Międzynarodowe


Międzynarodowe and Repliki 22 wrz 2010

Podczas ostatniej rozmowy w TVN-24 zwróciłem uwagę posłowi Andrzejowi Halickiemu, że obecny rząd nie potrafi nawet w sposób godny realizować swego planu poprawy stosunków z Rosją, bo można by to robić zupełnie inaczej. Przewodniczący Komisji Zagranicznej Sejmu mocno zaoponował, audycja potoczyła się dalej – ale po to jest blog, by od argumentów nie można było uciec.

Obecny rząd mógł bowiem pokazać zdolność dialogu z Rosją w sprawie separacji Kosowa, śp. prezydent Kaczyński wystąpił przeciwko niej, choć już post factum. Rząd natomiast najpierw popierał, a potem spieszył się z dyplomatycznym uznaniem – jak zawsze, wedle zaleceń ministra Nowaka – chcąc być Prymusem Europy. Zachód znalazł się w rosyjskiej pułapce: Rosją mogła krótko potem powiedzieć – akceptowaliście separację Kosowa, zaakceptujcie separację (czyli faktycznie aneksję) Południowej Osetii i Abchazji. Tymczasem to my mogliśmy łapać Rosję w dyplomatyczną pułapkę, broniąc określonego przez rezolucję ONZ autonomicznego statusu Kosowa pod suwerennością serbską i analogicznie popierając suwerenność Gruzji wobec zbuntowanych prowincji, co zresztą sama Gruzja potrafiła bardzo dobrze zrealizować w wypadku statusu Adżarii.

To samo odnosi się dziś do sprawy Krzyża przed Trybunałem Strasburskim, gdzie oprócz prawosławnych państw Unii Europejskiej (Rumunia, Bułgaria, Grecja) występują po stronie Włoch również prawosławne kraje Rady Europy spoza UE: Rosja, Ukraina, Armenia. Zapewne jest to element polityki „chrześcijańskiej konwergencji”, zapowiedzianej przez autorytety rosyjskiego prawosławia (w oczywisty sposób w porozumieniu z władzami) na początku tego roku. W jej ramach rosyjscy mnisi gościli u naszych biskupów. Cóż jednak stoi na przeszkodzie, by inicjatywę tę wykorzystać w sporze z zapateryzmem o duchowo-społeczną przyszłość Europy?

Rząd Tuska woli jednak „poprawiać” stosunki z Rosją kierując się nie imperatywami naszej racji stanu, ale potrzebami polityki rosyjskiej. W efekcie mamy naruszający wręcz naszą niezależność narodową kontrakt gazowy, regularny udział Polski w moskiewskich obchodach wojny Stalina, zatrzymanie Ahmeda Zakajewa, czy oddanie bez protestu prowadzenia śledztwa smoleńskiego w ręce Rosji. Najtrudniejsze nawet cele można realizować z pożytkiem dla naszych interesów, trzeba jednak chcieć prowadzić politykę. Niestety, mamy premiera, o którym jego herold, Janusz Palikot, napisał, że „jest pierwszym politykiem, który nie zadaje sobie pytania, co po nim zostanie. Bo czy coś musi pozostać?”.

Międzynarodowe and Polityka 2 wrz 2010

Dwa wydarzenia nie do przyjęcia w ciągu dwóch dni: bojkot wizyty Prezydenta przez najważniejszych posłów PiS w Parlamencie Europejskim oraz urządzone przez MSZ spotkanie polskich ambasadorów z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych. Moje stanowisko nie jest żadnym szukaniem via media, po prostu nie mogę zaakceptować ani jednego, ani drugiego. Oba te akty – rządu i opozycji – są bowiem wyrazem lekceważenia dla Państwa.

Nie zmienimy Prezydenta przez pięć lat i w interesie Polski jest by miał na zewnątrz mocną pozycję. Nie wykluczam w sytuacjach wyjątkowych powinności mocnej kontestacji, ale wtedy gdy zasadnicze prawa i interesy Państwa byłyby zagrożone. Kontestacja Prezydenta ze względu na „poglądy” czy „uczucia” to jedynie potwierdzenie, że radykalna centroprawica jest częścią tego samego liberalnego świata, za opozycję wobec którego chce uchodzić wśród części wyborców.

Jeszcze gorszą rzeczą jest urządzanie spotkania polskich ambasadorów z rosyjskim ministrem. Ambasadorowie nie są politykami, którzy mają wyrabiać sobie osobiste poglądy i prezentować je w debacie publicznej. Są reprezentantami Państwa Polskiego wobec innych państw. Czy mają w reprezentacji Rzeczypospolitej na zewnątrz traktować opinie rosyjskiego ministra jako składową polskiej racji stanu? I co w ogóle można na zewnątrz myśleć o państwie, które wbrew wszelkim regułom dyplomacji dokonuje aktów, w których pozorna kurtuazja zamienia się w serwilizm.

