Polityka


Polityka 13 marca 2010

Jarosław Kaczyński życzy sobie koalicji nie z SLD, ale „z jakąś częścią PO”. Jeśli tak – to stracił okazję, jaką była afera hazardowa. Od początku mówiłem wtedy, że państwowo nastawiona opozycja powinna była (1) zażądać dymisji premiera Tuska, (2) zadeklarować gotowość utworzenia rządu z wiarygodnym moralnie premierem z partii rządzącej – o ile tylko (3) czterdziestu jej parlamentarzystów zdecyduje się na wysunięcie takiego premiera (typu Gowin, Biernacki, czy nawet Rokita). Z PiS i PSL wystarczyłoby to na konstruktywne wotum nieufności.  Zachętą dla „jakiejś części PO” byłoby stanowisko premiera, gwarancją wpływu PiS – dominująca pozycja w nowej koalicji. Wtedy była realna szansa na wydzielenie z PO „jakiejś części”, ale PiS nic nie zrobił by ją zrealizować. Dlaczego? Bo (1) priorytet miało urządzenie widowiska komisji śledczej, (2) wiarygodnie moralny nowy premier niósłby groźbę dekonstrukcji ideologii „jedynej nadziej” i „wszystkich przeciwko nam”. Partia uprawiająca tego rodzaju propagandę nie jest w stanie zrealizować swojego programu, bo nie jest w stanie znaleźć dla jego realizacji strategicznych sprzymierzeńców. Może natomiast – w imię konieczności walki ze „wszystkimi przeciwko nam” – zawierać kolejne, podyktowane taktycznymi względami doraźne „deale” w ramach ogólnej wspólnoty cynizmu. Co więc w końcu będzie – POPiS czy PiSolew? Orzeł czy reszka?

Polityka 10 marca 2010

Poseł Adam Hofman z PiS, autor koncepcji koalicji PiS-SLD, wrócił dziś, w rozmowie z Michałem Karnowskim, do swej przedstawionej na poznańskim Kongresie idei. Poseł Hofman twierdzi, że SLD nie jest partią postkomunistyczną. Czyżby nie zauważył, że to właśnie SLD wystąpiło do Trybunału Konstytucyjnego przeciw ustawie o ograniczeniu przywilejów emerytalnych z tytułu działalności w UB-SB, a więc – tym samym – o uznanie działalności w UB-SB za zasługę publiczną, za pracę dla Polski? Jeśli to nie jest postkomunizm – to co nim jest? 

Jarosław Kaczyński i Adam Hofman twierdzą obaj, że idea koalicji PiS-SLD to autorski pomysł posła Hofmana. Skoro tak łatwo na kongresie partii Jarosława Kaczyńskiego prezentować pomysły autorskie i osobiste poglądy – to dlaczego nikt „autorsko” nie skrytykował współpracy PiS-SLD na terenie mediów publicznych? Można być za SLD – a nie można być przeciw? Zdziwiła mnie również inna rzecz. Choć Adam Hofman nie wahał się zaprezentować tak radykalnego pomysłu, aż dziw bierze, że nikt nie wyraził opinii o wiele bardziej umiarkowanej – żalu z powodu niepodjęcia propozycji dialogu politycznego z Prawicą Rzeczypospolitej, którą przedstawiłem trzy miesiące temu. Widocznie głos zabierają tylko najodważniejsi – i z najodważniejszymi pomysłami.

Polityka 9 marca 2010

W ubiegłym tygodniu zrobiłem dużą trasę po kraju: Płock-Paradyż (w Lubuskiem)-Opalenica-Sandomierz-Rzeszów i z powrotem na Mazowsze. Stąd milczenie (które mi słusznie wyrzuca sympatyk). Zakończeniem trasy było powołanie w Warszawie Samorządowej Wspólnoty Prawicy, porozumienia środowisk społecznych z udziałem Prawicy Rzeczypospolitej dla wyborów wojewódzkich w całym kraju oraz dla wsparcia wyborów do powiatów, miast i gmin tam, gdzie miejscowe środowiska będą chciały z tego skorzystać. A im bliżej wyborów, tym zachłanniej partyjna oligarchia patrzy na samorządy. Ostatnio miały tu miejsce trzy znamienne wydarzenia. Odwołanie ze stanowiska prezydenta Częstochowy Tadeusza Wrony (przez zgodną koalicję PO-PiS-SLD), odwołanie ze stanowiska prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego (przez PO-SLD) i odwołanie Macieja Eckardta ze stanowiska wicemarszałka województwa Pomorsko-Kujawskiego. Wicemarszałka Eckardta odwołano po prostu za to, że sceptycznie wypowiedział się (jako publicysta i obywatel) o polityce i szansach wyborczych prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Trzech niezależnych samorządowców usunięto, bo w swoich środowiskach stanowili alternatywę dla partii establishmentu. 

Jeżdżąc po kraju często spotykam wśród wójtów obawy, że ich zbytnia samodzielność polityczna może odbić się niekorzystnie na relacjach z – formalnie samorządowymi, faktycznie partyjnymi – władzami województw. Powszechna jest obawa, że władze wojewódzkie w polityce inwestycyjnej zamiast zasadami zrównoważonego rozwoju regionów – kierują się preferencjami politycznymi. Zasadniczym celem Wspólnoty musi więc być samorząd organizujący oddolny wysiłek społeczny, a nie używany przez partyjne centrale jako narzędzie kontroli społecznej.

