Międzynarodowe


Międzynarodowe 8 wrz 2011

Przed spotkaniem prezydentów Polski i Niemiec warto przypomnieć aktualną agendę spraw naszych państw. Przede wszystkim nasza waluta narodowa. Polska broni się przed kryzysem dzięki zachowaniu złotego. Nie chcemy przyjmować euro, a pomysły wprowadzania „rządu gospodarczego Europy” uważamy wprost za groźne dla solidarności i współpracy europejskiej. Europa może mieć tyle wspólnych instytucji i kompetencji – ile ma wspólnych wartości i interesów.

Nie można udawać, że nie widzimy uruchamianego właśnie gazociągu bałtyckiego. Niemcy upierając się przy realizacji tego projektu podjęły działania na szkodę Polski, państw bałtyckich, Ukrainy. To jednostronne przedsięwzięcie, zaprzeczające solidarności europejskiej. Po jego uruchomieniu Polska musi z podwójną rezerwą przyglądać się wszelkim niemieckim inicjatywom politycznym. Od Niemiec domagać się musimy w tej sytuacji przede wszystkim zabezpieczenia interesów portu w Świnoujściu i solidarności z naszymi interesami gospodarczymi w planie europejskim, szczególnie równości konkurencyjnej polskiego rolnictwa. Gdy wszystkie wielkie państwa Europy myślą o środkach ratunkowych dla swoich gospodarek – Polska nie może pozostawać w tyle.

To tyle życzeń – na razie oficjalna polityka Polski wobec Niemiec biegnie w przeciwnym kierunku. W sporze między Niemcami i Francją z jednej, a Wielką Brytanią z drugiej strony – o integrację militarną Unii Europejskiej – Polska stanęła po stronie unijnych hegemonów. Po co? I co konkretnie na tym eurokonformizmie zyskaliśmy w zakresie agendy podstawowej naszych interesów?

Historia and Międzynarodowe and Polityka 23 sie 2011

Dziś rocznica paktu Ribbentrop-Mołotow. Warto pamiętać, że jego zawarcie stanowiło nie tylko szok dla europejskiej opinii publicznej (najradykalniejsi antyfaszyści i antykomuniści postanowili zawiesić swoje poglądy), ale przede wszystkim zwrot w polityce niemieckiej. Hitler po latach polityki antykominternowskiej wracał do stałej linii wytyczonej przez niemiecką demokrację, przez Republikę Weimarską – wytrwale dążącą do zwróconego przeciw Polsce porozumienia z Rosją komunistyczną. W tej sprawie w niemieckiej polityce istniał niemal zupełny consensus – od komunistów po „niemiecko-narodowych” konserwatystów. Najazd na nasz kraj i rozbiór Rzeczypospolitej był konsekwencją polityki, której pragnęła niemiecka opinia publiczna. Układ ten stanowił początek pozbawienia Polski niepodległości na pół wieku.

Prawica Rzeczypospolitej przed dwoma laty zaproponowała doktrynalne ujęcie polskiej polityki, co przekazałem wówczas prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu: „Polska ma prawo, by współpraca Niemiec i Rosji nigdy nie przybierała form, które uważamy za zagrożenie dla bezpieczeństwa i witalnych interesów Rzeczypospolitej, i Polska będzie zabiegać o poparcie tego stanowiska na forum polityki europejskiej”. To stanowisko powinniśmy wytrwale prezentować na forum międzynarodowym, zabiegając najpierw o poparcie dla niego w Europie środkowej (szczególnie państw bałtyckich), potem by inne państwa Europy przyjęły ją do wiadomości, na koniec – by wpływało na politykę Unii, w takich konkretnych sprawach jak gazociąg bałtycki, współpraca wywiadów Niemiec i Rosji, czy „wyrozumiałość” niemieckiej dyplomacji dla najazdu Rosji na Gruzję.

Jeżeli nasza polityka ma być rozumiana za granicą – musi być ujęta w stałe, zrozumiałe założenia. Musi jasno komunikować innym państwom, czego od nich oczekujemy. Choć czasem trzeba ją formułować w momentach kryzysów, najlepiej ją definiować w okresach stabilizacji. Nie może być polegać na chwilowych erupcjach emocji, po których zapada konformistyczne milczenie. Polityka polska tak prowadzona, nawet jeśli nie zawsze będzie przyjmowana, będzie miała zdolność wpływania na stanowisko innych państw, zachowa wewnętrzną ciągłość, konsekwencję, która jest najpewniejszą drogą do osiągnięcia trwałych rezultatów.