Pora na powrót do zasad elementarnych – szacunku dla Państwa, szacunku dla naszych interesów, szacunku dla samych siebie.

Międzynarodowe and Polityka 9 cze 2010

Adam Bielan od dwóch tygodni uparcie twierdzi, że są wybory i PiS nie chce niczym się ode mnie różnić. Powtarza – i nic z tego nie wynika. Szkoda.

Wczoraj Pani Zofia Romaszewska, kandydat partii Jarosława Kaczyńskiego na Rzecznika Praw Obywatelskich, poparła nadanie statusu prawnego związkom homoseksualnym. Pani Senator – kandydując na urząd rzecznika praw – najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że polityczny ruch homoseksualny jest zagrożeniem, a nie wyrazem praw człowieka. Przyjęcie paradygmatu, według którego homoseksualizm to zachowanie moralnie uprawnione i zasługujące na poparcie społeczeństwa – to otwarta droga do uprawomocnienia wszystkich innych rewindykacji, w tym promocji homoseksualizmu w szkołach, adopcji sierot, represji prawnych wobec moralnej dezaprobaty homoseksualizmu („homofobii”). A to – nie w teorii, ale w praktyce wielu państw – godzi w wolność rodziny, prawa dzieci, wolność słowa.

Rząd Donalda Tuska nie poparł – w przeciwieństwie do takich państw Unii Europejskiej jak Litwa, Rumunia, Bułgaria, Grecja – sprzeciwu Włoch wobec wyroku Trybunału Strasburskiego przeciw krzyżom w szkolnych salach. Partia Jarosława Kaczyńskiego milczy. Zgodnie z przewidywaniami budowa opinii chrześcijańskiej na forum Unii Europejskiej (a nawet solidarność państw „nowej Europy”) nie wchodzi w zakres „asertywnej polityki zagranicznej”.

Międzynarodowe and Polityka 30 kwi 2010

Nie widziałem filmu „Solidarni 2010”, ale wczoraj wieczorem obejrzałem znakomity program Janka Pospieszalskiego, po którym można zrozumieć sens telewizji jako medium mogącego poprzez obraz pokazać więcej niż jesteśmy w stanie przeczytać w tekście. Wczorajsze „Warto rozmawiać” zobrazowało bowiem całą nędzę polityki obecnego rządu, który nie ubiegając się o prowadzenie – po prostu zrezygnował z prowadzenia śledztwa w sprawie śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej wraz z głównymi dowódcami Wojska Polskiego i niemal setką innych osób. Ubieganie się o przeprowadzenie tego śledztwa Donald Tusk uznał za działanie w duchu zimnej wojny. Premier – o czym otwarcie powiedział – postanowił nie podejmować działań, które Rosja by źle odebrała. Nie wiadomo czego tu więcej: złej woli czy niekompetencji, niechęci do bronienia Polski czy nieumiejętności formułowania jej najprostszych interesów? Doktryna niebronienia Polski, niebronienia praw i interesów Rzeczypospolitej, osiągnęła dno, a raczej rozbija się na naszych oczach o smoleńską ziemię. 

W czasie wyborów europejskich partia Donalda Tuska za główny cel polskiej polityki w Unii Europejskiej uznała objęcie na dwa i pół roku stanowiska przewodniczącego Parlamentu Europejskiego przez profesora Jerzego Buzka. Pewnie więc profesor Buzek powinien doprowadzić teraz do międzynarodowego śledztwa i wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej.

Międzynarodowe 15 kwi 2010

Prezydent Rosji powiedział, że przywódcy sowieccy dopuścili się zbrodni na polskich oficerach w Katyniu, podobnie jak zbrodni na narodzie rosyjskim. To najważniejsza rosyjska oficjalna deklaracja historyczna od kilkunastu lat i krok w stronę desowietyzacji stosunków polsko-rosyjskich.

Historia and Międzynarodowe 8 kwi 2010

W interesie Polski i świata jest by Rosja identyfikowała się z duchowymi i politycznymi przeciwnikami komunizmu, z ofiarami poniesionymi w walce z komunizmem od czasów wojny domowej, a nie z władzą sowiecką. Od władz Rosji należy przede wszystkim oczekiwać jasnego potępienia komunizmu – a nie „moralnej reformy” komunistycznego dziedzictwa. Dziś jesteśmy jeszcze od tego daleko. Brak potępienia komunizmu jest znakiem neosowieckiego charakteru rosyjskiej polityki, a jej neosowiecki charakter zawsze będzie zarzewiem problemów dla sąsiadów i otoczenia międzynarodowego.  

Wczorajsze obchody stanowiły oczywiście krok w dobrą stronę i postęp w wypełnieniu obowiązków pamięci. Język współczucia zawsze jest odejściem od komunistycznej bezduszności. Ale była to empatia ograniczona. Putin potępił zbrodnię katyńską, ale nie najazd na Polskę i prześladowania, które dotknęły setek tysięcy Polaków. A mówiąc o rosyjskich ofiarach „stalinizmu” przywołał pomordowanych oficerów Monarchii, którzy wstąpili do Armii Czerwonej, ale nie poświęcenie setek tysięcy Rosjan, którzy zginęli w walce z komunizmem. Komunizm potrafi ubolewać nad losem swych niewinnych ofiar, nigdy nie wybaczy ani przeciwnikom, którzy z nim walczyli zbrojnie. 