Polityka 27 lutego 2010

W potocznym języku naszej zdegradowanej polityki występuje często pojęcie „przykrywania” faktów, czyli odwracania uwagi opinii publicznej od rzeczy istotnych. W pewnym sensie taką „przykrywką” jest samo państwo POPiS, odwracające swymi namiętnymi awanturami uwagę Polaków od praw rodziny i wyzwania demograficznego, od strategicznych rozstrzygnięć ekonomicznych – zachowania lub porzucenia własnej waluty narodowej, od aktywnej polityki i budowy opinii chrześcijańskiej w Europie, od najpoważniejszego wyboru ustrojowego – między cywilizacją życia a kontrkulturą śmierci. 

Samo państwo POPiS też ma swoje przykrywki. Przykrywki usprawiedliwiające koncentrację uwagi mediów na „polityce” POPiS-owych awantur i właśnie na przykrywkach. Taką rolę spełniała już sezonowa partia prof. Rosattiego, później Libertas, niedawno Stronnictwo Demokratyczne. Media czuły się zdyspensowane od informowania o kampanii Prawicy Rzeczypospolitej, bo kibicowały wizytom Lecha Wałęsy na kongresach Libertasa albo sprzedaży kamienic Pawła Piskorskiego. 

Przykrywki od małych partii różnią się tym, że szybko mogą stać się ogromne, na skalę PO i PiS. Właśnie dlatego zajmują się nimi media. A gdy kończy się ich wirtualna potęga – rozwiewają się jak zasłona dymna. Znikają, odegrawszy swoją rolą – hamując rozwój działań realnych. Na tym przede wszystkim polega kompletna nieodpowiedzialność ludzi, którzy pomagają je montować.

Prawa człowieka and Trybunał Konstytucyjny and Polityka 23 lutego 2010

Jutro Trybunał Konstytucyjny ma dokonać ostatecznej oceny zmniejszenia ubeckich przywilejów emerytalnych. Na pierwszym posiedzeniu Trybunał nie był w stanie podjąć w tej sprawie żadnej decyzji, ponieważ połowa sędziów uznawała, że pieniądze pobierane za działalność w bandach UB-SB to prawa słusznie nabyte. Ustawa zmniejszająca te przywileje idzie i tak znacznie bliżej, niż założenia projektowanej przeze mnie (jeszcze gdy byłem wiceprezesem PiS) ustawy antyubeckiej. Zakładała nałożenie na wszystkich, którzy działali w UB-SB, obowiązku złożenia pełnego zeznania Prokuraturze IPN na temat całej posiadanej wiedzy na temat działalności aparatu bezpieczeństwa PRL (łącznie z ujawnieniem własnej agentury), pod rygorami odpowiedzialności karnej. Zakładała także uznanie działalności UB-SB za skierowaną przeciw niepodległości Polski i zniesienie jakichkolwiek uzurpowanych na tej podstawie „praw”. 

Jutro od sędziów Trybunału Konstytucyjnego dowiemy się nie tylko co będzie z przywilejami ubeckimi, ale czym w świetle Konstytucji z RP 1997 był PRL w swych najbardziej antypolskich funkcjach. Poprzednie posiedzenie jasno pokazało jak niejasne jest stanowisko Konstytucji w tej kwestii. Teraz więc Trybunał Konstytucyjny nie tylko osądzi przywileje ubeckie, zweryfikuje również doktrynę państwową zawartą w obecnej ustawie zasadniczej.

Polityka 15 lutego 2010

W kampanii, którą podejmuję, zmierzyć się muszę z NPL – Narodową Ligą Polityków. Zbieżność nazwy z NBA, NFL i NHL jest nieprzypadkowa. Tak jak w Stanach sport, tak u nas politykę zdominowały komercyjne przedsiębiorstwa, grające (niestety u nas nie piłką, ale interesem publicznym) w ligach zbudowanych nie przez otwartą konkurencję, ale przez kooptację. W wyborach istnieje jeszcze (mocno wykrzywiona dystrybucją pieniędzy państwowych) konkurencja. Ale pole debaty publicznej określa kooptacja. Dla większej części mediów realne jest to o czym mówią politycy – a politycy mówią nawzajem o sobie. Dlatego jeżeli Prezydent i premier przed europejskim szczytem międzyrządowym zgodnie milczą na temat równości dopłat bezpośrednich dla rolników w Europie – problem w oficjalnej debacie publicznej przestaje istnieć. Podobnie jak kwestia nominacji kandydackich do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, czy związana z nim (a bardziej ogólna) kwestia polskiej polityki praw człowieka w Europie. Pojawiają się za to kwestie znacznie poważniejsze – haki, pauzy w komisjach śledczych, występy posła Palikota. 

Co można w tej sytuacji zrobić? Przypomnieć sobie nauki Świętego Tomasza i Churchilla: nawet jeśli zabrakłoby nam instytucji i prawdziwych (łączących zasługi i kompetencje, doświadczenie i poświęcenie) elit – jest jeszcze nasz głos, zagłuszany i przemilczany, ale który wypowiemy w wyborach. Państwowe pieniądze NPL to tylko proteza tego, czym my dysponujemy: oparcia w realnej więzi społecznej, pracy i poświęcenia ludzi, zasad wyrastających z naszej kultury i rzeczywistości. Dlatego działamy, dlatego startuję i dlatego walczymy o sukces.

