Polityka


Christianitas and Międzynarodowe and Polityka and Prawa człowieka and Religia 30 cze 2011

Przedwczoraj na Jasną Górę przybyła Narodowa Pielgrzymka Węgrów. Dziękowali – wraz ze swymi przywódcami państwowymi – za Opiekę Boga nad ich Ojczyzną w ciągu ostatnich lat i miesięcy. Pomyślna prezydencja w Unii Europejskiej nie jest jedynym i nie najważniejszym powodem: przede wszystkim mają Konstytucję o wyraźnie chrześcijańskim charakterze, odrzucającą balast komunizmu i potwierdzającą źródła współczesnej państwowości w Koronie Świętego Stefana, w wojnie o niepodległość z LP 1848-49 i w powstaniu’56 roku, potwierdzającą również, że Węgry chcą być państwem cywilizacji życia. Całej Europie powiedzieli, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, a Bóg ludziom powiedział to przez nich.

Dziś nasz Sejm rozpocznie prace nad społecznym projektem ustawy o ochronie życia. Gdy kierując Sejmem musiałem posłom przypominać o godności ich pracy i urzędu, powtarzałem, że ta Izba jest większa od nas wszystkich. Jutro raz jeszcze się o tym przekonamy. Sejm skieruje ustawę do dalszych prac, a wymierzony w prawo do życia wniosek skrajnej lewicy zostanie odrzucony. Gdybyśmy przed czterema laty zmienili polską Konstytucję (chodziło tam jedynie o potwierdzenie, że prawo do życia od poczęcia jest prawem człowieka, a propozycja poprawki konstytucyjnej – mimo dywersji – zyskała sześćdziesięcioprocentowe poparcie w Izbie) nie byłoby po drodze lubelskiej tragedii Agaty i jej dziecka, nie byłoby sprawy Alicji Tysiąc, nie byłoby wyroku na ks. Marka Gancarczyka i „Gościa Niedzielnego”, inaczej wyglądałaby debata wokół sprawy in vitro. Nie byłoby tych dramatów i wielu tragedii, których możemy się tylko domyślać. Oby jutrzejsze głosowanie – oczywisty znak Łaski, skoro dostajemy drugą szansę – skłoniło do namysłu nad odpowiedzialnością polityków i ich entuzjastów, którzy tak skwapliwie, bez chwili namysłu i litości wobec najsłabszych, powtarzali – „nie było szans”. Dziś te słowa nie będą padać w sejmowej debacie, a jutro swym głosowaniem Izba zada im ostatecznie kłam.

Polityka 29 cze 2011

Przeszło pół roku temu – po mordzie politycznym w Łodzi – podpisałem Deklarację Łódzką. Apel ten, zaproponowany przez przywódców Prawa i Sprawiedliwości, występował na rzecz „oczekiwanej w demokratycznym państwie debaty publicznej” i wzywał, by „ochronić wspólnotę obywatelską”. Występował przeciw pomawianiu oponentów politycznych o „działania z niskich pobudek” oraz odrzucał „język nienawiści i wykluczenia”. Pod tym apelem podpisałbym się raz jeszcze, choć mam wrażenie, że Koledzy z PiS nie traktują go jako referencji i doktryny, którą należy stale przypominać i realizować. Poważny apel powinien być nie tylko formą zarzutu, ale przede wszystkim osobistym zobowiązaniem. Tymczasem na licznych forach internetowych bez przerwy spotykamy się ze strony zwolenników PiS co najmniej z „językiem wykluczenia” pod adresem naszej działalności. Chwilami przybiera to formę groteski, a równocześnie ociera się o nienawiść. Gdy bowiem zabieramy głos, by krytykować obecny rząd i tak padamy ofiarą werbalnej agresji ze strony zwolenników oficjalnej opozycji. Po prostu za to, że jesteśmy.