Afera Reding and Międzynarodowe 1 sie 2011

Przedstawiłem w ubiegły czwartek na blogu projekt Uchwały Sejmu ws. radykalnej aborcjonistycznej deklaracji ogłoszonej ex officio przez Viviane Reding, wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej. W sprawie tej – mimo informacji w mediach centralnych, mimo apeli, mimo obowiązków wynikających z faktu prezydencji – rząd nie podjął żadnych kroków. Projekt ten znacznie wcześniej przekazałem PiS i PJN, z apelem o zgłoszenie go w Sejmie. Na blogu przedstawiłem go również po to, by dowiedzieć się, czy partie te podjęły jakieś kroki we wskazanej sprawie. Pora najwyższa, bo na wydarzenia takie jak wypowiedź pani Reding reagować trzeba natychmiast – poprzez akty oficjalne, a także mobilizację opinii międzynarodowej. Trzeba, bo nie chodzi tu o sprawę, która jest ciekawa dla prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej, ale o wypowiedź definiującą zasady współpracy europejskiej, o fakt ustrojowy w wymiarze europejskim. Nie możemy pozwolić, by w okresie polskiej prezydencji aborcjonizm (bez słowa protestu) został uznany za oficjalną ideologię Unii Europejskiej. Oczywiście, są tacy, którzy uważają, że możemy – ale im więcej takich opinii, tym właśnie mocniej powinny reagować partie, które deklarowały obronę zasad chrześcijańskich w Europie. Ta obrona nie polega na opowiadaniu o „wartościach” w okolicznościowych przemówieniach, ale na aktach politycznych podejmowanych ze stosowną mocą, gdy wymagają tego okoliczności.

Cały czas czekamy na wiadomość o działaniach podjętych w Parlamencie (bo niestety po publikacji poprzedniego żadnych takich informacji ani w komentarzach, ani inną drogą nie otrzymaliśmy). Zachęcam do nich opozycję, bo europejska bezczynność rządu nie powinna pozostawać bez opozycji właśnie. To słowo zobowiązuje do czegoś więcej niż prowadzenie kampanii wyborczej. To właśnie opozycja powinna przypomnieć partii rządzącej jej obłudne deklaracje, zawarte w oficjalnym programie (deklaracje, które przypomnieliśmy w uzasadnieniu przygotowanej Uchwały).

Międzynarodowe and Polityka 30 lip 2011

Premier Tusk zapowiedział, że „nigdy nie powie, że minister Klich jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską”. Trudno, może nie mówić również o własnej odpowiedzialności. Ale powinien razem z Klichem podać się do dymisji. Dałby tym najlepszy dowód, że rozumie charakter swego urzędu. Pozostawanie Donalda Tuska na stanowisku premiera oznacza unieważnienie zasady odpowiedzialności, bez której zanika zdolność jakiegokolwiek porozumienia i współpracy między siłami politycznymi. Wiem, że dziś jest jej niewiele. Uchylając się od politycznej odpowiedzialności Donald Tusk pokaże, że uważa jakikolwiek consensus w państwie za niepotrzebny. Zresztą w gruncie rzeczy o tym mówił na Radzie PO – consensus państwowy zastąpić ma Platforma od Sierakowskiej do Libickiego.

Raport Millera pokazuje jasno jak polski rząd dopuścił (więc tolerował) lekceważenie Rosji dla Prezydenta Rzeczypospolitej. Lekceważenie, którego materialną formą było zupełne nieprzygotowanie warunków dla lądowania w Rosji prezydenckiego samolotu. Pośrednio pokazuje odpowiedzialność za dopuszczenie (poprzez oddanie śledztwa) do uchylania się przez Rosję od odpowiedzialności za katastrofę, czego apogeum był raport Anodiny. Pokazuje przede wszystkim błędną kwalifikację lotu po katastrofie, a więc bezpodstawność odwołania się do konwencji chicagowskiej. Śledztwo oddaliśmy Rosji – uznając lot za cywilny, raportu nie wyślemy ICAO – bo lot okazał się wojskowy.

W dobrze funkcjonujących demokracjach odpowiedzialność polityczna działa tylko tam, gdzie w obozie władzy pojawiają się odważni politycy, którzy (pod presją i ze wsparciem opinii publicznej) potrafią swoim przywódcom przypomnieć o zobowiązującym charakterze zasad i racji stanu. Gdy taki postulat stawiamy w Polsce – komentatorzy piszą: przecież to nierealne. Więc jak? Parlamentaryzm to nie dla nas?

Christianitas and Międzynarodowe and Polityka and Prawa człowieka and Religia 30 cze 2011

Przedwczoraj na Jasną Górę przybyła Narodowa Pielgrzymka Węgrów. Dziękowali – wraz ze swymi przywódcami państwowymi – za Opiekę Boga nad ich Ojczyzną w ciągu ostatnich lat i miesięcy. Pomyślna prezydencja w Unii Europejskiej nie jest jedynym i nie najważniejszym powodem: przede wszystkim mają Konstytucję o wyraźnie chrześcijańskim charakterze, odrzucającą balast komunizmu i potwierdzającą źródła współczesnej państwowości w Koronie Świętego Stefana, w wojnie o niepodległość z LP 1848-49 i w powstaniu’56 roku, potwierdzającą również, że Węgry chcą być państwem cywilizacji życia. Całej Europie powiedzieli, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, a Bóg ludziom powiedział to przez nich.