Polityka 13 lutego 2010

Dziś ogłosiłem decyzję o starcie w wyborach prezydenckich. Zgłosiłem swoją kandydaturę, bo mam obowiązek reprezentować ludzi, którzy mi ufają, którzy chcą, żebym kandydował, bo podzielają zasady, w które wierzę. Poparcie społeczne to zobowiązanie. Podobnie jak doświadczenie i przebyta droga polityczna. Nie zgadzam się ze skazywaniem Polaków na rolę kibiców rozgrywek państwa PO-PiS. Wierzę w zasady cywilizacji chrześcijańskiej i w wartość Państwa Polskiego. Wierzę – to znaczy jestem przekonany o ich aktualności i przyszłości. I wiem, że nie są „wartościami” do poprawiania naszego nastroju, ale rzeczywistościami, które potrzebują dobrej polityki i rozwoju, za który odpowiadamy. 

Nie zgadzam się na politykę ignorującą prawa rodziny, co najwyżej robiącej parę gestów do „elektoratu o prorodzinnej wrażliwości”. Polacy bywają wyborcami, ale życie narodowe to przede wszystkim rodziny, kultura, ład moralny, gospodarka, siła państwa. Polityka ma je wspierać i chronić, a nie traktować w najlepszym razie jako „tematy”. 

I wierzę w Polskę. W czasach, gdy na około wszyscy mówią, że mamy się zmieniać, dostosowywać – uważam, że powinniśmy pozostać sobą, bo w sobie mamy ogromny potencjał rozwoju. Nie w izolacji, ale z szacunkiem dla tego, co otrzymaliśmy od Opatrzności. Byle nam się chciało chcieć…

Międzynarodowe and Historia and Polityka 23 stycznia 2010

Wyniesienie do godności Bohatera Ukrainy Stepana Bandery to najzupełniej suwerenny akt Wiktora Juszczenko. To jego testament prezydencki przed odejściem z urzędu.  

Stepan Bandera był niewątpliwie odważnym człowiekiem i poświadczył to życiem. Większą część wojny spędził w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, ale w tym czasie założona przez niego Służba Bezpieczeństwa OUN, a potem założona przez jego zwolenników Ukraińska Armia Powstańcza przeprowadziły ludobójstwo polskiej ludności na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. To nie było bardziej od innych krwawe ogniwo w łańcuchu przemocy, ale realizacja założeń teoretycznych OUN. Biuletyn Krajowej Egzekutywy OUN już kilka lat przed wojną głosił, że „nacjonalizm ukraiński nie liczy się z żadnymi ogólnoludzkimi przepisami solidarności, sprawiedliwości, miłosierdzia, humanitaryzmu” i że „każda droga, która prowadzi do najwyższego celu, jest naszą drogą, bez względu na to, czy u innych nazywać się będzie bohaterstwem czy podłością”.  

Nie oczekuję od Ukraińców, że na polsko-ukraińską historię będą patrzyli z naszej perspektywy. Oczekuję, że na naszą historię będziemy potrafili razem patrzeć krytycznie i po chrześcijańsku. Przeciwnikami Polski byli i hetman Skoropadski, i twórca ukraińskiego konserwatyzmu Wacław Lipiński, i również (w planie politycznym) Sługa Boży metropolita Szeptycki. Ale to nie ich wybiera na patronów nowej Ukrainy Wiktor Juszczenko, w swym suwerennym akcie prezydenta nie podlegającego już wyborom. 

Prezydent Lech Kaczyński wiedząc o renesansie ideologii banderowskiej na Ukrainie tym bardziej powinien był domagać się jasnego potępienia ludobójstwa popełnionego na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Zdecydował się od tego odstąpić, uwzględniając w swej polityce ukraińskiej wrażliwość banderowską. I dziś w osobie Stepana Bandery uhonorowana jest nie tylko słuszna walka nacjonalistów ukraińskich ze Związkiem Sowieckim, ale również niepotępione i nierozliczone moralnie masowe zbrodnie.

Afera ETPC and Polityka 16 stycznia 2010

PiS ogłosił nowy projekt Konstytucji. W stosunku do poprzedniego stanowi istotny postęp. Nie tylko bowiem powtarza chrześcijański Wstęp, który redagowałem dla projektu sprzed pięciu lat. Art. 20 nowego projektu mówi teraz, że  „każdy człowiek ma prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci”. To bardzo blisko zmiany art. 38 w propozycji zmian konstytucyjnych sprzed trzech lat: „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia od chwili poczęcia do naturalnej śmierci.”. Jarosław Kaczyński wzywał wówczas do niegłosowania za tą propozycją i sam (wraz z Przemysławem Gosiewskim i całym kierownictwem PC-PiS) wstrzymał się od głosu. Teraz ją akceptuje. Wtedy premiowani byli ci, którzy ją zwalczali – jak Marek Suski, Jacek Kurski albo Jadwiga Wiśniewska, występująca w TVN-24 solidarnym chórze z Elżbietą Radziszewską i Joanną Senyszyn. Teraz będą ją popierać. To dobrze. 

Nowa deklaracja PiS to dowód, że (po pierwsze) żaden projekt konstytucyjny adresowany do opinii prawicowej nie może już pominąć spraw cywilizacji życia oraz że (po drugie) o ile Jarosław Kaczyński mógł sprawy te blokować wewnątrz PiS, musi je przyjmować – gdy jego polityka podlega publicznej ocenie ze strony chrześcijańsko-konserwatywnej ideowej prawicy, politycznie zorganizowanej w Prawicy Rzeczypospolitej. 