Wymóg potępienia komunizmu nie oznacza zresztą zamrożenia bieżących stosunków, które należy rozwijać według kryteriów rzeczowych. Stanowi po prostu konieczne kryterium oceny historii, wymóg moralnego ładu życia międzynarodowego i obowiązek pamięci w polityce wobec Rosji i na forum europejskim.

Międzynarodowe 6 kwi 2010

Pięć lat temu domagaliśmy się (wspólnie z Lechem Kaczyńskim), by prezydent Aleksander Kwaśniewski zachował solidarność z krajami bałtyckimi, nie przyłączając się do obchodów zakończenia wojny Stalina w Moskwie. Chodziło o szacunek dla naszej pamięci i wzgląd najbardziej realny, o uniwersalizację problemów Polski, o myślenie o Polsce w kategoriach zrozumiałych i podzielanych przez te kraje w Europie, z którymi wiążą nas doświadczenie historii i wspólna perspektywa geopolityczna. Z kim bowiem mamy mieć wspólną pamięć o agresywnej polityce Związku Sowieckiego, jeśli nie z krajami przezeń napadniętymi w początkach drugiej wojny światowej: Litwą, Łotwą, Estonią, Finlandią, Rumunią? Z kim mamy zabiegać o wpływ naszej geopolityki na postawę zewnętrzną Unii Europejskiej, a także o potępienie komunizmu i włączenie naszego doświadczenia do świadomości historycznej Europy? Dziś potępienie komunizmu jest tym ważniejsze, że Rosja odmawia potępienia katyńskiego ludobójstwa wobec Trybunału Strasburskiego. Polscy posłowie powinni podnieść sprawę rocznicowego upamiętnienia ofiar Katynia na forum Parlamentu Europejskiego i Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Sprawę należy postawić w perspektywie uniwersalnej, jako jedną ze zbrodni popełnionych przez Związek Sowiecki, tak wobec narodów podbitych i zniewolonych, jak i wobec Rosjan – chrześcijan, przeciwników bolszewizmu, chłopów, przypadkowych ludzi.

Christianitas and Międzynarodowe and Polityka 1 kwi 2010

Zapraszam do obejrzenia mojego wywiadu dla TV Rzeczpospolitej (prowadzi Piotr Semka).

Międzynarodowe 25 lut 2010

Dziś (czyli we czwartek) na KUL, w klubie „Vade mecum”, będę uczestniczył (o 15.00) w debacie o „Następnych 100 latach” George’a Friedmana. Książkę tę można czytać ku pokrzepieniu serc (Polska będzie mocarstwem!), ale ja proponuję lekturę świadomą konwencji gatunku. Friedman to ani Sienkiewicz, ani Wernyhora, jego książka to nie wróżby, tylko ogólna prognoza, gdzie zapowiadane wydarzenia służą zilustrowaniu czynników, które będą rzutować na politykę nadchodzącego czasu. A właśnie na czynniki warto zwrócić uwagę. 

Najważniejsze założenie Friedmana to nieprzemijająca – a u nas tak lekceważona – rola państw narodowych i ich polityki. Choć będą istnieć nadal (i również powstawać) organizacje międzynarodowe, państwa narodowe będą ciągle prowadzić swoją politykę i to ona będzie decydująco wpływać zarówno na stosunki międzynarodowe, jak i na działanie międzynarodowych porozumień i zrzeszeń. Dla Polski nadal kluczowe pozostanie położenie na Nizinie Środkowoeuropejskiej, w przeciągu geopolitycznym między Niemcami a Rosją. I konieczność posiadania dźwigni geopolitycznej, podnoszącej znaczenie naszego kraju, zwiększającej nasze bezpieczeństwo wobec silniejszych sąsiadów. Jeśli Rosja będzie prowadzić politykę neosowiecką (a taka jest polityka Rosji Putina) – jedyną skuteczną dźwignią geopolityczną pozostaną dla Polski Stany Zjednoczone. 

Co nie znaczy, że możemy politykę polską scedować na amerykańskich sprzymierzeńców. Friedman pisze, że jeśli „Rosjanom uda się opanować państwa bałtyckie i zdobyć znaczących sojuszników na Bałkanach, takich jak Serbia, Bułgaria czy Grecja – albo kraje środkowoeuropejskie, takie jak Słowacja – rywalizacja pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją stanie się bardziej zajadła i groźna. Ostatecznie jednak nie będzie to miało większego znaczenia. (…) Polskie równiny północne staną się głównym rejonem konfrontacji, ale Rosjanie nie podejmą kroków militarnych” (ss. 139-140). Otóż to – rzeczy, na które Amerykanie patrzą z dystansem, dla nas mają znacznie najzupełniej egzystencjalne. W naszym przymierzu powinniśmy więc zawsze pozostawać partnerem samodzielnym, rozważnie decydującym o zakresie i polach zaangażowania. 