Dziś nasz Sejm rozpocznie prace nad społecznym projektem ustawy o ochronie życia. Gdy kierując Sejmem musiałem posłom przypominać o godności ich pracy i urzędu, powtarzałem, że ta Izba jest większa od nas wszystkich. Jutro raz jeszcze się o tym przekonamy. Sejm skieruje ustawę do dalszych prac, a wymierzony w prawo do życia wniosek skrajnej lewicy zostanie odrzucony. Gdybyśmy przed czterema laty zmienili polską Konstytucję (chodziło tam jedynie o potwierdzenie, że prawo do życia od poczęcia jest prawem człowieka, a propozycja poprawki konstytucyjnej – mimo dywersji – zyskała sześćdziesięcioprocentowe poparcie w Izbie) nie byłoby po drodze lubelskiej tragedii Agaty i jej dziecka, nie byłoby sprawy Alicji Tysiąc, nie byłoby wyroku na ks. Marka Gancarczyka i „Gościa Niedzielnego”, inaczej wyglądałaby debata wokół sprawy in vitro. Nie byłoby tych dramatów i wielu tragedii, których możemy się tylko domyślać. Oby jutrzejsze głosowanie – oczywisty znak Łaski, skoro dostajemy drugą szansę – skłoniło do namysłu nad odpowiedzialnością polityków i ich entuzjastów, którzy tak skwapliwie, bez chwili namysłu i litości wobec najsłabszych, powtarzali – „nie było szans”. Dziś te słowa nie będą padać w sejmowej debacie, a jutro swym głosowaniem Izba zada im ostatecznie kłam.

Międzynarodowe and Polityka 28 maj 2011

Wszystko wskazuje na to, że następnej wizyty Baracka Obamy można spodziewać się nie wcześniej niż za cztery lata, przed następnymi wyborami. Trzeba jednak korzystać i z takiej okazji do poważnej rozmowy. Wśród tematów rozmów ma być gaz łupkowy – absolutnie priorytetowa polska szansa. Zdziwił mnie ostatnio prof. Rybiński, gdy z grobową miną (bo przecież nie mówił poważnie) wyrażał nadzieję, że żadnego gazu nie znajdziemy, bo nagły napływ nieprzewidzianych pieniędzy mógłby zdemoralizować politykę budżetową. W tym żarcie (bo nie chce mi się wierzyć, żeby mina Profesora mówiła prawdę) jest ziarno sensu: jeśli będziemy mieli dochody ekstra – nie można ich przejeść, ale trzeba wykorzystać na zasadniczą reformę polityki państwa (najlepiej emerytalnej). Ale najpierw trzeba je mieć.

Mowa ma być również o Afryce Północnej i Europie Wschodniej. Warto w tym kontekście powiedzieć, że sprawy Maghrebu wolimy tymczasem pozostawić państwom europejskiego południa i jednocześnie przypomnieć wojnę w Gruzji (temat o tyle wygodny, że nie dotyczy polityki Obamy), więc nasz zawód z powodu niedostatecznej reakcji USA, lepszej niż Unii Europejskiej, ale mimo wszystko niedostatecznej. A przecież wtedy Gruzja powinna dostać albo propozycję udziału w Przymierzu Atlantyckim, albo – w wypadku oporu państw europejskich – bezpośrednie gwarancje amerykańskie (jak Izrael albo Republika Chińska na Tajwanie). I w tym kontekście warto powiedzieć, że gotowi jesteśmy popierać w różnych regionach (jak Wielka Brytania) gaszenie ognisk zapalnych zagrażających bezpieczeństwu zbiorowemu, ale oczekujemy poważnego zaangażowania Stanów na rzecz utrwalenia niepodległości państw powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego. Również – a właściwie przede wszystkim – w sytuacjach kryzysowych.

Historia and Międzynarodowe 23 maj 2011

Panią Steinbach można ignorować, ale doktryny wypędzenia nie można. W polskiej polityce – nie tylko „oficjalnej”, również tej równolegle toczącej się w mediach – dzieje się dokładnie odwrotnie. Tymczasem Polska powinna jednoznacznie domagać się od Niemiec wycofania się z głoszenia tej doktryny i powrotu po pojęć umów poczdamskich. Ofiary przesiedleń mają prawo do współczucia, ale ich potomkowie nie mają prawa do oskarżeń. Bo – jak trafnie powiedział wicekanclerz Fischer – Niemcy Niemcom zgotowali ten los.

Polska – najlepiej poprzez uchwałę Sejmu popartą przez wszystkie partie – powinna wezwać Republikę Federalną do porzucenia tej doktryny oraz wstrzymania poparcia politycznego i finansowego dla organizacji, które ją głoszą. A co dalej? Po każdej wizycie kanclerza, a nawet ministra na zjeździe „wypędzonych” powinniśmy nie tylko oficjalnie protestować przeciw działaniom szkodzącym porozumieniu polsko-niemieckiemu, ale przenosić debatę na forum europejskie (łącznie z przypominaniem udziału b. członków NSDAP w początkach politycznego ruchu przesiedleńców). I wypełnianie tych obowiązków pamięci nie powinno w niczym naruszać naszej bieżącej polityki. Powinniśmy nasze interesy z Niemcami prowadzić równolegle, tak samo jak Niemcy – które mówią nam o współpracy, niezależnie od wizyt kanclerz Merkel na Zjazdach Wypędzonych i poparcia la jego przewodniczącej.