Oczywiście, ciesząc się z werbalnego potwierdzenia zasad cywilizacji życia – nie możemy być ślepi na kluczową kwestię wiarygodności. A jej pierwszym sprawdzianem będzie reakcja PiS na aferę ETPC. Skandaliczne propozycje rządu Donalda Tuska zasługują na odrębną debatę parlamentarną (na temat samych kandydatur do Trybunału Strasburskiego i na temat zasad polskiej polityki praw człowieka), a w wypadku uporu rządu – na zgłoszenie wotów nieufności wobec odpowiedzialnych ministrów. Na razie kierownictwo PiS nie zrobiło żadnych kroków w tę stronę.

Christianitas and Historia and Polityka 31 grudnia 2009

Najważniejszym politycznym wydarzeniem mijającego roku jest wejście w życie Traktatu Lizbońskiego. Rozwiewa się mit „wielkiego rozszerzenia” – zaczyna się rzeczywistość „wielkiego przyłączenia”. Odpowiedzialność za przyjęcie tego traktatu łączy PO i PiS i jest tym większa, że obie partie uruchomiając już wiosną ubiegłego roku proces ratyfikacyjny jeszcze bardziej osłabiły pozycję polityczną Polski. W efekcie Irlandia i Czechy – które łącznie liczą przeszło dwa razy mniej mieszkańców niż Polska – uzyskały więcej od nas gwarancji dla swych zasadniczych (i nie tylko materialnych) interesów.  

Wejściu w życie traktatu lizbońskiego towarzyszy światowy kryzys ekonomiczny. Uderzył w Polskę spadkiem zatrudnienia i eksportu, ale jeśli nasza gospodarka broni się przed kryzysem lepiej od innych, to (po pierwsze) dzięki zachowaniu narodowej waluty, po drugie – dzięki zwiększeniu możliwości nabywczych rodzin wychowujących dzieci (wskutek obniżenia podatków w LP 2006-07).  

RP 2009 przyniósł narastający atak na cywilizację chrześcijańską w Europie. Tym ważniejsze były w tym kontekście kroki podjęte przez Ojca Świętego na rzecz jedności Kościoła – odwołanie ekskomunik dla biskupów Bractwa św. Piusa X oraz konstytucja Anglicanorum coetibus, otwierająca tradycyjnym anglikanom drogę do życia w jedności katolickiej. Decyzje Papieża to umocnienie wspólnoty ze wszystkimi, z którymi łączy nas wspólne Credo – ale również wzmocnienie jedności wszystkich chcących bronić cywilizacji chrześcijańskiej. 

Zwiastunem korzystnej zmiany w polskiej polityce może być spadek poparcia dla rządu Tuska w następstwie ujawnienia afery hazardowej. Spora część opinii publicznej zaczyna wreszcie widzieć, co wyziera spoza fasadowej wizji ułatwionego życia, prezentowanej przez pop-liberalizm Platformy Obywatelskiej (więcej w dzisiejszym numerze „Naszego Dziennika”).

Polityka 16 grudnia 2009

W ciągu ostatnich tygodni byliśmy atakowani niezależnie od stanowiska: gdy proponowaliśmy współpracę PiS-Prawica, gdy stwierdziliśmy, że propozycja nie została podjęta. Stwierdziliśmy nie podjęcie inicjatywy porozumienia, bo dialog polityczny polega na interakcji. Ma wymiar reakcji publicznych i kontaktów bezpośrednich: na gest dobrej woli odpowiada się podobnym, zbliżenie stanowisk jest jakąś rękojmią dobrej woli. Jeśli podejmuje się propozycję rozmów -  uzgadnia się ich warunki, ale jeśli przez dłuższy czas nie ma pozytywnego odzewu, jeśli reakcje są przeciwne – odpowiedzialna polityka konkluduje niepowodzenie dialogu.  

Znając Jarosława Kaczyńskiego wiedziałem, że z życzliwością u niego ciężko, więc sami otworzyliśmy „kanał kontaktu” już dwa tygodnie temu. Jeden z naszych wiceprezesów skontaktował się z Joachimem Brudzińskim, przekazując mu, że jest upoważniony do przygotowania ewentualnych rozmów. Poseł Brudziński zapowiedział, że oddzwoni, ale przez tydzień nie było żadnej odpowiedzi. W tym czasie pytany wielokrotnie przez dziennikarzy potwierdzałem gotowość współpracy, natomiast wypowiedzi publiczne PiS (jak na przykład wiceprezesa Adama Lipińskiego) były po pierwsze niechętne, po drugie – w ogóle nie odnoszące się do przedmiotu porozumienia. Taka asymetria w polityce nie może trwać długo.  

Jarosław Kaczyński, który na sposób wałęsowski chce być „za, a nawet przeciw”, twierdzi, że nie musiał podejmować rozmów, bo nie mogłem – w dość nagłym i niemożliwym terminie – przyjść do wspólnego znajomego na spotkanie, w którym miał brać udział. Spotkania u wspólnych znajomych, wśród innych zaproszonych gości, nie są dwustronnymi rozmowami politycznymi. Nie wiem po co Kaczyński zasłania swą politykę osobami trzecimi? Ale nawet w tym wypadku prezes Kaczyński zapomniał powiedzieć, że dziękując za zaproszenie zaproponowałem naszemu znajomemu inne terminy, w których mogę go odwiedzić, jeśli chciałby się spotkać w takim gronie (ściśle biorąc – zaproponowałem kilka innych terminów, bo do tego zobowiązuje szacunek dla osób i ich czasu). Na to też nie było reakcji. 

Dlaczego piszę o tym tak szczegółowo? Żeby wyjaśnić, że gotowi byliśmy rozmawiać o rzeczywistej współpracy. Respektując różnicę mandatu Prawicy i PiS. Poszliśmy daleko, ale na tej drodze nie spotkaliśmy nikogo. PiS zapewne będzie za parę miesięcy szermował jednością, gdy będziemy dalej prowadzić naszą samodzielną politykę. Skoro wspólnej nie chciał, najlepiej żeby powiedział to otwarcie.

