Międzynarodowe


Międzynarodowe 25 lutego 2010

Dziś (czyli we czwartek) na KUL, w klubie „Vade mecum”, będę uczestniczył (o 15.00) w debacie o „Następnych 100 latach” George’a Friedmana. Książkę tę można czytać ku pokrzepieniu serc (Polska będzie mocarstwem!), ale ja proponuję lekturę świadomą konwencji gatunku. Friedman to ani Sienkiewicz, ani Wernyhora, jego książka to nie wróżby, tylko ogólna prognoza, gdzie zapowiadane wydarzenia służą zilustrowaniu czynników, które będą rzutować na politykę nadchodzącego czasu. A właśnie na czynniki warto zwrócić uwagę. 

Najważniejsze założenie Friedmana to nieprzemijająca – a u nas tak lekceważona – rola państw narodowych i ich polityki. Choć będą istnieć nadal (i również powstawać) organizacje międzynarodowe, państwa narodowe będą ciągle prowadzić swoją politykę i to ona będzie decydująco wpływać zarówno na stosunki międzynarodowe, jak i na działanie międzynarodowych porozumień i zrzeszeń. Dla Polski nadal kluczowe pozostanie położenie na Nizinie Środkowoeuropejskiej, w przeciągu geopolitycznym między Niemcami a Rosją. I konieczność posiadania dźwigni geopolitycznej, podnoszącej znaczenie naszego kraju, zwiększającej nasze bezpieczeństwo wobec silniejszych sąsiadów. Jeśli Rosja będzie prowadzić politykę neosowiecką (a taka jest polityka Rosji Putina) – jedyną skuteczną dźwignią geopolityczną pozostaną dla Polski Stany Zjednoczone. 

Co nie znaczy, że możemy politykę polską scedować na amerykańskich sprzymierzeńców. Friedman pisze, że jeśli „Rosjanom uda się opanować państwa bałtyckie i zdobyć znaczących sojuszników na Bałkanach, takich jak Serbia, Bułgaria czy Grecja – albo kraje środkowoeuropejskie, takie jak Słowacja – rywalizacja pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją stanie się bardziej zajadła i groźna. Ostatecznie jednak nie będzie to miało większego znaczenia. (…) Polskie równiny północne staną się głównym rejonem konfrontacji, ale Rosjanie nie podejmą kroków militarnych” (ss. 139-140). Otóż to – rzeczy, na które Amerykanie patrzą z dystansem, dla nas mają znacznie najzupełniej egzystencjalne. W naszym przymierzu powinniśmy więc zawsze pozostawać partnerem samodzielnym, rozważnie decydującym o zakresie i polach zaangażowania. 

Drugi niedoceniany czynnik to demografia. Obok siły militarnej i rozwoju gospodarczego – jest dla przyszłości narodów najważniejsza. Awans geopolityczny Turcji, Meksyku, Brazylii, degradacja Niemiec i Rosji, wewnętrzne problemy Stanów Zjednoczonych – będą efektem rozwoju albo dekadencji demograficznej. Friedman nie pisze o znaczeniu demografii dla Polski. Tu, niestety, nie ma miejsca na prognozowanie samoczynnego postępu. O decydujący czynnik przyszłości – moralną i materialną jakość życia polskich rodzin – musimy sami zadbać.

Międzynarodowe 17 lutego 2010

Antypolskie represje na Białorusi nie ustają. Dziś znowu zatrzymano Angelikę Borys. Przez długie lata zwolennicy tolerancji dla reżimu Łukaszenki twierdzili, że polityka krytyki jego rządów „nic nie dała”. Teraz widzimy owoce odprężenia. Zresztą nie od dziś, bo już rok temu Łukaszenka skwapliwie wykorzystał przychylne mu gesty Unii Europejskiej (z wizytą ministra Sikorskiego na czele), by wyciszyć protesty wobec totalnej kontroli kampanii wyborczej i wyborów, które po raz kolejny potwierdziły jego monopol władzy. Pisałem o tym w „Niedzieli” dokładnie rok temu. 

Dobrze, że w sprawie antypolskich prześladowań reakcje zapowiadają Parlament Europejski i eurominister spraw zagranicznych. Polska musi pilnować, żeby były to realne działania – dotkliwe dla władzy Łukaszenki, a nie dla kontaktów społeczeństwa białoruskiego z Zachodem. Jak zawsze polityka naprawdę oznacza pilnowanie by wszystko nie skończyło się na polityce pozorów i werbalnej pianie. Obrona Polaków na Białorusi to test solidarności dla Unii Europejskiej. Bruksela zdawać będzie egzamin ze zwiększenia unijnych kompetencji w zakresie polityki zewnętrznej. Polska musi odważnie stawiać wymagania i – uczciwą ocenę.

Międzynarodowe and Historia and Polityka 23 stycznia 2010

Wyniesienie do godności Bohatera Ukrainy Stepana Bandery to najzupełniej suwerenny akt Wiktora Juszczenko. To jego testament prezydencki przed odejściem z urzędu.  

Stepan Bandera był niewątpliwie odważnym człowiekiem i poświadczył to życiem. Większą część wojny spędził w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, ale w tym czasie założona przez niego Służba Bezpieczeństwa OUN, a potem założona przez jego zwolenników Ukraińska Armia Powstańcza przeprowadziły ludobójstwo polskiej ludności na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. To nie było bardziej od innych krwawe ogniwo w łańcuchu przemocy, ale realizacja założeń teoretycznych OUN. Biuletyn Krajowej Egzekutywy OUN już kilka lat przed wojną głosił, że „nacjonalizm ukraiński nie liczy się z żadnymi ogólnoludzkimi przepisami solidarności, sprawiedliwości, miłosierdzia, humanitaryzmu” i że „każda droga, która prowadzi do najwyższego celu, jest naszą drogą, bez względu na to, czy u innych nazywać się będzie bohaterstwem czy podłością”.  