Historia and Międzynarodowe and Polityka 13 kwi 2011

Główny doradca prezydenta Komorowskiego ds. międzynarodowych, prof. Roman Kuźniar, ogłosił, że Katyń nie był ludobójstwem. Teza jest absurdalna – bo zbrodnia katyńska miała na celu zniszczenie części narodu polskiego, więc sama w sobie stanowiła uderzenie w normę sformułowaną w art. II Konwencji ws. zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Po wtóre była ludobójstwem jako element planowanego wyniszczenia całego życia polskiego na terytorium Rzeczypospolitej okupowanym przez ZSSR (cztery deportacje z ich setkami tysięcy ofiar były oczywistym aktem ludobójstwa). Niszczenie życia polskiego uderzyło zresztą również w mniejszości narodowe – przede wszystkim Żydów, ale również Ukraińców.

Swoją drogą notorycznie zgadzamy się na zabieg fragmentacji zbrodni komunistycznych, zapominając, że fragmentacja właśnie jest podstawowym zabiegiem dezinformacji. Tymczasem nie należy ani odrywać zbrodni wobec Polski od całości zbrodni sowieckiego komunizmu, ani Katynia od całej Golgoty Wschodu. Ale zostawmy dygresję – normy Konwencji z RP 1948 są bardzo jasne.

Prof. Kuźniar nie jest już akademickim uczonym, który może beztrosko publicznie rozważać rozmaite tezy i hipotezy. Podjął się pracy, która oznacza istotny udział we władzy Prezydenta Rzeczypospolitej. Jego wypowiedzi mają charakter publiczny. Trudno sobie wyobrazić podobną dezynwolturę w wypowiedziach oficjalnych doradców prezydenta Rosji czy kanclerza Niemiec. Wypowiedź prof. Kuźniara stanowi potwierdzenie redukcjonistycznych tez w polityce rosyjskiej. To określa jego praktyczną odpowiedzialność. Prezydent ma jeden sposób by zaprzeczyć słowom swojego doradcy – odwołać go.

Historia and Międzynarodowe 11 kwi 2011

Nie wiadomo czy (materialnie) zmiana katyńskich tablic i (formalnie) skreślenie słów o ludobójstwie polskich oficerów to po prostu rosyjska prowokacja czy element walki o władzę w Rosji. Wobec tej drugiej hipotezy należy być bardzo ostrożnym. Sprawcy prowokacji zakładają zapewne, że polska władza skompromituje się faktycznym brakiem reakcji, a wzburzenie opozycji pozwoli jeszcze bardziej podzielić opinię publiczną i osłabić pozycję Polski na forum międzynarodowym. Jak temu zapobiec? Najwłaściwszą reakcją Prezydenta powinno być odwołanie wizyty – w konwencji „po usunięciu słów o ludobójstwie ze smoleńskiej tablicy wizyta stała się niemożliwa”.

Jeśli jednak prezydent Komorowski mimo tej prowokacji pojechał do Rosji – powinien bardzo mocno zareagować na miejscu. Powinien zdecydowanie potępić negacjonizm i redukcjonizm wobec sowieckiego ludobójstwa i powiedzieć, że z wielkim zaniepokojeniem obserwujemy utrwalanie się tych zjawisk w Rosji. Jest to problem dla przyszłości Rosji (kraju, który pierwszy padł ofiarą komunizmu) i dla opinii międzynarodowej. Międzynarodowy charakter powinna mieć reakcja na prosowiecki negacjonizm i redukcjonizm. Polska będzie podejmować takie działania na forum Rady Europy i Unii Europejskiej, i liczymy tu na współpracę wszystkich środowisk w Rosji walczących o prawdę o złu, które sowiecki komunizm wyrządził ich narodowi i światu.

Oczywiście, za deklaracją powinny pójść czyny na forum europejskim, począwszy od zgłoszenia rezolucji w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy i Parlamencie Europejskim (i ich aktywnego politycznego wsparcia przez polską dyplomację). Tak powinno działać nasze państwo. Najskuteczniejszą odpowiedzią na próby międzynarodowej izolacji Polski – jest działanie na rzecz izolacji tych, którzy podejmują działania przeciw interesom i godności naszego kraju.

To tylko projekt. Tendencje obecnej polityki idą zupełnie gdzie indziej – ku dalszemu osłabieniu naszego państwa.

Międzynarodowe and Polityka and Prawa człowieka 16 mar 2011

Krytyka potrzebuje kryteriów. W momencie, gdy rozwój gospodarczy wymaga zachowania polskiej waluty narodowej (więc również współpracy na forum europejskim państw, które ją zachowują) minister Sikorski mówił o Pakcie na rzecz Euro i porzuceniu złotego, bo trzeba „siedzieć przy stole”, gdzie siedzą inni. W chwili, gdy Europie potrzebna jest silna opinia chrześcijańska w Europie (wewnątrz i na zewnątrz) nie zarysował (prócz słusznego wskazania na sprawy białoruskie) żadnych zasad polskiej polityki praw człowieka. Wspomniał wprawdzie o współpracy ze Stolicą Apostolską i innymi państwami na rzecz ochrony praw chrześcijan na świecie, ale była to jedynie formalna wzmianka. W jego przemówieniu nie było żadnej oceny orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, godzącego w wolność religii czy prawo do życia (a przecież mamy instrument reakcji w postaci nominacji sędziowskich i uzgadniania opinii z państwami pozytywnie nastawionymi do zasad cywilizacji chrześcijańskiej).