Polityka 14 grudnia 2009

Inicjatywę dwupartyjnego porozumienia na prawo od centrum zgłosiliśmy ze względu na poczucie odpowiedzialności za budowanie optymalnej większości wyborczej, zdolnej wspólnie przeciwstawić się nieodpowiedzialnej liberalnej władzy. Takiej większości żadna partia nie zbuduje sama. Skoro trzeba ją budować w Parlamencie, lepiej to robić już w procesie wyborczym.  

Ale inicjatywa ta nie została podjęta. Najbardziej kanoniczna dla PiS jest wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, który ciągle nie chce przyjąć do wiadomości istnienia Prawicy Rzeczypospolitej, potwierdzenia przez nas zdolności wyborczej i mandatu społecznego. Jarosław Kaczyński (a za nim cały PiS) mówi o Prawicy jak o partii „odłączonej od PiS”, co ma dziś równie dużo sensu jak mówienie o PiS jako o partii odłączonej od AWS. Ze swej strony, kierując się solidarnością narodową, powtórzę po raz setny, że szanujemy mandat społeczny radykalnej centroprawicy – ale domagamy się szacunku dla zobowiązań dobra wspólnego, o których przypominamy, i dla naszych wyborców, bez których PiS nie zdobyłby władzy cztery lata temu i dziś nie byłby tym czym jest.  

Ruch chrześcijańsko-konserwatywny musi pozostać samodzielny. To nie separatyzm, bo nie tylko jesteśmy otwarci na współpracę, ale zawsze wyrażamy uznanie dla każdego aktu politycznego realizującego interes publiczny. Samodzielność ideowej prawicy to nakaz racji, które prezentujemy, a czego najoczywistszym praktycznym dowodem jest kompletny pasywizm posłów PiS. Lizbona to tylko jeden, ale zasadniczy przykład: żaden z „prawicowych posłów PiS” nie tylko nie próbował nakłonić swojej partii do niezawierania tego – degradującego Polskę i deformującego współpracę europejską – traktatu, nie tylko nie domagał się jego lepszego tekstu albo politycznej rekompensaty dla naszego kraju w innych dziedzinach, ale żaden z nich nawet nie domagał odroczenia ratyfikacji wiosną ubiegłego roku. Jedyne co robią przedstawiciele starannie wyszukiwanej przez entuzjastów PiS „frakcji konserwatywnej” to mrugają do wyborców („manifestują swoje zdanie”), ale dopiero wtedy gdy kierownictwo ich partii załatwi swoje interesy z Platformą Obywatelską. I to też nie dotyczy wszystkich – bo najbardziej lansowani „konserwatyści” (jak Arkadiusz Mularczyk) głosowali za Lizboną razem z PO. To nie krytyka (bo tę prezentowałem gdzie indziej). To polityczny fakt. Fakt, który nas zobowiązuje do robienia tego, czego nie zrobią za nas inni.

Polityka 30 listopada 2009

Ruszam w kolejną trasę – dziś zaczynając od Siedlec. Tymczasem jeden z prywatnych Korespondentów pisze do mnie: „z ogromnym zdziwieniem i zaskoczeniem dowiedziałem się jakoby zamierzał Pan powrócić na łono PiS-u czy też może przeprowadzić połączenie partii”. Choć nie są przeważające – podobne wypowiedzi można znaleźć również wśród komentarzy blogowych.    

Dlatego przed wyjazdem muszę prosić Wszystkich Komentatorów: słuchajcie tego, co mówimy w mediach, czytajcie co piszemy i (!) nie powtarzajcie opinii niedorzecznych. Po ostatnich wyborach Prawica jest piątą partią w Polsce, w sondażach prezydenckich nasze poparcie jest co najmniej podobne jak kandydatów PSL (Pawlak, Kalinowski) i oficjalnego SLD (Szmajdziński, Napieralski). W wyborach uzupełniających na Podkarpaciu w ubiegłym roku mieliśmy wynik lepszy od SLD nie półtora raza, ani nie dwa razy – ale cztery razy (a to już wykracza poza specyfikę regionu). Zdobyliśmy połowę głosów kandydata koalicji rządowej PO-PSL (a to teren PSL). I nie dwa, ani trzy, ale szczęść razy więcej od przypominanego ostatnio w sondażach Andrzeja Leppera.    

To wszystko wiąże się z odpowiedzialnością. Bo poparcie społeczne to konkretne zobowiązanie. I dlatego uważamy za swój obowiązek przed podjęciem strategicznych decyzji politycznych – podjęcie prób porozumień z tymi, którzy mimo zasadniczych różnic – stoją najbliżej.    

Nieprecyzyjny jest również komentarz „Rzeczpospolitej”. Nie szukamy żadnej „autonomii” wobec innych partii. Jeteśmy samodzielną partią. Potrzebną Polsce i zdolną do normalnej współpracy politycznej z innymi ugrupowaniami.

Polityka 28 listopada 2009

W czasie moich podróży nie napisałem o pewnym bardzo ważnym dla Prawicy, choć bardzo lokalnym wydarzeniu. W uzupełniających wyborach na wójta Rzeczniowa na południowym Mazowszu wygrał popierany przez nas kandydat, pan Karol Burek, który zdecydowanie pokonał kandydatkę rządową, urzędującą komisaryczną wójt. Rzeczniów pokazuje, że mobilizacja społeczna może powodować autentyczne polityczne zmiany. A dla nas sukces wójta Burka to realna nagroda za zaangażowanie w Rzeczniowie Lucyny Wiśniewskiej, naszej liderki na południowym Mazowszu, Piotra Strzembosza, i moje własne. 