Nie oczekuję od Ukraińców, że na polsko-ukraińską historię będą patrzyli z naszej perspektywy. Oczekuję, że na naszą historię będziemy potrafili razem patrzeć krytycznie i po chrześcijańsku. Przeciwnikami Polski byli i hetman Skoropadski, i twórca ukraińskiego konserwatyzmu Wacław Lipiński, i również (w planie politycznym) Sługa Boży metropolita Szeptycki. Ale to nie ich wybiera na patronów nowej Ukrainy Wiktor Juszczenko, w swym suwerennym akcie prezydenta nie podlegającego już wyborom. 

Prezydent Lech Kaczyński wiedząc o renesansie ideologii banderowskiej na Ukrainie tym bardziej powinien był domagać się jasnego potępienia ludobójstwa popełnionego na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Zdecydował się od tego odstąpić, uwzględniając w swej polityce ukraińskiej wrażliwość banderowską. I dziś w osobie Stepana Bandery uhonorowana jest nie tylko słuszna walka nacjonalistów ukraińskich ze Związkiem Sowieckim, ale również niepotępione i nierozliczone moralnie masowe zbrodnie.

Międzynarodowe and Historia and Polityka 11 listopada 2009

Patriotyzm kojarzy się nam dziś głównie kultywowaniem pamięci i obchodzeniem rocznic. Rzucone przez Wojciecha Wasiutyńskiego hasło „być sobą” (od którego zaczynają się „Źródła niepodległości”) to na pewno podstawa patriotyzmu. Podstawa – ale tylko podstawa. Patriotyzm coraz rzadziej kojarzy się nam z państwem, mimo, że niepodległe państwo jest największym darem Boga dla naszego pokolenia. Państwo Polskie zawsze będzie potrzebne Polakom do zachowania i rozwoju naszego życia narodowego, potrzebne będzie Europie dla zachowania naszej cywilizacji, potrzebne będzie Europie środkowej jako zwornik geopolitycznego bezpieczeństwa. Nie ma – i nigdy nie było – sprzeczności między państwami narodowymi a współpracą międzynarodową. O tym znaczeniu państwa przypomniał ostatnio Ojciec Święty w „Caritas in veritate”, szczególnie w art.art. 24 i 41. Papież pisze tam, że w naszej epoce państwo musi stawić czoło wyzwaniom, jakie niesie finansowo-gospodarcza globalizacja. „Ten nowy kontekst zmodyfikował polityczną władzę państw [więc] należałoby sobie życzyć, aby bardziej wzrastała uwaga i uczestnictwo w res publica ze strony obywateli.”  Współczesność nie eliminuje „roli państw, a raczej angażuje rządy do głębszej wzajemnej współpracy. (…) W odniesieniu do rozwiązania obecnego kryzysu, rola państwa wydaje się wzrastać, odzyskując wiele ze swych kompetencji. Istnieją ponadto narody, w których budowanie lub odbudowywanie państwa jest nadal kluczowym elementem ich rozwoju.”  Nie wiem czy dostatecznie usłyszeliśmy tę naukę. Bo dla Polski – jak dla innych narodów uwolnionych z komunizmu – państwo jest najzupełniej „kluczowym elementem rozwoju”. Jan Paweł II mówił, że bez Polski niepodległej nie ma sprawiedliwej Europy. Dziś słowa te odbijają się echem – bez szacunku dla interesów niepodległej Polski nie istnieje żadna solidarność europejska.

Międzynarodowe 9 listopada 2009

Od rana media żyją rocznicą upadku muru berlińskiego. Wszyscy bez namysłu powtarzają niemiecką tezę o murze jako symbolu zniewolenia połowy Europy. Tymczasem mur berliński jest przede wszystkim symbolem nieszczęść, które Niemcy w XX wieku ściągnęły na siebie oraz moralnego muru, którym same w pierwszej połowie XX wieku od Europy się oddzieliły. 

Gdy cały świat patrzył z przerażeniem na rewolucję bolszewicką, której makabrycznym streszczeniem było wymordowanie Domu Romanowych łącznie z chorymi dziećmi – niemiecka prawica i lewica rozważała pożytki pojawienia się na wschodzie nowej siły, rzucającej moralne i polityczne wyzwanie cywilizowanemu światu. Podstawą polityki zagranicznej Republiki Weimarskiej był prosowiecki consensus jednoczący wszystkie ugrupowania polityczne. Zaproszenie Stalina do środka Europy nie było specyficznie nazistowskim elementem tyranii Hitlera, ale realizacją oczekiwań niemieckiej opinii publicznej. Następstwa tego trwają nadal – mimo, że dla Niemiec skończyły się najwcześniej. Do dziś ponosimy polityczne i gospodarcze skutki półwiecza niewoli, a przedsięwzięcia takie, jak gazociąg bałtycki – są oczywistym zaprzeczeniem niemieckiej odpowiedzialności za zło wyrządzone Polsce i innym narodom. 