Niestety, w sprawach tych zabrakło głosu opozycji. Mariusz Błaszczak trafnie zwrócił uwagę na porażki rządu w sprawach gazociągu bałtyckiego czy reprezentacji ilościowej w europejskiej dyplomacji (od których  jeszcze ważniejszy jest aspekt „jakościowy” – charakter obsad w kluczowych dla Polski stolicach). Nie było w jego wystąpieniu żadnej mocnej reakcji na powrót do idei wejścia do strefy euro. A to właśnie w tym kontekście PiS miał obowiązek o tym mówić, bo w takich konkretnych okolicznościach weryfikuje się wiarygodność wiecowych aluzji. Nie mówił o opinii chrześcijańskiej w Europie, ani słowem nie odniósł się do afery ETPC: ponownego zgłoszenia przez rząd Tuska wcześniejszych kandydatów rządu Millera do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i prawników otwarcie przeciwnych podstawowym rozwiązaniom polskiego prawa w dziedzinie ochrony życia. Jeszcze bardziej dziwić może uparte milczenie PiS w sprawie niewystąpienia Polski po stronie państw broniących Krzyża przed Trybunałem Strasburskim.

Pozostaje generalne pytanie: gdzie jest opozycja?

Międzynarodowe and Polityka 14 mar 2011

Minister Mikołaj Dowgielewicz uzasadniał dziś na antenie Tok FM włączenie Polski do paktu na rzecz euro: „czysty zysk – przede wszystkim w reputacji i że będziemy w pierwszej klasie w Unii Europejskiej”. Ciągle te same frazesy, wykorzystujące narodową próżność przeciw narodowej odpowiedzialności, i ciągle ta sama obłędna strategia prymusa Europy. Bez cienia refleksji czy interesy dominujących państw euro są zbieżne z interesami Polski i czy Europa stanowi optymalny obszar walutowy  –  a właściwie dlaczego go nie stanowi (bo w tym, że nie stanowi zorientuje się już nawet ślepy).

Pakt na rzecz euro to prosta droga nie tylko do ponadnarodowej kontroli nad narodowymi budżetami (państwa mają autonomicznie zarządzać wykonywaniem wspólnotowych celów gospodarczych) oraz do kontroli konkurencyjności (ujednolicenie podatków) i polityki prorodzinnej. Konkurencyjność to elementarny składnik racji stanu. Polityka prorodzinna – w czasach kryzysu demograficznego – to wręcz podstawa bezpieczeństwa narodowego, co najmniej tak ważna jak bezpieczeństwo energetyczne.

Za strategię „prymusa Europy” Polska zapłaciła już dużą cenę. W ramach tej polityki byliśmy już „w pierwszej klasie” państw popierających separację Kosowa – co Rosji dało pretekst do najazdu na Gruzję i zmniejszyło bezpieczeństwo Europy środkowo-wschodniej. Podjęliśmy jako szósty kraj w Unii (minister Nowak chciał nawet żebyśmy byli pierwsi) ratyfikację traktatu lizbońskiego, co nie tylko naraziło Polskę na wielomiesięczne naciski w celu sfinalizowania ratyfikacji, ale i pozbawiło nas możliwości uzyskania korzystniejszych rozwiązań, co w czasie kryzysu ratyfikacyjnego wykorzystały dzięki swej wstrzemięźliwości Czechy i Irlandia.

Czym można wytłumaczyć ten uparty konformizm w polityce europejskiej? Dlaczego Polska zamiast zabiegać o model współpracy europejskiej odpowiadający rozwojowi i bezpieczeństwu naszego kraju i regionu geopolitycznego – po prostu stara się jak najszybciej biec po torach wskazanych przez Niemcy i Francję? Autorzy „Uważam Rze” sugerują dziś, że motywem jest po prostu „czysty zysk w reputacji i w pierwszej klasie” (by pozostać przy określeniach ministra Dowgielewicza), a konkretnie ambicje premiera Donalda Tuska na forum Unii Europejskiej, który chciałby zrealizować po zakończeniu kierowania rządem w kraju. To one mają być wytłumaczeniem tej niewytłumaczalnej polityki. Niestety – ja też nie znajduję lepszego.

Christianitas and Międzynarodowe 23 lut 2011

Gdy wybuchła rewolucja w Afryce Północnej – apelowałem do rządu o zwrócenie uwagi (szczególnie poprzez Unię Europejską) na bezpieczeństwo wspólnot chrześcijańskich. Jak jest ważne – pokazała męczeńska śmierć ks. Marka Rybińskiego. Mam nadzieję (choć winien to zweryfikować minister, a potem sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych), że nasz ambasador zwrócił uwagę tunezyjskiemu MSW na potrzebę ochrony szkoły katolickiej po tym, jak padła ofiarą antysemickich pogróżek. W każdym razie powinien był to zrobić. Płynie stąd nauka, że nasze ambasady w krajach zagrożenia muszą interesować się sytuacją polskich misji katolickich, muszą je zachęcać do przekazywania informacji o wszystkich poważnych problemach. I muszą w tych sprawach interweniować natychmiast. Po to są. A politycy po to – by wydarzenia uprzedzać.