Drugi niedoceniany czynnik to demografia. Obok siły militarnej i rozwoju gospodarczego – jest dla przyszłości narodów najważniejsza. Awans geopolityczny Turcji, Meksyku, Brazylii, degradacja Niemiec i Rosji, wewnętrzne problemy Stanów Zjednoczonych – będą efektem rozwoju albo dekadencji demograficznej. Friedman nie pisze o znaczeniu demografii dla Polski. Tu, niestety, nie ma miejsca na prognozowanie samoczynnego postępu. O decydujący czynnik przyszłości – moralną i materialną jakość życia polskich rodzin – musimy sami zadbać.

Międzynarodowe 17 lut 2010

Antypolskie represje na Białorusi nie ustają. Dziś znowu zatrzymano Angelikę Borys. Przez długie lata zwolennicy tolerancji dla reżimu Łukaszenki twierdzili, że polityka krytyki jego rządów „nic nie dała”. Teraz widzimy owoce odprężenia. Zresztą nie od dziś, bo już rok temu Łukaszenka skwapliwie wykorzystał przychylne mu gesty Unii Europejskiej (z wizytą ministra Sikorskiego na czele), by wyciszyć protesty wobec totalnej kontroli kampanii wyborczej i wyborów, które po raz kolejny potwierdziły jego monopol władzy. Pisałem o tym w „Niedzieli” dokładnie rok temu. 

Dobrze, że w sprawie antypolskich prześladowań reakcje zapowiadają Parlament Europejski i eurominister spraw zagranicznych. Polska musi pilnować, żeby były to realne działania – dotkliwe dla władzy Łukaszenki, a nie dla kontaktów społeczeństwa białoruskiego z Zachodem. Jak zawsze polityka naprawdę oznacza pilnowanie by wszystko nie skończyło się na polityce pozorów i werbalnej pianie. Obrona Polaków na Białorusi to test solidarności dla Unii Europejskiej. Bruksela zdawać będzie egzamin ze zwiększenia unijnych kompetencji w zakresie polityki zewnętrznej. Polska musi odważnie stawiać wymagania i – uczciwą ocenę.

Historia and Międzynarodowe and Polityka 23 sty 2010

Wyniesienie do godności Bohatera Ukrainy Stepana Bandery to najzupełniej suwerenny akt Wiktora Juszczenko. To jego testament prezydencki przed odejściem z urzędu.

Stepan Bandera był niewątpliwie odważnym człowiekiem i poświadczył to życiem. Większą część wojny spędził w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, ale w tym czasie założona przez niego Służba Bezpieczeństwa OUN, a potem założona przez jego zwolenników Ukraińska Armia Powstańcza przeprowadziły ludobójstwo polskiej ludności na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. To nie było bardziej od innych krwawe ogniwo w łańcuchu przemocy, ale realizacja założeń teoretycznych OUN. Biuletyn Krajowej Egzekutywy OUN już kilka lat przed wojną głosił, że „nacjonalizm ukraiński nie liczy się z żadnymi ogólnoludzkimi przepisami solidarności, sprawiedliwości, miłosierdzia, humanitaryzmu” i że „każda droga, która prowadzi do najwyższego celu, jest naszą drogą, bez względu na to, czy u innych nazywać się będzie bohaterstwem czy podłością”.

Nie oczekuję od Ukraińców, że na polsko-ukraińską historię będą patrzyli z naszej perspektywy. Oczekuję, że na naszą historię będziemy potrafili razem patrzeć krytycznie i po chrześcijańsku. Przeciwnikami Polski byli i hetman Skoropadski, i twórca ukraińskiego konserwatyzmu Wacław Lipiński, i również (w planie politycznym) Sługa Boży metropolita Szeptycki. Ale to nie ich wybiera na patronów nowej Ukrainy Wiktor Juszczenko, w swym suwerennym akcie prezydenta nie podlegającego już wyborom.

Prezydent Lech Kaczyński wiedząc o renesansie ideologii banderowskiej na Ukrainie tym bardziej powinien był domagać się jasnego potępienia ludobójstwa popełnionego na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Zdecydował się od tego odstąpić, uwzględniając w swej polityce ukraińskiej wrażliwość banderowską. I dziś w osobie Stepana Bandery uhonorowana jest nie tylko słuszna walka nacjonalistów ukraińskich ze Związkiem Sowieckim, ale również niepotępione i nierozliczone moralnie masowe zbrodnie.