Oczywiście, w ocenie internetu różnimy się z Prawem i Sprawiedliwością. Choć uważamy, że każdy uczestnik polityki również tam powinien dawać przykłady i dowody szacunku dla Polaków oraz solidarności narodowej – nie uważamy, by przykłady naruszania tych zasad uzasadniały poddawanie sieci szczególnej policyjno-sądowej kontroli. Tym bardziej jednak apelujemy do Kolegów z PiS – poddajcie moralnej kontroli swoich najbardziej rozbudzonych entuzjastów. Każdy przywódca polityczny powinien kontrolować ekstremistów w swoich szeregach, a solidarność narodowa obowiązuje wszystkich, wszystkich Polaków dobrej woli. W imię tych zasad oczekujemy od Was – jako liderów politycznych – postawy, która będzie reakcją na zachowanie Waszych zwolenników, a gdy trzeba po prostu stanowiska, reakcji praktycznych.

Polityka 14 cze 2011

Nie wiem czy raport Millera nie ukaże się przed wyborami – czy może w informacjach/przeciekach ze strony władz chodzi raczej o to, by denerwować Polaków opóźnianiem jego publikacji. Jedno jest pewne – jego brak zaostrza podziały opinii publicznej wokół sprawy katastrofy smoleńskiej. Czy PO świadomie wzmacnia tę polaryzację? W kampanii prezydenckiej apelowałem, by sprawa katastrofy została wyjaśniona jak najszybciej, przez niezależną komisję. Jej powołanie stało się konieczne w momencie, gdy rząd pozostawił główne śledztwo i materialne dowody sprawy w rękach Rosjan. Apelowałem do kandydatów, by zadeklarowali, że komisję taką (z udziałem również zagranicznych ekspertów z krajów z nami sprzymierzonych) powoła każdy nowowybrany prezydent. Bo wszelkie niejasności wokół tej sprawy będą ropną raną zatruwającą (oby nie nieuleczalnie) polskie życie publiczne. Już dziś widać jak tracimy – jako naród – poczucie politycznej wspólnoty, zainteresowanie przyszłością kraju i działaniami, które należy podejmować, zdolność rozmowy rządu i opozycji.

Polsce potrzebny jest nowy ośrodek racji stanu (myślący w kategoriach kształtowania polityki państwa, niezależnie od decyzji wyborców kierujących poszczególne ugrupowania do władzy lub opozycji), przywrócenie samodzielności opinii chrześcijańskiej, obrona ładu moralnego, uzdrowienie życia publicznego. Potrzebne są odważne decyzje ekonomiczne, bo tylko rozwój (oparty na większej konkurencyjności) umożliwi zahamowanie masowej emigracji, realizację praw rodziny i przełamanie kryzysu demograficznego. Do tego nie wystarczy sama zmiana władzy. Dlatego robimy swoje, po rozmowach z Ruchem Przełomu Narodowego i współpracującymi z nami środowiskami ludowymi (Ojcowizna, Piast), ogłosiliśmy wspólny start na listach Prawicy Rzeczypospolitej z Unią Polityki Realnej. Dlatego też apelowałem do Pawła Kowala o odważną reformę jego partii, nadanie jej konserwatywnego charakteru i wspólną budowę silnej republikańskiej, chrześcijańskiej i konserwatywnej prawicy. Obecna sytuacja nie tylko blokuje możliwości polityczne państwa, ale wynosi do władzy radykalną lewicę SLD (atrakcyjnego partnera dla obu zwalczających się partii). Dokąd to prowadzi pokazała niedawna afera tęczowych flag nad ursynowskim ratuszem. Czy jutro – dzięki walce PO i PiS – mają zawisnąć w całej Polsce? Nikt odpowiedzialny nie powinien się temu biernie przyglądać.