Nie myśmy budowali niemiecki mur i bardzo bym chciał, żeby w końcu upadł. Dlatego (mam wrażenie, że zaskoczyło to moich niemieckich rozmówców) z entuzjazmem poparłem ideę zaproszenia Ojca Świętego do wygłoszenia przemówienia do uczestników 50-lecia obchodów integracji europejskiej w Berlinie. Niemcy potrzebują odnaleźć rzeczywiste duchowe i moralne motywy solidarności europejskiej – chrześcijaństwo i szacunek dla praw narodów. Szkoda, że niemal nikt im tego nie próbuje uświadomić.

Traktat Reformujący and Międzynarodowe 6 listopada 2009

Po czeskim podpisie traktat lizboński wejdzie w życie 1 grudnia. Ale już zaczyna działać. Nadchodzące wybory prezydenta i ministra spraw zagranicznych Unii (porzucone nazewnictwo Konstytucji dla Europy jest nadal potocznie używane) wzmacniają mechanizm większościowy, czyli konformizującą presję państw silniejszych. Nowy mechanizm ważnienia głosów sprawia przede wszystkim, że do podjęcia decyzji unijnych potrzeba będzie znacznie mniej państw, wystarczy piętnaście. Choć jeszcze nie działa bezpośrednio, działa – jak to celnie określił kiedyś Marian Piłka – jako trend polityczny, analogicznie do giełdy. Nikt nie szacuje siły państwa ze względu na jego chwilową, mijającą pozycję, ale na nadchodzącą trwałą perspektywę. Perspektywa degradacji Polski, Europy środkowej i mniejszych państw nie jest „spodziewana”, jest przez nas przyjęta i najzupełniej pewna. 

Akceptacja gazociągu bałtyckiego przez Szwecję i Finlandię to pierwszy efekt mechanizmu Unii Lizbońskiej. Oba kraje do tej pory były przeciwne rosyjsko-niemieckiemu projektowi. Teraz Carl Bildt – w obliczu nadchodzących wyborów stałych władz Unii – zaczyna dostosowywać się do podyktowanego przez Niemcy, prorosyjskiego „consensusu” dominujących państw Unii. 

A co zrobi premier Tusk? Powinien ogłosić sukces. A mózg jego władzy, b.minister Sławomir Nowak, powinien zaproponować, żeby Polska jak najszybciej poparła gazociąg bałtycki. I ogłosić, że wszyscy przeciwnicy Nord Streamu to wrogowie Europy, praw człowieka i zimowego ogrzewania mieszkań.

Międzynarodowe and Polityka 15 września 2009

Są rzeczy ważniejsze o dywagacji na temat dialektyki groźnych min i uśmiechów premiera Tuska, arabskiej kultury negocjacji i pożytków z przymusowej sprzedaży polskich stoczni. Przede wszystkim przypomnieć trzeba, że za obecną sytuację naszych stoczni odpowiedzialność ponosi cały układ PO-PiS, rząd i opozycja. Władze publiczne powinny uratować stocznie poprzez pomoc publiczną, której udzieliły, i której powinny bronić – czego już nie zrobiły. Nie dotować, ale uratować – przywracając stoczniom, poprzez jednorazową pomoc, zdolność konkurencyjną. Zakaz pomocy publicznej ze strony Komisji Europejskiej był jawną niesprawiedliwością wobec Polski, a przeciwdziałanie takim sytuacjom jest jasnym przykładem zadań polskiej polityki europejskiej. Polska powinna nie tylko dla siebie, ale dla całej Europy środkowej, zażądać tych samych unijnych praw pomocy publicznej, z których korzystają Niemcy wschodnie. Uzyskanie przez Niemcy w traktacie z Maastricht szczególnych uprawnień w tej dziedzinie – w imię prawa do odbudowy gospodarki po zniszczeniach komunizmu – to modelowy przykład polityki historycznej. Bo ta nie polega na pokazywaniu się z celebrytami światowej polityki na uroczystościach. Niemcy pokazali jak z historii wyprowadza się – prawne, moralne, polityczne – tytuły dla polityki dnia dzisiejszego. 

O to, żeby polski Sejm zgodnie wystąpił z deklaracją domagającą się by niemieckie przywileje były traktowane jako standard przysługujący wszystkim krajom wyzwolonym z komunizmu, w ubiegłym roku apelowałem imiennie do marszałka Sejmu i wszystkich wicemarszałków. Ale apelowanie do polityków państwa PO-PiS o odpowiedzialność, a szczególnie wspólną, to rzucanie grochem o ścianę. Albo gra w squasha, bo to chyba lepiej zrozumieją.

Międzynarodowe and Historia 14 września 2009

W sobotę Zarząd Prawicy Rzeczypospolitej wydał naszą Deklarację „w związku z siedemdziesięcioleciem najazdu niemiecko-sowieckiego na Polskę”. Nie piszemy tam o gorszącej niezdolności Sejmu do wydania oświadczenia na 17 września, ani o milczeniu wszystkich władz publicznych w rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow 23 sierpnia. Apelujemy by cykl rocznic wojennych stał się jednak momentem „zgodnego przypomnienia przez całą polską opinię publiczną prawdy historycznej i wynikających z niej politycznych wniosków dla przyszłości Europy”. Najważniejsze bowiem są wnioski. 