Historia and Międzynarodowe and Polityka 11 lis 2009

Patriotyzm kojarzy się nam dziś głównie kultywowaniem pamięci i obchodzeniem rocznic. Rzucone przez Wojciecha Wasiutyńskiego hasło „być sobą” (od którego zaczynają się „Źródła niepodległości”) to na pewno podstawa patriotyzmu. Podstawa – ale tylko podstawa. Patriotyzm coraz rzadziej kojarzy się nam z państwem, mimo, że niepodległe państwo jest największym darem Boga dla naszego pokolenia. Państwo Polskie zawsze będzie potrzebne Polakom do zachowania i rozwoju naszego życia narodowego, potrzebne będzie Europie dla zachowania naszej cywilizacji, potrzebne będzie Europie środkowej jako zwornik geopolitycznego bezpieczeństwa. Nie ma – i nigdy nie było – sprzeczności między państwami narodowymi a współpracą międzynarodową. O tym znaczeniu państwa przypomniał ostatnio Ojciec Święty w „Caritas in veritate”, szczególnie w art.art. 24 i 41. Papież pisze tam, że w naszej epoce państwo musi stawić czoło wyzwaniom, jakie niesie finansowo-gospodarcza globalizacja. „Ten nowy kontekst zmodyfikował polityczną władzę państw [więc] należałoby sobie życzyć, aby bardziej wzrastała uwaga i uczestnictwo w res publica ze strony obywateli.”  Współczesność nie eliminuje „roli państw, a raczej angażuje rządy do głębszej wzajemnej współpracy. (…) W odniesieniu do rozwiązania obecnego kryzysu, rola państwa wydaje się wzrastać, odzyskując wiele ze swych kompetencji. Istnieją ponadto narody, w których budowanie lub odbudowywanie państwa jest nadal kluczowym elementem ich rozwoju.”  Nie wiem czy dostatecznie usłyszeliśmy tę naukę. Bo dla Polski – jak dla innych narodów uwolnionych z komunizmu – państwo jest najzupełniej „kluczowym elementem rozwoju”. Jan Paweł II mówił, że bez Polski niepodległej nie ma sprawiedliwej Europy. Dziś słowa te odbijają się echem – bez szacunku dla interesów niepodległej Polski nie istnieje żadna solidarność europejska.

Międzynarodowe 9 lis 2009

Od rana media żyją rocznicą upadku muru berlińskiego. Wszyscy bez namysłu powtarzają niemiecką tezę o murze jako symbolu zniewolenia połowy Europy. Tymczasem mur berliński jest przede wszystkim symbolem nieszczęść, które Niemcy w XX wieku ściągnęły na siebie oraz moralnego muru, którym same w pierwszej połowie XX wieku od Europy się oddzieliły. 

Gdy cały świat patrzył z przerażeniem na rewolucję bolszewicką, której makabrycznym streszczeniem było wymordowanie Domu Romanowych łącznie z chorymi dziećmi – niemiecka prawica i lewica rozważała pożytki pojawienia się na wschodzie nowej siły, rzucającej moralne i polityczne wyzwanie cywilizowanemu światu. Podstawą polityki zagranicznej Republiki Weimarskiej był prosowiecki consensus jednoczący wszystkie ugrupowania polityczne. Zaproszenie Stalina do środka Europy nie było specyficznie nazistowskim elementem tyranii Hitlera, ale realizacją oczekiwań niemieckiej opinii publicznej. Następstwa tego trwają nadal – mimo, że dla Niemiec skończyły się najwcześniej. Do dziś ponosimy polityczne i gospodarcze skutki półwiecza niewoli, a przedsięwzięcia takie, jak gazociąg bałtycki – są oczywistym zaprzeczeniem niemieckiej odpowiedzialności za zło wyrządzone Polsce i innym narodom. 

Nie myśmy budowali niemiecki mur i bardzo bym chciał, żeby w końcu upadł. Dlatego (mam wrażenie, że zaskoczyło to moich niemieckich rozmówców) z entuzjazmem poparłem ideę zaproszenia Ojca Świętego do wygłoszenia przemówienia do uczestników 50-lecia obchodów integracji europejskiej w Berlinie. Niemcy potrzebują odnaleźć rzeczywiste duchowe i moralne motywy solidarności europejskiej – chrześcijaństwo i szacunek dla praw narodów. Szkoda, że niemal nikt im tego nie próbuje uświadomić.

Międzynarodowe and Traktat Reformujący 6 lis 2009

Po czeskim podpisie traktat lizboński wejdzie w życie 1 grudnia. Ale już zaczyna działać. Nadchodzące wybory prezydenta i ministra spraw zagranicznych Unii (porzucone nazewnictwo Konstytucji dla Europy jest nadal potocznie używane) wzmacniają mechanizm większościowy, czyli konformizującą presję państw silniejszych. Nowy mechanizm ważnienia głosów sprawia przede wszystkim, że do podjęcia decyzji unijnych potrzeba będzie znacznie mniej państw, wystarczy piętnaście. Choć jeszcze nie działa bezpośrednio, działa – jak to celnie określił kiedyś Marian Piłka – jako trend polityczny, analogicznie do giełdy. Nikt nie szacuje siły państwa ze względu na jego chwilową, mijającą pozycję, ale na nadchodzącą trwałą perspektywę. Perspektywa degradacji Polski, Europy środkowej i mniejszych państw nie jest „spodziewana”, jest przez nas przyjęta i najzupełniej pewna. 