Christianitas and Polityka 1 cze 2011

Jeśli ktoś mówi rzeczy dobre – zasługuje na poparcie. Na poparcie w tym co mówi. Rozstrzygnięcie czy mamy do czynienia z propagandą (więc chęcią zdobycia poparcia dla siebie) czy z polityką, czyli z poparciem dla podnoszonych spraw – wymaga oczywiście odrębnej weryfikacji. I czasu.

Jarosław Kaczyński wśród dziesięciu zadań polskiej prezydencji w Unii Europejskiej wymienił „politykę prorodzinną”,obronę chrześcijan w świecie” i „kwestię nauki europejskiej Jana Pawła II”. Nie wiadomo czy któryś z nich znalazłby się wśród trzech najważniejszych – jednak wymienienie ich to dobry krok. Zasługujący na zaufanie o tyle, o ile oznacza odejście PiS od dotychczasowej polityki. Gdy Prawica Rzeczypospolitej wskazywała (w konkretnych apelach) pragmatyczne, konkretne działania, które należało (długofalowo i w konkretnych sytuacjach) podejmować dla tych spraw – z reguły spotykaliśmy się z głuchą obojętnością ze strony polityków, a ze strony zwolenników PiS nawet z agresją. Teraz ma być inaczej. PiS chce nadrobić swoje zaniedbania i zmienić stosunek do spraw cywilizacji chrześcijańskiej. Dobrze, na początek czekamy (o co apelowaliśmy) na właściwą reakcję na forum sejmowej Komisji Kultury na prowokacyjną uroczystość przygotowaną dla Romana Polańskiego na gdyńskim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Sprawa ma wymiar europejski, a nawet więcej. Właściwe kroki wskazaliśmy w naszym apelu – teraz oczekujemy na działania.

Międzynarodowe and Polityka 28 maj 2011

Wszystko wskazuje na to, że następnej wizyty Baracka Obamy można spodziewać się nie wcześniej niż za cztery lata, przed następnymi wyborami. Trzeba jednak korzystać i z takiej okazji do poważnej rozmowy. Wśród tematów rozmów ma być gaz łupkowy – absolutnie priorytetowa polska szansa. Zdziwił mnie ostatnio prof. Rybiński, gdy z grobową miną (bo przecież nie mówił poważnie) wyrażał nadzieję, że żadnego gazu nie znajdziemy, bo nagły napływ nieprzewidzianych pieniędzy mógłby zdemoralizować politykę budżetową. W tym żarcie (bo nie chce mi się wierzyć, żeby mina Profesora mówiła prawdę) jest ziarno sensu: jeśli będziemy mieli dochody ekstra – nie można ich przejeść, ale trzeba wykorzystać na zasadniczą reformę polityki państwa (najlepiej emerytalnej). Ale najpierw trzeba je mieć.

Mowa ma być również o Afryce Północnej i Europie Wschodniej. Warto w tym kontekście powiedzieć, że sprawy Maghrebu wolimy tymczasem pozostawić państwom europejskiego południa i jednocześnie przypomnieć wojnę w Gruzji (temat o tyle wygodny, że nie dotyczy polityki Obamy), więc nasz zawód z powodu niedostatecznej reakcji USA, lepszej niż Unii Europejskiej, ale mimo wszystko niedostatecznej. A przecież wtedy Gruzja powinna dostać albo propozycję udziału w Przymierzu Atlantyckim, albo – w wypadku oporu państw europejskich – bezpośrednie gwarancje amerykańskie (jak Izrael albo Republika Chińska na Tajwanie). I w tym kontekście warto powiedzieć, że gotowi jesteśmy popierać w różnych regionach (jak Wielka Brytania) gaszenie ognisk zapalnych zagrażających bezpieczeństwu zbiorowemu, ale oczekujemy poważnego zaangażowania Stanów na rzecz utrwalenia niepodległości państw powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego. Również – a właściwie przede wszystkim – w sytuacjach kryzysowych.