W Radomiu, gdzie działa dr Lucyna Wiśniewska, w ostatnich wyborach europejskich przekroczyliśmy próg pięcioprocentowy, a sama Pani Lucyna zdobyła drugi wynik wśród wszystkich kandydatów. Natomiast gdy doszło do rozmów na temat przyszłych wyborów samorządowych między Prawicą a PiS, poseł Marek Suski, odrzucając naszą propozycję dwupartyjnej koalicji, zaproponował działaczom Prawicy start na listach PiS i wstąpienie po wyborach do Klubu PiS. Piszę o tym w kontekście pytań o możliwość współpracy naszych partii. Jesteśmy gotowi do współpracy dwustronnej; współpraca jest lepsza od kwestionowania wagi swoich mandatów, które po prostu należy wzajemnie uznać. Natomiast pomysły takie, jak te wysunięte przez posła Suskiego, są jedynie dowodem niezdolności wielu polityków radykalnej centro-prawicy do myślenia w kategoriach jedności. A Prawicę Rzeczypospolitej założyliśmy właśnie po to, by tego rodzaju nastawieniom przeciwstawić politykę solidarności i odpowiedzialności.

Polityka 27 listopada 2009

Kolejną sensacją dnia stała się zdawkowa wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego na temat potrzeby rozmów politycznych z przywódcami Prawicy Rzeczypospolitej i Polski Plus. Dzień wcześniej w TV Trwam sam mówiłem o potrzebie takich rozmów, podobnie jak jeszcze wcześniej w mojej książce i w wywiadach, w których systematycznie powtarzałem, że minął czas bezwarunkowego poparcia katolickiego dla PiS, czas na warunkową współpracę. Nie doczytał się tego Jerzy Robert Nowak. Bo problemem takiej współpracy od początku było monopolistyczne nastawienie PiS i jego zwolenników. My szanujemy mandat radykalnej centro-prawicy, w imię prawdy i interesu publicznego nie zgadzamy się jedynie by „pastiszowy konserwatyzm” (określenie Jadwigi Staniszkis) zastąpił i wyeliminował realną politykę chrześcijańsko-konserwatywną: zaangażowanie na rzecz cywilizacji życia, praw rodziny, polską politykę europejską budującą silną opinię chrześcijańską w Europie.

W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy odbędą się potrójne wybory: samorządowe, prezydenckie i parlamentarne. Prawica Rzeczypospolitej jest gotowa do samodzielnego w nich startu, jak do tej pory. To nasz podstawowy kierunek pracy, bo tylko mandat wyraźnie potwierdzony przez wyborców jest naprawdę silny. Natomiast dążąc do zbudowania optymalnej większości społecznej – jesteśmy też gotowi do porozumień z partnerami zdolnymi do współpracy na rzecz uzgodnionych celów narodowych oraz na zasadach szacunku i wzajemności w kwestiach odrębnych. Taka gotowość to dla nas kwestia solidarności i odpowiedzialności narodowej. Znamy zakres naszego mandatu, ale po dwóch latach pracy możemy powiedzieć, że reprezentujemy Polaków, bez których niemożliwe byłoby zwycięstwo PiS nad PO przed czterema laty. A czy PiS jest gotów do takiej współpracy? Sprawa nie jest prosta, nie tylko ze względów znanych i oczywistych (brak zaangażowania PiS w sprawach cywilizacji życia, traktat lizboński, dwuznaczne stanowisko w sprawie zachowania narodowej waluty, obrona państwa partyjnego, współpraca z postkomunistami w mediach publicznych, mieszanina imposybilizmu i tromtadracji w polityce europejskiej), ale również najbardziej bieżących, skoro redaktorem polityki społecznej PiS ma być Joanna Kluzik-Rostkowska (według własnej deklaracji – znacznie dalej od prawicy niż Gowin).

Kwestią podstawową jest samodzielność Prawicy Rzeczypospolitej jako gwaranta polityki chrześcijańsko-konserwatywnej. Zdolność PiS do podjęcia rzeczywiście partnerskiej współpracy – to dla partii Jarosława Kaczyńskiego sprawdzian, który pokaże czy PiS może działać w warunkach jedności prawicy, czy tylko – eliminacji prawicy.