Przypominamy więc, że „rozbiór Polski dokonany przez Niemcy i Związek Sowiecki był następstwem niepogodzenia się przez Niemcy i Związek Sowiecki z przekreśleniem przez traktat wersalski zbrodni rozbiorów Polski. Ani Niemcy, ani ZSSR nie zaakceptowały niepodległości Polski w granicach ukształtowanych po pierwszej wojnie światowej. Ze strony obu tych dwóch państw nasz kraj stał się w dwudziestoleciu międzywojennym obiektem nieprzerwanej agresji propagandowej, przedstawiającej Polskę jako siedlisko nietolerancji i zarzewie konfliktów w Europie. Prawdziwym powodem tej politycznej agresji była rola geopolityczna Rzeczypospolitej jako przeszkody dla dominacji mocarstw w Europie środkowej, i tym samym gwaranta wolności jej narodów”. 

I wzywamy władze publiczne by przedstawiły przy tej okazji deklarację stwierdzającą, że Polska ma prawo, by polityka współpracy Niemiec i Rosji (o której mówią dziś szefowie rządów obu państw) nigdy nie była realizowana w sposób, który Polska odbiera jako zagrożenie dla swego bezpieczeństwa i dla swych podstawowych interesów. Władze Rzeczypospolitej powinny oświadczyć, że Polska będzie stale zabiegać o poparcie tego stanowiska na forum polityki europejskiej.

Międzynarodowe and Historia 3 września 2009

Istnieją dwa zasadnicze sposoby mówienia przez nas o drugiej wojnie światowej. Te dwie narracje wyznaczały też dwa możliwe modele obchodów 70-lecia drugiej wojny światowej. Pierwszy – to podkreślenie naszego wkładu w zwycięstwo wolnego świata. Polska zatrzymała ekspansję Hitlera, odrzucając udział w jego polityce. Tym samym uniemożliwiła mu opanowanie kontynentu europejskiego i to jest nasz wkład: napierw w wolność połowy kontynentu po wojnie i w wolność Europy dzisiaj. W tym modelu powinniśmy byli zabiegać o wystąpienia naszych wojennych sprzymierzeńców. Częściowo jedynie na Westerplatte spełniło to przemówienie François Fillona, choć zabrakło w nim zadośćuczynienia za niewykonane przez Francję zobowiązania sojusznicze, gwarantowane przez konwencję wojskową. Nie wiadomo jednak czy nasza dyplomacja zabiegała o wystąpienia brytyjskie i amerykańskie. 

Drugi wymiar pamięci jest ważniejszy, choć mniej przez nas uświadamiany. To pamięć środkowoeuropejska, krajów w LP 1939-40 napadniętych przez Niemcy i Związek Sowiecki, a w LP 1944-45 pozostawionych temu agresorowi, który wygrywał wojnę. To zresztą prawdziwy (można powiedzieć mackiewiczowski) wymiar pojednania: narodów środowej Europy, które w czasie wojny znalazły się po stronie Niemiec i tych, które były po stronie Rosji. W istocie byliśmy przecież uczestnikami tego samego dramatu. W tym planie, wspólnego doświadczenia, cenne byłyby wystąpienia przedstawicieli państw bałtyckich, Finlandii, Rumunii. Ten wymiar podkreślałby prawo do wolności narodów Europy środkowej i ich prawo do realnego, politycznego zadośćuczynienia za pół wieku niewoli, a przede wszystkim jasne potępienie obu totalitaryzmów. 

Obchody zrealizowały model trzeci, tak naprawdę pozbawiony wymiaru uniwersalnego, choć mocno osadzony w poprawności politycznej. Model „pojednania”, w którym własna pamięć narodowa traktowana jest jako zarzewie konfliktów. Tak bowiem obóz władzy PO, a także wielka część mediów, mówi dziś o stosunkach polsko-rosyjskich i polsko-niemieckich, w którym nasz kraj nie zgłasza żadnych roszczeń, broni po prostu swej godności, swego miejsca w Europie i podstaw swojej niepodległości.

Międzynarodowe 31 sierpnia 2009

Artykuł opublikowany dziś w „Gazecie Wyborczej” jest bardzo ciekawy, zasługuje na uwagę i odpowiedź. W istocie można go sprowadzić do czterech tez: dwóch na temat historii Europy, jednej na temat przyszłości Europy i jednej na temat stosunku Polaków do własnej historii.   

Po pierwsze – Władimir Putin wpisuje się w starą tezę międzywojennych rewizjonistów o wojnie wywołanej przez traktat wersalski, który „upokorzył Niemcy”. Sama ta teza stanowi zamaszysty ukłon w stronę Berlina. Po drugie – Putin pisząc o Związku Sowieckim traktuje go cały czas jako normalne państwo, takie jak przedwojenne zachodnie demokracje. To bardzo mocne, choć dyskretne, rozgrzeszenie historyczne komunizmu, który dziś zasługuje na potępienie, ale go nie wymaga – jako przebrzmiałe dzieło swojej  epoki. Tak właśnie premier Rosji opisuje pakt Ribbentrop-Mołotow. Po trzecie – Putin proponuje nam w istocie reorientację geopolityczną i szukanie dla siebie miejsca w Europie zorganizowanej przez Rosję i Niemcy. Jeśli zaakceptujemy ten nowy motor europejskiej polityki – możemy liczyć na materialne korzyści. Wreszcie po czwarte – Putin potępia Katyń, ale warunkowo – o ile choć milcząco przyjmiemy zarzut zbrodni na jeńcach bolszewickich w ’20 roku.  