Polityka 26 kwi 2011

Problem Prawa i Sprawiedliwości polega na dążeniu do politycznej wyłączności – zresztą koncepcję „tylko my” (TM) Jarosław Kaczyńskim sformułował wprost w wysłanym na jesieni ubiegłego roku liście do członków partii. Na to, że nie jest to sposób na zjednoczenie Polaków, zwróciłem jeszcze wcześniej uwagę Markowi Migalskiemu, gdy nazajutrz po wyborach prezydenckich pisał pokazaliśmy, że nikt inny oprócz nas się nie liczy”. Teraz (już nie w imieniu PiS, ale przeciw PiS) tezę tę powtarza Michał Kamiński. W dzisiejszym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” były minister mówi, że „do tej pory nikt nie przeprowadził krytyki przywództwa Kaczyńskiego z punktu widzenia jego elektoratu i wartości, do których, przynajmniej nominalnie, się odwołuje”. Krytykę „polityki Jarosława Kaczyńskiego z punktu widzenia wartości, do których się odwołuje” przeprowadziłem nie tylko w książce „Dysydent w państwie PO-PiS”, ale również w paru publicznych dyskusjach z występującym w imieniu PiS Michałem Kamińskim. Nie chodzi mi o to, by Michałowi wypominać zaniki pamięci. Raczej by postawić generalne pytanie: czym ma być życie publiczne? Bo dziś robi się z niego „scenę polityczną”, pod którą kolejne „projekty” przepychają się jak skini „tańczący” pogo. Tymczasem normalne życie polityczne (oczywiście: czy będzie normalne?) to nie „gra na siebie”, ale osiąganie zbiorowych celów we wspólnocie. Po to, żeby to robić, trzeba słyszeć i reagować na cudze poglądy, a nie w hałasie płynącym ze „sceny politycznej” krzyczeć w kółko TYLKO MY.

Historia and Międzynarodowe and Polityka 13 kwi 2011

Główny doradca prezydenta Komorowskiego ds. międzynarodowych, prof. Roman Kuźniar, ogłosił, że Katyń nie był ludobójstwem. Teza jest absurdalna – bo zbrodnia katyńska miała na celu zniszczenie części narodu polskiego, więc sama w sobie stanowiła uderzenie w normę sformułowaną w art. II Konwencji ws. zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Po wtóre była ludobójstwem jako element planowanego wyniszczenia całego życia polskiego na terytorium Rzeczypospolitej okupowanym przez ZSSR (cztery deportacje z ich setkami tysięcy ofiar były oczywistym aktem ludobójstwa). Niszczenie życia polskiego uderzyło zresztą również w mniejszości narodowe – przede wszystkim Żydów, ale również Ukraińców.

Swoją drogą notorycznie zgadzamy się na zabieg fragmentacji zbrodni komunistycznych, zapominając, że fragmentacja właśnie jest podstawowym zabiegiem dezinformacji. Tymczasem nie należy ani odrywać zbrodni wobec Polski od całości zbrodni sowieckiego komunizmu, ani Katynia od całej Golgoty Wschodu. Ale zostawmy dygresję – normy Konwencji z RP 1948 są bardzo jasne.

Prof. Kuźniar nie jest już akademickim uczonym, który może beztrosko publicznie rozważać rozmaite tezy i hipotezy. Podjął się pracy, która oznacza istotny udział we władzy Prezydenta Rzeczypospolitej. Jego wypowiedzi mają charakter publiczny. Trudno sobie wyobrazić podobną dezynwolturę w wypowiedziach oficjalnych doradców prezydenta Rosji czy kanclerza Niemiec. Wypowiedź prof. Kuźniara stanowi potwierdzenie redukcjonistycznych tez w polityce rosyjskiej. To określa jego praktyczną odpowiedzialność. Prezydent ma jeden sposób by zaprzeczyć słowom swojego doradcy – odwołać go.