Międzynarodowe and Historia and Polityka 11 listopada 2009

Patriotyzm kojarzy się nam dziś głównie kultywowaniem pamięci i obchodzeniem rocznic. Rzucone przez Wojciecha Wasiutyńskiego hasło „być sobą” (od którego zaczynają się „Źródła niepodległości”) to na pewno podstawa patriotyzmu. Podstawa – ale tylko podstawa. Patriotyzm coraz rzadziej kojarzy się nam z państwem, mimo, że niepodległe państwo jest największym darem Boga dla naszego pokolenia. Państwo Polskie zawsze będzie potrzebne Polakom do zachowania i rozwoju naszego życia narodowego, potrzebne będzie Europie dla zachowania naszej cywilizacji, potrzebne będzie Europie środkowej jako zwornik geopolitycznego bezpieczeństwa. Nie ma – i nigdy nie było – sprzeczności między państwami narodowymi a współpracą międzynarodową. O tym znaczeniu państwa przypomniał ostatnio Ojciec Święty w „Caritas in veritate”, szczególnie w art.art. 24 i 41. Papież pisze tam, że w naszej epoce państwo musi stawić czoło wyzwaniom, jakie niesie finansowo-gospodarcza globalizacja. „Ten nowy kontekst zmodyfikował polityczną władzę państw [więc] należałoby sobie życzyć, aby bardziej wzrastała uwaga i uczestnictwo w res publica ze strony obywateli.”  Współczesność nie eliminuje „roli państw, a raczej angażuje rządy do głębszej wzajemnej współpracy. (…) W odniesieniu do rozwiązania obecnego kryzysu, rola państwa wydaje się wzrastać, odzyskując wiele ze swych kompetencji. Istnieją ponadto narody, w których budowanie lub odbudowywanie państwa jest nadal kluczowym elementem ich rozwoju.”  Nie wiem czy dostatecznie usłyszeliśmy tę naukę. Bo dla Polski – jak dla innych narodów uwolnionych z komunizmu – państwo jest najzupełniej „kluczowym elementem rozwoju”. Jan Paweł II mówił, że bez Polski niepodległej nie ma sprawiedliwej Europy. Dziś słowa te odbijają się echem – bez szacunku dla interesów niepodległej Polski nie istnieje żadna solidarność europejska.

Polityka 2 listopada 2009

Z wielu stron słyszę, że profesor Jerzy Robert Nowak poświęcił mi obszerną wypowiedź na antenie Radia Maryja. Profesor powoływał się w niej na zasłyszane na imieninach posła Mularczyka świadectwo premiera Kaczyńskiego, który opowiedział mu, że nalegał jak mógł, bym pozostał w PiS. Ja radziłbym profesorowi Nowakowi, by zamiast o mnie – rozmawiał z Jarosławem Kaczyńskim o cywilizacji życia, prawach rodziny i pełnych dopłatach bezpośrednich dla polskich rolników. Choć ta ostatnia sprawa powinna była być podniesiona w trakcie negocjacji traktatu „reformacyjnego” – co stanowiłoby jakieś narodowe minimum – można ją ciągle podnieść na każdym kolejnym posiedzeniu Rady Europejskiej. Jak rozumiem – imieniny u posła Mularczyka odbywały się przed ostatnim szczytem, więc kolejna okazja na Przełom Narodowy została stracona. 

Generalnie biorąc politykę Profesora uważam za psucie życia publicznego. Bo profesor Nowak atakuje polityków kierujących się przekonaniami (jak założyciele Prawicy Rzeczypospolitej), a zachęca do głosowania na polityków głosujących (jak sądzę – wbrew przekonaniom własnym i profesora Nowaka) za traktatem lizbońskim.  

Profesor Nowak – znany specjalista od zalet kolaboracyjnych rządów Jánosa Kádára – zarzuca mi niedostatki retorycznego antykomunizmu. Za walkę z komunizmem zostałem ostatnio odznaczony przez Prezydenta Rzeczypospolitej. Choć to akurat nie jest dla Profesora żaden argument, bo profesor Nowak popiera premiera Kaczyńskiego, a wobec prezydenta Kaczyńskiego jest w opozycji. I lepiej się nie dziwić tej zakręconej polityce; profesor Nowak zapewne zakręci jeszcze nie raz.

Polityka 21 października 2009

Piotr Skwieciński to dla obozu prezydenckiego postać ważna: wybitny dziennikarz o poglądach zbliżonych do PC (m.in. publicysta „Nowego Państwa”), a ostatnio popierany przez PiS prezes Polskiej Agencji Prasowej. Jego poglądy dobrze oddają nastroje i dylematy obozu, z którym sympatyzuje. Dlatego jego artykuł w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” zasługuje na więcej niż tylko ciekawość, zasługuje na uwagę – polityczną. Skwieciński otwarcie pisze, że reelekcja Lecha Kaczyńskiego „to cel jeśli nie nieosiągalny, to skrajnie trudny (…) prezydent konsekwentnie dołuje w rankingach. Zmiana tej sytuacji w ciągu roku, dzielącego nas od wyborów, choć teoretycznie możliwa, z miesiąca na miesiąc staje się coraz mniej prawdopodobna”. Jeśli natomiast spór PiS z Platformą będzie traktowany „nie jako konkurencja dwóch demokratycznych partii politycznych, tylko jako walka dobra ze złem [to] z punktu widzenia PiS w takiej sytuacji zwycięstwo Cimoszewicza byłoby co najmniej mniejszym złem”. Wygrana Cimoszewicza natomiast „miałaby – z punktu widzenia PiS – jedną kolosalną zaletę. Oznaczałaby odepchnięcie groźby trwałej dominacji Platformy”. Ułatwiłby to – zdaniem Piotra Skwiecińskiego – fakt, że „tak zwany podział postkomunistyczny – na obrońców PRL i antykomunistów – zaciera się, nie ogniskuje już emocji Polaków. (…) Zwróćmy uwagę, że pisowsko-sldowskie porozumienie w sprawie TVP nie wywołało ani rebelii elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, ani nawet – jak się wydaje – jakiegoś wielkiego zainteresowania zaplecza tej partii.”. 

Tego wszystkiego nie napisał polityk, który „atakuje PiS”. To tekst publicysty związanego i sympatyzującego z partią Jarosława Kaczyńskiego. Ważny tekst pokazujący, na jakich rozdrożach stoi dziś PiS – na rozdrożach, a może już na bezdrożach.