Akceptacja gazociągu bałtyckiego przez Szwecję i Finlandię to pierwszy efekt mechanizmu Unii Lizbońskiej. Oba kraje do tej pory były przeciwne rosyjsko-niemieckiemu projektowi. Teraz Carl Bildt – w obliczu nadchodzących wyborów stałych władz Unii – zaczyna dostosowywać się do podyktowanego przez Niemcy, prorosyjskiego „consensusu” dominujących państw Unii. 

A co zrobi premier Tusk? Powinien ogłosić sukces. A mózg jego władzy, b.minister Sławomir Nowak, powinien zaproponować, żeby Polska jak najszybciej poparła gazociąg bałtycki. I ogłosić, że wszyscy przeciwnicy Nord Streamu to wrogowie Europy, praw człowieka i zimowego ogrzewania mieszkań.

Międzynarodowe and Polityka 15 wrz 2009

Są rzeczy ważniejsze o dywagacji na temat dialektyki groźnych min i uśmiechów premiera Tuska, arabskiej kultury negocjacji i pożytków z przymusowej sprzedaży polskich stoczni. Przede wszystkim przypomnieć trzeba, że za obecną sytuację naszych stoczni odpowiedzialność ponosi cały układ PO-PiS, rząd i opozycja. Władze publiczne powinny uratować stocznie poprzez pomoc publiczną, której udzieliły, i której powinny bronić – czego już nie zrobiły. Nie dotować, ale uratować – przywracając stoczniom, poprzez jednorazową pomoc, zdolność konkurencyjną. Zakaz pomocy publicznej ze strony Komisji Europejskiej był jawną niesprawiedliwością wobec Polski, a przeciwdziałanie takim sytuacjom jest jasnym przykładem zadań polskiej polityki europejskiej. Polska powinna nie tylko dla siebie, ale dla całej Europy środkowej, zażądać tych samych unijnych praw pomocy publicznej, z których korzystają Niemcy wschodnie. Uzyskanie przez Niemcy w traktacie z Maastricht szczególnych uprawnień w tej dziedzinie – w imię prawa do odbudowy gospodarki po zniszczeniach komunizmu – to modelowy przykład polityki historycznej. Bo ta nie polega na pokazywaniu się z celebrytami światowej polityki na uroczystościach. Niemcy pokazali jak z historii wyprowadza się – prawne, moralne, polityczne – tytuły dla polityki dnia dzisiejszego. 

O to, żeby polski Sejm zgodnie wystąpił z deklaracją domagającą się by niemieckie przywileje były traktowane jako standard przysługujący wszystkim krajom wyzwolonym z komunizmu, w ubiegłym roku apelowałem imiennie do marszałka Sejmu i wszystkich wicemarszałków. Ale apelowanie do polityków państwa PO-PiS o odpowiedzialność, a szczególnie wspólną, to rzucanie grochem o ścianę. Albo gra w squasha, bo to chyba lepiej zrozumieją.

Historia and Międzynarodowe 14 wrz 2009

W sobotę Zarząd Prawicy Rzeczypospolitej wydał naszą Deklarację „w związku z siedemdziesięcioleciem najazdu niemiecko-sowieckiego na Polskę”. Nie piszemy tam o gorszącej niezdolności Sejmu do wydania oświadczenia na 17 września, ani o milczeniu wszystkich władz publicznych w rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow 23 sierpnia. Apelujemy by cykl rocznic wojennych stał się jednak momentem „zgodnego przypomnienia przez całą polską opinię publiczną prawdy historycznej i wynikających z niej politycznych wniosków dla przyszłości Europy”. Najważniejsze bowiem są wnioski. 

Przypominamy więc, że „rozbiór Polski dokonany przez Niemcy i Związek Sowiecki był następstwem niepogodzenia się przez Niemcy i Związek Sowiecki z przekreśleniem przez traktat wersalski zbrodni rozbiorów Polski. Ani Niemcy, ani ZSSR nie zaakceptowały niepodległości Polski w granicach ukształtowanych po pierwszej wojnie światowej. Ze strony obu tych dwóch państw nasz kraj stał się w dwudziestoleciu międzywojennym obiektem nieprzerwanej agresji propagandowej, przedstawiającej Polskę jako siedlisko nietolerancji i zarzewie konfliktów w Europie. Prawdziwym powodem tej politycznej agresji była rola geopolityczna Rzeczypospolitej jako przeszkody dla dominacji mocarstw w Europie środkowej, i tym samym gwaranta wolności jej narodów”. 