Polityka 4 kwi 2011

Media roztrząsają tezę Jarosława Kaczyńskiego, że „śląskość jest po prostu pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszczalnie przyjęciem po prostu zakamuflowanej opcji niemieckiej”. Trzeba bardzo złej woli, żeby nie rozumieć intencji autora – choć przy złej woli można to brać równie dosłownie jak słowa prezydenta Komorowskiego o „strategii wyjścia z NATO”. Tylko po co? Po co było to drugie i po co jest to pierwsze? Każdy trzeźwy człowiek wie, że Jarosław Kaczyński rozróżnia kulturę oraz tradycję śląską i ruch ślązakowski, z jego ideą narodowości śląskiej. Tyle, że mówi jak chce, a niewielu z jego współpracowników jest zdolnych skorygować  go, wyjaśniając, że użył nieuzasadnionego i niezręcznego skrótu myślowego.

Nieskończenie poważniejszym problemem od dezynwoltury językowej lidera opozycji jest jednak dezynwoltura narodowa polskiej władzy (w składzie obecnym, jak również postulantów do współpracy). Wczoraj widziałem to z bliska, gdy na moje pytanie w Radio Zet, czy wszyscy apelujemy, by Ślązacy w spisie powszechnym deklarowali się jako Polacy – nie potwierdził tego ani przedstawiciel PO, ani SLD, ani PSL. Oto dramatyzm polskiej sytuacji – rządzą nami ludzie, którym nie zależy, by polscy obywatele czuli się Polakami. A w opozycji są ludzie, którzy potrafią rozmawiać tylko z tymi Polakami, którzy i tak się z nimi zgadzają.

Międzynarodowe and Polityka and Prawa człowieka 16 mar 2011

Krytyka potrzebuje kryteriów. W momencie, gdy rozwój gospodarczy wymaga zachowania polskiej waluty narodowej (więc również współpracy na forum europejskim państw, które ją zachowują) minister Sikorski mówił o Pakcie na rzecz Euro i porzuceniu złotego, bo trzeba „siedzieć przy stole”, gdzie siedzą inni. W chwili, gdy Europie potrzebna jest silna opinia chrześcijańska w Europie (wewnątrz i na zewnątrz) nie zarysował (prócz słusznego wskazania na sprawy białoruskie) żadnych zasad polskiej polityki praw człowieka. Wspomniał wprawdzie o współpracy ze Stolicą Apostolską i innymi państwami na rzecz ochrony praw chrześcijan na świecie, ale była to jedynie formalna wzmianka. W jego przemówieniu nie było żadnej oceny orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, godzącego w wolność religii czy prawo do życia (a przecież mamy instrument reakcji w postaci nominacji sędziowskich i uzgadniania opinii z państwami pozytywnie nastawionymi do zasad cywilizacji chrześcijańskiej).

Niestety, w sprawach tych zabrakło głosu opozycji. Mariusz Błaszczak trafnie zwrócił uwagę na porażki rządu w sprawach gazociągu bałtyckiego czy reprezentacji ilościowej w europejskiej dyplomacji (od których  jeszcze ważniejszy jest aspekt „jakościowy” – charakter obsad w kluczowych dla Polski stolicach). Nie było w jego wystąpieniu żadnej mocnej reakcji na powrót do idei wejścia do strefy euro. A to właśnie w tym kontekście PiS miał obowiązek o tym mówić, bo w takich konkretnych okolicznościach weryfikuje się wiarygodność wiecowych aluzji. Nie mówił o opinii chrześcijańskiej w Europie, ani słowem nie odniósł się do afery ETPC: ponownego zgłoszenia przez rząd Tuska wcześniejszych kandydatów rządu Millera do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i prawników otwarcie przeciwnych podstawowym rozwiązaniom polskiego prawa w dziedzinie ochrony życia. Jeszcze bardziej dziwić może uparte milczenie PiS w sprawie niewystąpienia Polski po stronie państw broniących Krzyża przed Trybunałem Strasburskim.

