nim. (…) I dlatego już na dziennikarskich studiach wyrywał się na wszystkie staże, uczestniczył we wszystkich możliwych konkursach, krok za krokiem próbując zahaczyć się w coraz ważniejszych redakcjach.”
Czym różnią się tacy Czułnowie, biegający po Warszawie w poszukiwaniu newsów i coraz lepszych redakcji, od tych prymusów, którzy pięćdziesiąt czy trzydzieści lat temu marzyli o „awansie społecznym”, zapominając pomału kim są, bo to, kim naprawdę byli, zdawało się nic nie warte wobec tego, kim mogli się stać w tym wielkim, kolorowym świecie? To oni są może największym fiaskiem kolejnych prób rewolucji moralnej.
Ja sam mieszkam na wsi pod Warszawą i tak od lat żyję w pobliżu Doliny Nicości, chodząc nieraz po jej skraju. I Bogu dziękuję, że w nią nie wpadłem.