I wzywamy władze publiczne by przedstawiły przy tej okazji deklarację stwierdzającą, że Polska ma prawo, by polityka współpracy Niemiec i Rosji (o której mówią dziś szefowie rządów obu państw) nigdy nie była realizowana w sposób, który Polska odbiera jako zagrożenie dla swego bezpieczeństwa i dla swych podstawowych interesów. Władze Rzeczypospolitej powinny oświadczyć, że Polska będzie stale zabiegać o poparcie tego stanowiska na forum polityki europejskiej.

Historia and Międzynarodowe 3 wrz 2009

Istnieją dwa zasadnicze sposoby mówienia przez nas o drugiej wojnie światowej. Te dwie narracje wyznaczały też dwa możliwe modele obchodów 70-lecia drugiej wojny światowej. Pierwszy – to podkreślenie naszego wkładu w zwycięstwo wolnego świata. Polska zatrzymała ekspansję Hitlera, odrzucając udział w jego polityce. Tym samym uniemożliwiła mu opanowanie kontynentu europejskiego i to jest nasz wkład: napierw w wolność połowy kontynentu po wojnie i w wolność Europy dzisiaj. W tym modelu powinniśmy byli zabiegać o wystąpienia naszych wojennych sprzymierzeńców. Częściowo jedynie na Westerplatte spełniło to przemówienie François Fillona, choć zabrakło w nim zadośćuczynienia za niewykonane przez Francję zobowiązania sojusznicze, gwarantowane przez konwencję wojskową. Nie wiadomo jednak czy nasza dyplomacja zabiegała o wystąpienia brytyjskie i amerykańskie. 

Drugi wymiar pamięci jest ważniejszy, choć mniej przez nas uświadamiany. To pamięć środkowoeuropejska, krajów w LP 1939-40 napadniętych przez Niemcy i Związek Sowiecki, a w LP 1944-45 pozostawionych temu agresorowi, który wygrywał wojnę. To zresztą prawdziwy (można powiedzieć mackiewiczowski) wymiar pojednania: narodów środowej Europy, które w czasie wojny znalazły się po stronie Niemiec i tych, które były po stronie Rosji. W istocie byliśmy przecież uczestnikami tego samego dramatu. W tym planie, wspólnego doświadczenia, cenne byłyby wystąpienia przedstawicieli państw bałtyckich, Finlandii, Rumunii. Ten wymiar podkreślałby prawo do wolności narodów Europy środkowej i ich prawo do realnego, politycznego zadośćuczynienia za pół wieku niewoli, a przede wszystkim jasne potępienie obu totalitaryzmów. 

Obchody zrealizowały model trzeci, tak naprawdę pozbawiony wymiaru uniwersalnego, choć mocno osadzony w poprawności politycznej. Model „pojednania”, w którym własna pamięć narodowa traktowana jest jako zarzewie konfliktów. Tak bowiem obóz władzy PO, a także wielka część mediów, mówi dziś o stosunkach polsko-rosyjskich i polsko-niemieckich, w którym nasz kraj nie zgłasza żadnych roszczeń, broni po prostu swej godności, swego miejsca w Europie i podstaw swojej niepodległości.

Międzynarodowe 31 sie 2009

Artykuł opublikowany dziś w „Gazecie Wyborczej” jest bardzo ciekawy, zasługuje na uwagę i odpowiedź. W istocie można go sprowadzić do czterech tez: dwóch na temat historii Europy, jednej na temat przyszłości Europy i jednej na temat stosunku Polaków do własnej historii.   

Po pierwsze – Władimir Putin wpisuje się w starą tezę międzywojennych rewizjonistów o wojnie wywołanej przez traktat wersalski, który „upokorzył Niemcy”. Sama ta teza stanowi zamaszysty ukłon w stronę Berlina. Po drugie – Putin pisząc o Związku Sowieckim traktuje go cały czas jako normalne państwo, takie jak przedwojenne zachodnie demokracje. To bardzo mocne, choć dyskretne, rozgrzeszenie historyczne komunizmu, który dziś zasługuje na potępienie, ale go nie wymaga – jako przebrzmiałe dzieło swojej  epoki. Tak właśnie premier Rosji opisuje pakt Ribbentrop-Mołotow. Po trzecie – Putin proponuje nam w istocie reorientację geopolityczną i szukanie dla siebie miejsca w Europie zorganizowanej przez Rosję i Niemcy. Jeśli zaakceptujemy ten nowy motor europejskiej polityki – możemy liczyć na materialne korzyści. Wreszcie po czwarte – Putin potępia Katyń, ale warunkowo – o ile choć milcząco przyjmiemy zarzut zbrodni na jeńcach bolszewickich w ’20 roku.  

Ten ciekawy manifest polityczny nie powinien być przedmiotem ani naiwnej fascynacji, ani jałowego oburzenia. Jest ciekawym sformułowaniem rosyjskiej racji stanu. Zasługuje na odpowiedź w podobnej konwencji, w jakiej został napisany: na temat historii Europy w pierwszej połowie XX wieku, na temat Europy XXI wieku i warunków normalizacji naszych stosunków. I oczywiście nie można nie reagować na historyczne pomówienia. Bo jeśli będziemy milczeć – test naszej słabości wypadnie pozytywnie; pozytywnie dla strony, która testuje naszą słabość.