Gdy zabieramy głos w sprawach obrony praw chrześcijan w świecie jedni nas atakują, że głosimy krucjatę, inni – przeciwnie, że mówimy o prawach człowieka. Te ataki ze strony poprawności i antypoprawności to najlepsze potwierdzenie, że kierujemy się zdrowym rozsądkiem w służbie moralnej odpowiedzialności.

Międzynarodowe and Prawa człowieka 19 lut 2011

Ojciec Marek Rybiński SDB, polski misjonarz w Tunezji, został zamordowany. Miał 34 lata. Władze tunezyjskie („zważywszy na formę morderstwa”) zakładają, że sprawcami byli terroryści. Zaapelowały do wszystkich przywódców duchownych i społecznych o potępienie zbrodni. Ambasador RP w Tunisie, Krzysztof Olendzki, mówił o wcześniejszych pogróżkach wobec polskich misjonarzy oraz (również ze względu na formę morderstwa) o przypuszczalnych motywach religijnych. Mimo to przedstawiciele naszego MSZ twierdzą, że „był to przypadek indywidualny o charakterze kryminalnym”. Nie można z góry przesądzać motywów i charakteru zbrodni – ale przede wszystkim nie można jej banalizować. Musimy jako państwo wystąpić jak najszybciej do władz tunezyjskich o udział w toczącym się śledztwie. Obecne władze Rzeczypospolitej stają po raz kolejny przed egzaminem zdolności do obrony Polaków. Zresztą nie tylko władze, również opozycja. Bo ta w państwie jest po to, by pilnować czy rząd wypełnia swoje obowiązki i reagować gdy tego nie robi.

Międzynarodowe 29 sty 2011

Według przedwczorajszych danych jedną czwartą aresztowanych organizatorów egipskich demonstracji stanowili członkowie Bractwa Muzułmańskiego. Dojście do władzy islamistów w Egipcie oznaczałoby przewrót geopolityczny o globalnych konsekwencjach: najpierw dla północnej Afryki, potem dla Bliskiego Wschodu, w końcu dla Europy. Egipt i Turcja to kraje o kluczowym znaczeniu dla basenu Morza Śródziemnego, w bezpośrednim sąsiedztwie Unii Europejskiej. Media informują nas, co dzieje się z mumiami w egipskich muzeach, ale nie wiemy, co się dzieje z (liczącymi parę milionów wiernych) wspólnotami chrześcijańskimi. W tym kryzysie ich los musimy obserwować od początku. Nie może powtórzyć się sytuacja iracka, gdy o chrześcijanach przypominamy sobie wtedy, gdy stają się ofiarami. W warunkach rewolucji i zaniku władzy państwowej możliwości interwencji politycznych są ograniczone. Jednak w czasach społeczeństwa informacyjnego znaczenie polityczne mają same wiadomości. To one uruchamiają opinię publiczną i politykę. Polska dyplomacja powinna śledzić na bieżąco położenie chrześcijan w Egipcie i informować kraj. Parlament (poprzez Komisję Spraw Zagranicznych) powinien zobowiązać MSZ do takich działań i nadzorować napływ informacji. Oczywiście, chodzi również o to, by sytuację chrześcijan obserwowała cała Unia Europejska. Doskonałą okazją do zwrócenia uwagi na tę sprawę jest poniedziałkowe posiedzenie unijnej Rady Spraw Zagranicznych.

Jedno jest pewne – są sprawy ważniejsze od mumii.

Christianitas and Międzynarodowe 17 gru 2010

Konstytucja narodowa może być oparciem dla polityki europejskiej – ale niekoniecznie przez przepisy odnoszące się do Unii. Jak to działa – pokazali Francuzi w trakcie negocjacji Konstytucji dla Europy, a potem traktatu lizbońskiego. Na każdą propozycję wzmianki nie tylko o wartościach, ale nawet o chrześcijańskiej przeszłości Europy, odpowiadali twardym „non”. I powtarzali, że ich stanowisko nie będzie i nie może być inne, bo art. 1 Konstytucji francuskiej rozstrzyga, że Republika jest „laicka”. Formalnie uzyskali wsparcie jedynie Belgii, ale Europa ustąpiła, również te państwa, które formalnie domagały się wyraźnego zaznaczenia związków Europy z chrześcijaństwem. Nikt od Francuzów nie żądał uruchomienia „procesu dostosowawczego” i zademonstrowania gotowości do poświęceń dla Europy. Kotwica konstytucyjna, trzymająca Republikę na uwięzi laicyzmu – zadziałała.

Tym bardziej więc warto, by zaangażowanie Polski na rzecz wartości cywilizacji chrześcijańskiej znalazło również mocne zakotwiczenie konstytucyjne. By i Polska mogła powtarzać – tego się domagamy, bo tak nakazuje nam nasza Konstytucja. To silniejszy argument od rezolucji parlamentarnych, które politycy tak chętnie zapominają. (Choć bardzo dobrze, że te rezolucje były, bo dzięki temu możemy przypominać na czym polega zdefiniowana przez Państwo jako całość – polska  racja stanu).