Ten ciekawy manifest polityczny nie powinien być przedmiotem ani naiwnej fascynacji, ani jałowego oburzenia. Jest ciekawym sformułowaniem rosyjskiej racji stanu. Zasługuje na odpowiedź w podobnej konwencji, w jakiej został napisany: na temat historii Europy w pierwszej połowie XX wieku, na temat Europy XXI wieku i warunków normalizacji naszych stosunków. I oczywiście nie można nie reagować na historyczne pomówienia. Bo jeśli będziemy milczeć – test naszej słabości wypadnie pozytywnie; pozytywnie dla strony, która testuje naszą słabość.

Międzynarodowe 25 sierpnia 2009

Pierwowzorem gmachu Sejmu Rzeczypospolitej jest znacznie mniejszy, ale jeszcze ładniejszy, gmach Sejmu Śląskiego. Sejm ten był główną instytucją autonomii województwa śląskiego w Drugiej Rzeczypospolitej. Dobrze, że przypomnieli o tym w swoim (poza tym skandalicznym) oświadczeniu przywódcy Związku Narodowości Śląskiej. Autonomia śląska jest bowiem jasnym symbolem społecznego współżycia Polaków i Niemców w wolnej Polsce. Nie było bezkonfliktowe, ale Niemiec w Drugiej Rzeczypospolitej miał więcej wolności niż w Trzeciej Rzeszy. Nie myśmy odrzucali wspólne życie w jednym państwie, to dla Niemców freiheit, o której tak patetycznie mówiła pani Steinbach na Dniu Stron Ojczystych, oznaczała odrzucenie życia w jednym państwie z Polakami i Czechami. Nazywanie powojennych przesiedleń zarządzonych przez umowy poczdamskie „wypędzeniami” to po prostu insynuowanie (jak otwarcie zrobiła to pani Steinbach), że to Polacy i Czesi nie chcieli z Niemcami żyć w jednym państwie. Tę możliwość Niemcy odrzucili, a nasz kraj – po zbrodniach najazdów, zaborów i ludobójstwa – miał prawo do bezpiecznych granic; a dziś ma prawo do szacunku dla swoich granic i swojej historii. 

Niemieckim znajomym zawsze mówiłem z przyjaźnią: im mniej w sprawie przesiedleń będzie z Waszej strony pretensji i oskarżeń, tym więcej z naszej strony będzie wyrazów empatii wobec oczywistych cierpień wielu przypadkowych ludzi. Ale to nie Polska jest winna tragedii, której ostatnim akordem było przesiedlenie. Winni są ich ziomkowie ze Stron Ojczystych, którzy masowo głosowali na hitlerowców, a wcześniej kwestionowali prawo Polski do życia w granicach nawet skromniejszych niż te sprzed zbrodni rozbiorów.

Międzynarodowe 24 sierpnia 2009

Prawda nierzadko zaskakuje. Nic dziwnego – świat stworzony jest większy od naszej wyobraźni, a i ludzie potrafią robić rzeczy niewyobrażalne. Pan Jerzy Stawicki pyta jakie to „ataki hitlerowskiej propagandy powtórzyła” Erika Steinbach w swoim przemówieniu? Pytanie zasługuje na odpowiedź, dociekliwość i (rzadka w internecie) nie-anonimowość zasługują na szacunek.  

Propaganda goebbelsowska przedstawiała przedwojenną polsko-niemiecką granicę jako granicę „krwawiącą”. Pani Steinbach zarzuciła Drugiej Rzeczypospolitej ni mniej, nie więcej – tylko „wypędzenie” miliona Niemców ze swych granic. To właśnie takie antypolskie kłamstwa były wstępem (czyli pierwszą częścią) niemieckiej agresji na Polskę. Jeśli chodzi o Czechosłowację – pani Steinbach zasugerowała, że źródłem niemieckiego narodowego socjalizmu (a jednocześnie „wypędzeń”) są poglądy czeskiej Wiosny Ludów z 1848 roku.   

Tego typu tezy to jednak więcej niż propaganda hitlerowska. Dziś bowiem żyjemy po Hitlerze. Tezy pani Steinbach (choć wyglądają jak skwarki w poprawnym politycznie sosie), to po prostu usprawiedliwianie wojny i zaborów Hitlera. Okazuje się bowiem, że ruch Henleina w Sudetach był ostatnią rozpaczliwą próbą uniknięcia przygotowywanego od stu lat „wypędzenia”. A najazd na Polskę był tylko wojną – w klasycznym sensie tego słowa – odwetową, naprawiającą wcześniej popełnioną niesprawiedliwość. Tezy pani Steinbach – wygłaszane siedemdziesiąt lat po drugiej wojnie światowej – to czynienie z ofiar wojny jej faktycznych sprawców.  

Pan Stawicki jednak nie tylko mnie pytał, ale i oceniał. To z kolei zakłada, że wiedział o czym pisze i znał przemówienie Eryki Steinbach. Jeśli tak – to go głęboko nie rozumiem. Reakcja na agresję pani Steinbach to kwestia zwykłej narodowej godności. Jeśli jednak jej przemówienia nie znał, to zachęcam by w mniejszym stopniu kierował się uprzedzeniami, a jeśli nawet się im poddaje – żeby nie obrażał ludzi.

Międzynarodowe and Polityka 22 sierpnia 2009

Eryka Steinbach uczciła siedemdziesiątą rocznicę Paktu Ribbentrop-Mołotow przemówieniem, w którym powtórzyła ataki hitlerowskiej propagandy na przedwojenną Polskę i Czechosłowację. Przypominam kontekst daty, bo przymierze Niemiec z państwem Stalina nie było jakimś specyficznie hitlerowskim wkładem w politykę niemiecką, ale realizacją oczekiwań niemieckiej opinii publicznej przez cały okres poprzedzający przekazanie Hitlerowi władzy przez niemieckie społeczeństwo. Za przymierze z Sowietami, zbrodnię najazdu i rozbioru Polski, ponoszą odpowiedzialność Niemcy jako państwo. 