Polityka 25 września 2009

Od wczoraj media wmawiają opinii publicznej – i nam również – powstanie nowej partii Ludwika Dorna. Pytającym mnie dziennikarzom kilkanaście razy odpowiadałem, że z Ludwikiem rozmawialiśmy dłużej w drodze na Westerplatte, ale była to rozmowa o najbliższej historii, trochę o PiS, ale nie o projektach politycznych. 

I dla jasności – Prawica Rzeczypospolitej nie zakłada 97. Partii Wszystkich na rzecz Skutecznego Państwa w służbie Wygodnego Życia (PWSP-WŻ).  

Po ostatnich wyborach jesteśmy piątą partią w Polsce. Ta pozycja to więcej odpowiedzialności niż wygody. Ale odpowiedzialności niezbywalnej, bo jesteśmy gwarancją poważnego stosunku polskiej polityki do praw rodziny, do samodzielnej roli Rzeczypospolitej w Europie, do cywilizacji życia. Nasz głos słyszą wyraźnie ci, którzy chcą przekonać wyborców podzielających nasze zasady. Słyszą go i muszą się z nim liczyć. Nasze stanowisko w sprawie Traktatu Lizbońskiego istotnie wpłynęło na zahamowanie procesu ratyfikacji. Stanowisko w debacie euro – pewnie w mniejszym stopniu, ale również. 

Jesteśmy oczywiście otwarci na innych polityków, również zgadzających się z nami częściowo, ale nie na zawieszenie naszej polityki. Zależy nam na współpracy z innymi środowiskami politycznymi, tym bardziej, że poparcie naszych kolegów z Polski XXI było istotnym elementem naszych kampanii wyborczych w ubiegłym i w tym roku. Polsce na pewno jest potrzebny wielki obóz republikański, realizujący całość spraw składających się dziś na dobro wspólne narodu: cywilizację życia i prawa rodziny, wolną przedsiębiorczość i upowszechnienie własności, rządy prawa i bezpieczeństwo, silną pozycję Polski i budowę opinii chrześcijańskiej w Europie. Ale dziś Prawica Rzeczypospolitej jest gwarantem, że taka jedność prawicy będzie rzeczywistą solidarnością dążeń, a nie jedynie fasadą zasłaniającą spółdzielnię wyborczą. Nie wirujemy na politycznej karuzeli. Nie po to odeszliśmy ze świata władzy, żeby na nią wsiadać.

Historia and Polityka 16 września 2009

Mamy wreszcie Wielki Narodowy Kompromis. Przejdzie w zaostrzonej wersji wniosek PSL – 17 września Sejm zachowa milczenie. Wnioskodawcy proponowali wprawdzie, żeby milczenie odbyło się na sali sejmowej, ale dostaniemy jeszcze więcej – Sejm 17 września będzie pusty, milczenie będzie totalne, grobowe. Walory intelektualne sejmowego Kompromisu zostaną w ten sposób wzbogacone o artystyczne, a symbole przemawiają bezpośrednio i najmocniej. Twórcom Kompromisu gratuluję odważnej rezygnacji z podjęcia uchwały na czas i genialnego scenariusza! 

Okazje takie jak tegoroczna rocznica drugiej wojny światowej zdarzają się rzadko. Powinny być okazją do potwierdzenia wobec opinii międzynarodowej i narodowej ponadczasowego znaczenia pamięci wydarzeń, których rocznica mija. 

W wypadku drugiej wojny światowej powinniśmy światu przede wszystkim przypomnieć do czego doprowadziła nienawiść i pogarda antypolska. Nieprzezwyciężona zbrodnia rozbiorów, nie zaakceptowana niepodległość Polski, przyniosła w skutkach najazd, nowe rozbiory i ludobójstwo. Druga prawda, którą w ten czas należało przypomnieć opinii międzynarodowej to – potwierdzająca geopolityczne i europejskie znaczenie Polski – decydująca rola polskiego września’39 w zatrzymaniu agresji Hitlera w Europie. Wreszcie trzecia – to zwrócenie uwagi na ciągle niedokonane międzynarodowe potępienie komunizmu – modelowego wzoru wszystkich totalitarnych tyranii i współsprawcy drugiej wojny światowej. Powinien to być zresztą czas, gdy Europie mówimy o sobie, o swoich doświadczeniach i wynikających z nich prawach. I mówimy jako część Zachodu (o tym co zrobiliśmy dla Zachodu) i jako część Europy środkowej (której los pod jarzmem sowieckim dzieliliśmy). Przede wszystkim powinniśmy przedstawić wnioski płynące dla przyszłości, prawa niepodległej Polski w Europie. 

Zamiast tego wszystkiego mieliśmy PO-PiS-y skuteczności. Nasi wyborczy war-lordowie skutecznie odprawili swoje „pijary narracyjne”, skutecznie zainteresowali kraj i Europę swoimi awanturami, a na końcu jeszcze raz skutecznie ogłosili Kompromis, z którego nie wiadomo co wynika (w każdym razie niewiele dobrego), prócz tego, że to, co powiedzą tydzień po wrześniowej rocznicy, mogli powiedzieć spokojnie przed nią bez tych wszystkich awantur. W państwie PO-PiS awantura zyskała jednak rangę wartości społecznej. W końcu wywołali ją „politycy skuteczni”, którzy wiedzą, co robią. Problemem, przed jakim stajemy jako naród, jest czy się na to zgadzamy (pytanie nie jest retoryczne, bo trudno ukrywać, że niektórzy Polacy rzeczywiście się na to zgadzają). I myśląc o sprawach zasadniczych musimy sobie również odpowiedzieć jakiej skuteczności dla Polski chcemy.

Next Page »