Międzynarodowe 25 sie 2009

Pierwowzorem gmachu Sejmu Rzeczypospolitej jest znacznie mniejszy, ale jeszcze ładniejszy, gmach Sejmu Śląskiego. Sejm ten był główną instytucją autonomii województwa śląskiego w Drugiej Rzeczypospolitej. Dobrze, że przypomnieli o tym w swoim (poza tym skandalicznym) oświadczeniu przywódcy Związku Narodowości Śląskiej. Autonomia śląska jest bowiem jasnym symbolem społecznego współżycia Polaków i Niemców w wolnej Polsce. Nie było bezkonfliktowe, ale Niemiec w Drugiej Rzeczypospolitej miał więcej wolności niż w Trzeciej Rzeszy. Nie myśmy odrzucali wspólne życie w jednym państwie, to dla Niemców freiheit, o której tak patetycznie mówiła pani Steinbach na Dniu Stron Ojczystych, oznaczała odrzucenie życia w jednym państwie z Polakami i Czechami. Nazywanie powojennych przesiedleń zarządzonych przez umowy poczdamskie „wypędzeniami” to po prostu insynuowanie (jak otwarcie zrobiła to pani Steinbach), że to Polacy i Czesi nie chcieli z Niemcami żyć w jednym państwie. Tę możliwość Niemcy odrzucili, a nasz kraj – po zbrodniach najazdów, zaborów i ludobójstwa – miał prawo do bezpiecznych granic; a dziś ma prawo do szacunku dla swoich granic i swojej historii. 

Niemieckim znajomym zawsze mówiłem z przyjaźnią: im mniej w sprawie przesiedleń będzie z Waszej strony pretensji i oskarżeń, tym więcej z naszej strony będzie wyrazów empatii wobec oczywistych cierpień wielu przypadkowych ludzi. Ale to nie Polska jest winna tragedii, której ostatnim akordem było przesiedlenie. Winni są ich ziomkowie ze Stron Ojczystych, którzy masowo głosowali na hitlerowców, a wcześniej kwestionowali prawo Polski do życia w granicach nawet skromniejszych niż te sprzed zbrodni rozbiorów.

Międzynarodowe 24 sie 2009

Prawda nierzadko zaskakuje. Nic dziwnego – świat stworzony jest większy od naszej wyobraźni, a i ludzie potrafią robić rzeczy niewyobrażalne. Pan Jerzy Stawicki pyta jakie to „ataki hitlerowskiej propagandy powtórzyła” Erika Steinbach w swoim przemówieniu? Pytanie zasługuje na odpowiedź, dociekliwość i (rzadka w internecie) nie-anonimowość zasługują na szacunek.  

Propaganda goebbelsowska przedstawiała przedwojenną polsko-niemiecką granicę jako granicę „krwawiącą”. Pani Steinbach zarzuciła Drugiej Rzeczypospolitej ni mniej, nie więcej – tylko „wypędzenie” miliona Niemców ze swych granic. To właśnie takie antypolskie kłamstwa były wstępem (czyli pierwszą częścią) niemieckiej agresji na Polskę. Jeśli chodzi o Czechosłowację – pani Steinbach zasugerowała, że źródłem niemieckiego narodowego socjalizmu (a jednocześnie „wypędzeń”) są poglądy czeskiej Wiosny Ludów z 1848 roku.   

Tego typu tezy to jednak więcej niż propaganda hitlerowska. Dziś bowiem żyjemy po Hitlerze. Tezy pani Steinbach (choć wyglądają jak skwarki w poprawnym politycznie sosie), to po prostu usprawiedliwianie wojny i zaborów Hitlera. Okazuje się bowiem, że ruch Henleina w Sudetach był ostatnią rozpaczliwą próbą uniknięcia przygotowywanego od stu lat „wypędzenia”. A najazd na Polskę był tylko wojną – w klasycznym sensie tego słowa – odwetową, naprawiającą wcześniej popełnioną niesprawiedliwość. Tezy pani Steinbach – wygłaszane siedemdziesiąt lat po drugiej wojnie światowej – to czynienie z ofiar wojny jej faktycznych sprawców.  

Pan Stawicki jednak nie tylko mnie pytał, ale i oceniał. To z kolei zakłada, że wiedział o czym pisze i znał przemówienie Eryki Steinbach. Jeśli tak – to go głęboko nie rozumiem. Reakcja na agresję pani Steinbach to kwestia zwykłej narodowej godności. Jeśli jednak jej przemówienia nie znał, to zachęcam by w mniejszym stopniu kierował się uprzedzeniami, a jeśli nawet się im poddaje – żeby nie obrażał ludzi.

« Poprzednia stronaNastępna strona »