W Niemczech mam wielu znajomych, ale co ciekawe – nie spotkałem nikogo (może z wyjątkiem Gesine Schwan) kto jasno uznałby niesprawiedliwość polityki niemieckiej wobec Polski w okresie Republiki Weimarskiej. Jeszcze niedawno przecież Der Spiegel wypisywał bzdury o polskim „korytarzu” i utracie jednej siódmej niemieckiego terytorium po pierwszej wojnie światowej. Co było tym nieszczęściem? Że Polska odzyskała niepodległość wraz z Pomorzem Gdańskim i Wielkopolską, że Alzacja i Lotaryngia wróciły do Francji? 

W Dniu Stron Ojczystych uczestniczyła i mowy pani Steinbach wysłuchała kanclerz Merkel. To pokazuje jasno, że problemem stosunków polsko-niemieckich nie jest pani Steinbach personalnie, ale doktryna wypędzenia jako taka, mocny mandat państwa niemieckiego dla nadania ruchowi przesiedleńców charakteru moralnie rewizjonistycznego. Oczywiście, część winy jest i po naszej stronie – bo to kolejne polskie rządy tolerują doktrynę wypędzenia, jako alibi podejmując od czasu do czasu wygodny i zastępczy temat pani Steinbach.

Międzynarodowe 27 czerwca 2009

Wakacje w kalendarzu wcale nie gwarantują spokoju w polityce międzynarodowej. Rok temu w sierpniu doszło do rosyjskiego najazdu na Gruzję. Wtedy zaczęło się od zerwania przez abchaskich separatystów rozmów berlińskich na temat rozwiązania konfliktu w tej prowincji. Chociaż ich uczestnikami były (obok Rosji) również państwa zachodnie (Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja i Wielka Brytania) – arogancja podopiecznych Moskwy nie spotkała się z żadną poważną reakcją zachodniej dyplomacji. Dla Rosji był to sygnał, że można iść kilka kroków dalej. Na pograniczu okupowanej Osetii zaczęły się mnożyć incydenty graniczne. Potem nastąpił najazd.  

Teraz znów Moskwa testuje reakcję Zachodu. Po formalnym ogłoszeniu separacji Południowej Osetii i Abchazji – teraz Rosja żąda usunięcia z tych dwóch prowincji międzynarodowych obserwatorów cywilnych. To co rok temu było kapitulacją Zachodu (rezygnacja z wprowadzenia do Abchazji i Południowej Osetii sił autentycznie rozjemczych) – dziś okazuje się dla Rosji i tak zbyt daleko idącym kompromisem. Zamknięcie zaś misji obserwacyjnych to kolejny krok ku faktycznej legalizacji oderwania północnych terytoriów od Gruzji. A Gruzja obawia się, że agresywne działania dyplomatyczne to zapowiedź kolejnej agresji militarnej. Okazji mogą dostarczyć nadchodzące rosyjskie manewry wojskowe na Kaukazie. 

Rzecz wymaga uwagi i aktywności polskiej dyplomacji. Nie chodzi przecież o to, by czekać na okazję do kolejnych dramatycznych protestów, ale by utrwalać niepodległość Gruzji i angażować Unię w politykę współpracy z prozachodnimi rządami na wschodzie Europy. Przejęcie przewodnictwa w Unii przez Szwecję, kraj posiadający środkowoeuropejską świadomość geopolityczną, stanowi tu dobrą okoliczność. Unia już dziś powinna powiedzieć, że stanowisko zajęte przez Rosję na forum ONZ i OBWE uważa za wymierzone we współpracę międzynarodową i pokój na Kaukazie.

Christianitas and Międzynarodowe 29 kwietnia 2009

Donald Tusk na kongresie Europejskiej Partii Ludowej ogłosił, że nie ma już starej i nowej Unii. Nie uspokoiło to manifestujących pod Pałacem Stalina stoczniowców, którzy najlepiej wiedzą, że w Unii obowiązują dwie zasady pomocy publicznej – jedna dla Niemiec Wschodnich, reszta dla całej Europy, i to również tej, która na komunizm zasłużyła mniej niż ojczyzna Joachima Ribbentropa. Pomoc publiczna to nie jedyny przykład praktyk zaprzeczających zasadom solidarności europejskiej. Rząd Tuska nie ma zamiaru tego ani kwestionować, ani zmieniać. 

Dziś w południe zwróciliśmy się do premiera Tuska, by wykorzystał warszawski zjazd eurochadecji by jednak choć trochę zmienić Europę. Zaapelowaliśmy o deklarację solidarności wobec Papieża ze strony europejskich partii chrześcijańsko-demokratycznych, które mogłyby skorzystać z szansy dowodu swego chrześcijańskiego charakteru. 

Powtórzyliśmy również apel do Sejmu, Senatu i polskich ugrupowań parlamentarnych o obronę Papieża. Od Wielkiego Poniedziałku, gdy przedstawiliśmy go po raz pierwszy, minęły trzy tygodnie i jedno posiedzenie Sejmu. Choć w tym czasie Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej wydał oświadczenie uświadamiające światu, że trwa antypapieska kampania, próbująca zmusić Papieża do niewypowiadania się na kluczowe tematy moralne – Izby naszego Parlamentu milczą. Nas jednak zimna obojętność PO-PiS do milczenia nie zmusi. Newsy starzeją się szybko, ale odpowiedzialność trwa. I potrzebuje swoich rzeczników.