Dlatego właśnie Prawica Rzeczypospolitej (w naszym programie „Silna Polska dla cywilizacji życia”), postuluje, by w Konstytucji Rzeczypospolitej znalazło się wyraźne stwierdzenie, że „Polska na forum organizacji międzynarodowych, do których należy, działa na rzecz wartości cywilizacji chrześcijańskiej i kształtowania popierającej te wartości opinii międzynarodowej”.

Międzynarodowe 15 gru 2010

Wpisywanie do konstytucji narodowych rozdziałów europejskich nie jest praktyką szczególnie przyjętą w Europie. Z pięciu (poza Polską) wielkich państw UE taki rozdział w Konstytucji ma tylko Francja. To nie jest powszechnie przyjęta praktyka, której niepodjęcie może w jakikolwiek sposób izolować Polskę w Europie. Warto więc zastanowić się do czego takie przepisy mogą być potrzebne? Jeśli mają być tylko gorliwym potwierdzeniem faktów politycznych – będą stanowić akt czysto ideologiczny, więcej tego samego, ciąg dalszy doktryny „prymusa Europy”, której najważniejszym efektem do tej pory było nieodpowiedzialne uruchomienie ratyfikacji traktatu lizbońskiego już na wiosnę RP 2007.

Jednak odrzucenie takich ideologicznych działań nie oznacza wcale, że nie warto w Konstytucji ująć zasad polskiej obecności w Unii Europejskiej. Udział w związku tej rangi to rzecz zbyt poważna, by politycy mogli tam robić wszystko co chcą albo wszystko – czego chce od nich zagranica. Jeśli bowiem celem współpracy europejskiej ma być umocnienie państw Europy i ich interesów – warto w naszej Konstytucji określić te wspólne cele i nasze interesy. Nie jest to praca, którą zaczynać trzeba od nowa – pod pretekstem, że „rację stanu każdy rozumie inaczej”. Są stanowiska, które przyjmowaliśmy zgodnie, jako Rzeczpospolita, cała wspólnota polityczna – rząd i opozycja razem. Trzeba je tylko przełożyć na język prawa konstytucyjnego. I trzeba je przypomnieć, bo kto dziś jeszcze pamięta uchwałę Sejmu sprzed siedmiu lat „w sprawie Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy”, w której Sejm RP domagał się „chrześcijańskich wartości w preambule Traktatu Konstytucyjnego”, odmawiał „zgody na pogorszenie pozycji Polski w Radzie Unii w stosunku do zasad przyjętych w 2000 r. w Nicei, które były znane Polakom głosującym w referendum europejskim”, i żądał szczególnych zasad pomocy publicznej nie tylko „dla regionów dotkniętych podziałem Niemiec” – jak było i pozostało – ale w ogóle dla „regionów dotkniętych podziałem Europy po II wojnie światowej”, czyli dla wszystkich państw Unii uwolnionych spod dominacji sowieckiej. Za tym wtedy głosował obecny Prezydent RP i partia obecnie rządząca. Czy w ciągu ostatnich siedmiu lat postulaty szacunku Unii Europejskiej dla wartości chrześcijańskich i „opcji preferencyjnej” na rzecz narodów, które przeżyły komunizm, stanowią nadal polskie cele w Unii? Czy należą już tylko do historii propagandy –  jak „zasady przyjęte w 2000 r. w Nicei, które były znane Polakom głosującym w referendum europejskim”?

Międzynarodowe 4 gru 2010

Polskie rewelacje Wikileaks wystawiają bardzo dobre świadectwo polskiej polityce wschodniej za prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Amerykanie bynajmniej nie uważali jej za objaw marzycielstwa czy awanturnictwa, ale za skuteczną strategię realizowaną w wyjątkowo niedogodnych warunkach. W sytuacji wymagającej zmiany (bo agresywna dominacja Rosji w Europie wschodniej jest czynnikiem destabilizacji porządku międzynarodowego), choć jedni (jak przede wszystkim Niemcy) ten stan rzeczy akceptowali, a inni nie widzieli możliwości reakcji. Polska potrafiła działać. Materiały Wikileaks potwierdzają też realizm polskiej polityki i fakt, że „formalnym” agresorem w wojnie gruzińskiej była Rosja (tak jak „formalnym” agresorem w wojnie RP 1870 były Prusy Bismarcka).

Piszę o tym, bo pamiętam pierwsze, nacechowane nieuleczalnymi kompleksami i pogardą dla własnego kraju, dziennikarskie przypuszczenia co ujawnione materiały pokażą na nasz temat. Choć jest w nich też coś, co każe bardzo krytycznie myśleć o obecnym stanie polityki polskiej. Polska mogła wywierać wpływ międzynarodowy – gdy była zjednoczona, gdy między związanym z opozycją Prezydentem a rządem była moralna spójnia, wspólny kierunek działania, wspólne poczucie racji stanu (choć działo się to wszystko w warunkach ciągłego, ostrego konfliktu). To potwierdza raz jeszcze, że oprócz siły militarnej, zamożności i demografii – siła moralna jest jednym z czynników określających znaczenie państw. Dziś walka o kształt polskiego państwowego consensusu, o zasady racji stanu i ładu społecznego wiążące dla całej opinii publicznej, o szacunek dla państwa – to jedno z najpilniejszych zadań polskiej polityki.