Euro and Międzynarodowe and Polityka 2 marca 2009

Unia Europejska odrzuciła węgierski plan pomocy dla Europy Środkowej. Trudno się dziwić, skoro zgłaszał go premier Gyurcsany, który – w sprawach finansowych – oszukiwał własne społeczeństwo. Dziwić mogą inne rzeczy. Przewodniczący José Manuel Barroso oświadczył, że kraje takie, jak Polska i Czechy „mają obowiązek” przyjąć euro, ponieważ się do tego zobowiązały. To samo bez przerwy mówi Donald Tusk. Szkoda, że ani Barroso, ani Tusk nie powiedzieli – korzystając z okazji szczytu – o obowiązkach wynikających z powszechnych zasad Unii. Na przykład, że Niemcy i Austria mają obowiązek otworzyć granice dla środkowoeuropejskich pracowników w imię fundamentalnej zasady wolnego przepływu pracy w Unii. Albo, że w imię zasad uczciwej konkurencji, Unia Europejska ma obowiązek zrównać wysokość dopłat rolnych w Polsce i w zachodniej Europie. Dobrze, że premier Tusk występuje przeciw protekcjonizmowi projektowanemu, szkoda, że woli milczeć o aktualnym.

A jeśli chodzi o przewodniczącego Barroso, który tak łatwo deklamuje o „obowiązkach” Polski i Czech, choć tak trudno mu mówić o obowiązkach Niemiec, Francji i własnej Komisji – usprawiedliwia go trochę jedna okoliczność, którą już wiele pokoleń temu ujawnił generał Robert Lee: że „obowiązek” bywa najtrudniejszym słowem w języku angielskim. Jak widać – od prawie stu pięćdziesięciu lat nic się nie zmieniło.

Międzynarodowe and Historia and Religia 28 lutego 2009

Znana wypowiedź bp. Richarda Williamsona mnie i moich przyjaciół zabolała jako Polaków i chrześcijan. Spotkała się też z potępieniem Rzymu i środowisk tradycjonalistycznych, by wymienić tylko reakcję bp. Bernarda Fellay czy ks. Philippa Laguérie. Sam bp Williamson – po upomnieniach – przeprosił za swą wypowiedź „tych, którzy przeżyli niesprawiedliwości popełnione przez Trzecią Rzeszę i rodziny jej ofiar” i „przed Bogiem prosił wszystkich szczerze zgorszonych jego słowami o przebaczenie”.     

W tym samym czasie umknęła uwadze mediów inna wypowiedź zawierająca radykalną rewizję moralnej oceny drugiej wojny światowej. Rabin Szlomo Awiner zaapelował do Izraelczyków o nieodwiedzanie obozu w Auschwitz, aby nie finansować Polaków, narodu, który – według niego – podczas wojny kolaborował z hitlerowcami, a polskie podziemie zajmowało się zabijaniem zbiegów z obozów koncentracyjnych. Wypowiedź ta znieważa pamięć Polski Walczącej, ofiarę tysięcy ludzi, którzy w polu i w katowniach gestapo i NKWD oddali życie nie tylko dla Polski, ale również dla wolności świata. Znieważa zwyklych Polaków, którzy oddali życie ratując Żydów, jak rodzina Ulmów. Opór, jaki Polska już w RP 1939 stawiła Niemcom, zapobiegł podbiciu Europy przez Hitlera, co (samo w sobie) zapobiegło całkowitej Zagładzie i uratowało życie tysięcy ludzi, którzy zginęliby, gdyby Niemcy wygrały wojnę.  Rabbi Awiner – jako Francuz z pochodzenia – powinien o tym pamiętać.  

Oczywiście, wypowiedź rabbiego Awinera należy widzieć we właściwych proporcjach: nie należy jej ani wyolbrzymiać, ani pomniejszać. Rabin Szlomo Awiner głosi do lat poglądy skrajne (na przykład domagając się usunięcia przedstawicieli muzułmańskiej mniejszości z parlamentu izraelskiego albo przekonując żołnierzy, że podczas działań zbrojnych nie powinni nadmiernie przejmować się ochroną cywilów) i są to poglądy odrzucane w społeczeństwie izraelskim. Ale jego wypowiedzi znieważające Polskę, a wygłaszał je już wcześniej, nie spotkały się ze słyszalnym potępieniem. Co więcej – rabbi Awiner jest czołowym autorytetem religijnych syjonistów, którzy regularnie biorą udział w rządach izraelskich. To najpierw od ich przywódców, potem od innych przedstawicieli izraelskiego życia publicznego i judaizmu należałoby oczekiwać odcięcia się od jego poglądów.

Międzynarodowe and Repliki and Polityka 5 lutego 2009

W czasie jednego z ostatnich telewizyjnych wystąpień musiałem po raz kolejny w tym roku stwierdzić, że Prawica Rzeczypospolitej ani nie będzie brała udziału w międzynarodowej partii Libertas, ani tym bardziej nie widzi możliwości współpracy ze środowiskiem, w którym ważną rolę odgrywają politycy tacy, jak b. poseł Mateusz Piskorski. Na marginesie przypomniałem, że z powodu jego działalności międzynarodowej musiałem mu okresowo (jako marszałek Sejmu) wstrzymać paszport dyplomatyczny. Pan Piskorski zadaje mi kłam twierdząc, że zna lepiej moją pracę urzędową ode mnie i że paszportu mu nie wstrzymałem.  