Międzynarodowe 30 paź 2010

Bez większego echa przeszło posiedzenie Rady Europejskiej. Tymczasem właśnie na tym szczycie rozpoczęło się – niestety, z udziałem polskiego rządu – wprowadzanie kontroli Unii Europejskiej nad narodowymi budżetami. Nie wiem o innych reakcjach politycznych, prócz stanowiska Prawicy Rzeczypospolitej. Dwa dni przed posiedzeniem Rady zaapelowaliśmy do rządu o odrzucenie niemiecko-francuskich pomysłów ograniczenia władzy państw narodowych. Zwróciliśmy uwagę, że w chwili, gdy największym problemem naszego kraju jest pogłębiający się kryzys demograficzny, a starzenie się społeczeństwa stanowi najpoważniejsze zagrożenie dla naszej gospodarki – wprowadzanie zagranicznej kontroli nad polityką prorodzinną naszego kraju oznacza pozbawienie Polski możliwości ochrony własnej przyszłości.

Czym rząd Tuska uzasadnia taką politykę? Wyjaśnia to minister Dowgielewicz: „jako przyszła prezydencja, na którą być może spadnie to zadanie [zmiany traktatu] warto, by Polska zachowała dystans do problemu. Musimy zdawać sobie sprawę, że my będziemy tym krajem, który będzie tę pracę prowadził”. W ten sposób politykę państwa postawiono na głowie. Pozycja polityków nie ma już służyć interesom kraju, to interesy kraju mają służyć pozycji polityków. Wobec spraw merytorycznych „muszą zachować dystans” – by skupić się na dobrym wykonaniu zadań, które powierzy im zagranica.

Międzynarodowe and Polityka 18 paź 2010

Kanclerz Angela Merkel ogłosiła – w obliczu islamizacji Niemiec – klęskę społeczeństwa wielokulturowego. Pokolenie „skutecznych” polityków, którzy oszołomieni „cudem gospodarczym” zaczynali je uruchamiać przed pół wiekiem, już nie żyje. Co będzie jeśli u nas orientacje narzucone przez liberalną klasę polityczną u progu niepodległości (obojętnej zgody na zapaść demograficzną, na pornografizację kultury masowej, na milczenie opinii chrześcijańskiej w Europie, najkrócej mówiąc – zastąpienia cywilizacji chrześcijańskiej przez państwo relatywistyczne) okażą się katastrofą społeczną w RP 2040? Kto wtedy będzie winien? Na pewno wszyscy, którzy dziś są równie „oszołomieni” przekazami dnia, jak niemieccy politycy swoim cudem gospodarczym, na pewno również ci, którzy rozumieją konsekwencje zmiany kulturowej – a nie chcą bronić dobra wspólnego, na pewno cała ta część opinii publicznej, która się na to zgadza. Jest jeszcze czas na zmiany – im szybciej je zaczniemy, tym większa szansa, że będą to zmiany polityczno-społeczne, a nie już tylko polityczno-retoryczne, jak w Niemczech.

Międzynarodowe 12 paź 2010

Nowa propozycja pokojowa izraelskiego premiera Netanyahu – Izrael zaniecha budowy nowych osiedli na zachodnim brzegu Jordanu, jeśli Arabowie palestyńscy uznają Izrael za „państwo narodu żydowskiego” – zasługuje na słowo komentarza. Zasadniczą przesłanką wszystkich elementów sprawy jest – demografia. Izrael musiał podjąć rozmowy pokojowe ze względu na stale zmieniające się proporcje ludnościowe między Żydami i Arabami w Ziemi Świętej. Kolonizacja Zachodniego Brzegu Jordanu jest możliwa ze względu na wielodzietność rodzin kolonistów, związanych najczęściej z religijnym nurtem syjonizmu. Wzrost populacji arabsko-muzułmańskiej (chrześcijańska, niestety, maleje) wewnątrz Izraela stawia kwestię, jakim państwem Izrael będzie jutro (żydowskim czy wielokulturowym) i pojutrze (żydowskim, wielokulturowym czy muzułmańskim). Atutem Izraela w tych rozmowach jest ogromna imigracja żydowsko-rosyjska (z której wywodzi się obecny minister spraw zagranicznych Avigdor Lieberman), która w ciągu ostatniego ćwierćwiecza stała się „protezą demograficzną”, przywracającą słabnącą równowagę w ludnościowych relacjach żydowsko-arabskich.

Oczywiście, oprócz racji demograficznych istnieją czynniki dodatkowe – geopolityczne (zmiana sytuacji regionu po obaleniu władzy Saddama Hussajna w Iraku) i geostrategiczne (wpływ polityki amerykańskiej). Jednak tylko czynnik demograficzny wyjaśnia sprawę do końca. Narody są sprawcami własnej przyszłości nie tylko przez działania polityczne. Liczą się wartości podstawowe: rodzina, wychowanie, kultura. Polityka ma im służyć, a nie je wchłaniać. Codzienny wysiłek rodzin jest bardziej wzniosły i bliższy ciągłości życia narodu niż wiecowe hasła; choć dla wielu nie jest tak efektowny.

Następna strona »