Prawda jest inna. Poseł Piskorski zbulwersował polską opinię już na początku kadencji Sejmu wybranego w RP 2005 udziałem w brukselskiej konferencji Oś dla Pokoju, którą sam ogłosił „pierwszym krokiem ku przymierzu przeciw  hegemonii Stanów Zjednoczonych”, atakował politykę Rzeczypospolitej nazywając Polskę „koniem trojańskim USA w Unii Europejskiej” i „agentem Stanów Zjednoczonych w Europie Wschodniej”. Na to reagowałem werbalnie.  

Gdy pół roku potem opowiedział się podczas oficjalnej (a nie partyjnej) podróży zagranicznej za uznaniem separacji Naddniestrza od Mołdawii – zdecydowałem się na zmianę zasad wydawania paszportów dyplomatycznych w Sejmie. Nie wyrządziłem mu przy tym (wbrew jego sugestiom) żadnych przykrości osobistych. 

Dziś pan Piskorski opowiada się za uznaniem przez Europę separacji Południowej Osetii. Zapewne bym się tym nie zajmował, gdyby nie konieczność zaznaczenia jasnego stanowiska prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej wobec przedsięwzięcia, w którym pan Mateusz Piskorski – wg wszelkich dostępnych danych – odgrywa zasadniczą rolę.

Międzynarodowe 27 grudnia 2008

Jeden z przywódców europejskiej socjaldemokracji powiedział mi przed dwu laty, że „od Waszego [czyli Europy środkowej] wejścia do Unii, politykę jest prowadzić o wiele trudniej, sprawy już ustalone trzeba dyskutować na nowo”. Trzeba dyskutować nawet – jak widać – z takimi przywódcami jak Vaclav Klaus, który otwarcie przed swym wyborem mówił, że nie chce przyszłości, w której „małżeństwo będzie instytucją zagrożoną wymarciem, a na Ratuszu pojawiać się będą wyłącznie pary w celu rejestracji związków partnerskich, gdzie starych i chorych będziemy z litości pozbawiać życia”, ani „przyszłości, w której Republika Czeska nie ma bronić swoich interesów, a tylko biernie poddawać się woli urzędników z tej czy innej instytucji międzynarodowej”. Co więcej, wraz z zaczynającą się za parę dni czeską prezydencją w Unii – prezydent Klaus będzie mógł podobne rzeczy mówić i proponować (!) Europie. Nie ma sensu przeceniać półrocznej prezydencji, ale to jest szansa na jakiś krok ku rzeczywistej jedności. Choć na chwilę urzędowa Europa zobaczy kawałek rzeczywistej Europy, która jest – choć w marzeniach eurokratów powinno jej nie być.  

Na taśmach Klausa Cohn-Bendit niczym mnie nie zdziwił. Ale zaskoczył mnie bardzo Brian Crowley z irlandzkiej Partii Republikańskiej, jeden z przywódców Unii Europy Narodów w Brukseli. Jego twierdzenie, że spotkanie prezydenta Klausa z Declanem Ganleyem, przywódcą referendalnego „nie” dla traktatu lizbońskiego, obraża naród irlandzki, bo Ganley nie zasiada w Parlamencie – to rzeczywiście wprowadzenie standardu dyplomatycznego, którego do tej pory Europa nie znała. Wobec tego twierdzenia, wykluczającego z debaty europejskiej społeczeństwo cywilne, uwaga prezydenta Klausa, że to język, którego u nas nie słyszeliśmy od dziewiętnastu lat, traci zupełnie retoryczny charakter. Szkoda, bo Fianna Fáil to partia o pięknej tradycji, a Brian Crowley to sympatyczny człowiek. Szkoda, ale lepiej wiedzieć, jaką w Parlamencie Europejskim mamy prawicę.  

Więcej w bieżącym numerze „Gościa Niedzielnego”.

Międzynarodowe 5 listopada 2008

Miała być lawina, ale nie spadła.  Amerykańskie wybory pokazały tradycyjnie dwie Ameryki. Mimo zapowiedzi miażdżącego zwycięstwa Baracka Obamy – senator McCain wygrał w wielu konserwatywnych stanach, od Karoliny Południowej przez Teksas po Montanę. Okazało się, że sondaże, które Obamie dawały miesiąc przed wyborami nawet kilkunastoprocentową przewagę i prognozowały zwycięstwo we wszystkich stanach, bardziej „robiły” atmosferę niż rzeczywiste prognozy. Inna rzecz, że produkcja Obamanii się powiodła. Zaraziła nawet większość naszych korespondentów i to wcale nie poglądami prezydenta-elekta, ale klimatem jego kampanii. A Cezary Michalski, arbiter bezstronności, w „Dzienniku” obwieścił, że „Barack Obama jest obyczajowym konserwatystą”. Swego czasu Michalski odgrażał się, że z równą zaciekłością będzie tępił i obrońców zygot, i krzywdzicieli unerwionych płodów. I co? Barack Obama obyczajowym konserwatystą jest, bo bąknął coś w kampanii o rodzinie. A jego aborcyjna polityka w Senacie, popieranie  najbardziej makabrycznych pomysłów późnej aborcji przez częściowe urodzenie? Zastanawiam się czasem gdzie są granice liberalnej obłudy, ale zaczynam przypuszczać, że daleko poza horyzontem mojej wyobraźni.

Next Page »