Pozostaje generalne pytanie: gdzie jest opozycja?

Międzynarodowe and Polityka 14 mar 2011

Minister Mikołaj Dowgielewicz uzasadniał dziś na antenie Tok FM włączenie Polski do paktu na rzecz euro: „czysty zysk – przede wszystkim w reputacji i że będziemy w pierwszej klasie w Unii Europejskiej”. Ciągle te same frazesy, wykorzystujące narodową próżność przeciw narodowej odpowiedzialności, i ciągle ta sama obłędna strategia prymusa Europy. Bez cienia refleksji czy interesy dominujących państw euro są zbieżne z interesami Polski i czy Europa stanowi optymalny obszar walutowy  –  a właściwie dlaczego go nie stanowi (bo w tym, że nie stanowi zorientuje się już nawet ślepy).

Pakt na rzecz euro to prosta droga nie tylko do ponadnarodowej kontroli nad narodowymi budżetami (państwa mają autonomicznie zarządzać wykonywaniem wspólnotowych celów gospodarczych) oraz do kontroli konkurencyjności (ujednolicenie podatków) i polityki prorodzinnej. Konkurencyjność to elementarny składnik racji stanu. Polityka prorodzinna – w czasach kryzysu demograficznego – to wręcz podstawa bezpieczeństwa narodowego, co najmniej tak ważna jak bezpieczeństwo energetyczne.

Za strategię „prymusa Europy” Polska zapłaciła już dużą cenę. W ramach tej polityki byliśmy już „w pierwszej klasie” państw popierających separację Kosowa – co Rosji dało pretekst do najazdu na Gruzję i zmniejszyło bezpieczeństwo Europy środkowo-wschodniej. Podjęliśmy jako szósty kraj w Unii (minister Nowak chciał nawet żebyśmy byli pierwsi) ratyfikację traktatu lizbońskiego, co nie tylko naraziło Polskę na wielomiesięczne naciski w celu sfinalizowania ratyfikacji, ale i pozbawiło nas możliwości uzyskania korzystniejszych rozwiązań, co w czasie kryzysu ratyfikacyjnego wykorzystały dzięki swej wstrzemięźliwości Czechy i Irlandia.

Czym można wytłumaczyć ten uparty konformizm w polityce europejskiej? Dlaczego Polska zamiast zabiegać o model współpracy europejskiej odpowiadający rozwojowi i bezpieczeństwu naszego kraju i regionu geopolitycznego – po prostu stara się jak najszybciej biec po torach wskazanych przez Niemcy i Francję? Autorzy „Uważam Rze” sugerują dziś, że motywem jest po prostu „czysty zysk w reputacji i w pierwszej klasie” (by pozostać przy określeniach ministra Dowgielewicza), a konkretnie ambicje premiera Donalda Tuska na forum Unii Europejskiej, który chciałby zrealizować po zakończeniu kierowania rządem w kraju. To one mają być wytłumaczeniem tej niewytłumaczalnej polityki. Niestety – ja też nie znajduję lepszego.

Polityka and Wybory RP 2011 11 mar 2011

W interesie PiS – według Ryszarda Czarneckiego – jest, by w przyszłym Sejmie były tylko trzy partie: PiS, PO i SLD. Ciekawy układ, żeby nie powiedzieć Układ. To te trzy partie rozwiązywały Sejm przed prawie czterema laty, wcześniej próbowały zdemontować skład Komisji Konstytucyjnej, która zaproponowała potwierdzenie w Konstytucji zasad cywilizacji życia (SLD miało tu być biernym beneficjentem działań PiS i PO), po wyborach przyjmowały Traktat Lizboński. Taki skład Sejmu oznaczałby przyznanie SLD roli arbitra polskiej polityki. PiS mógłby albo wejść z nimi w sojusz, co postulował Adam Hofman, obecny rzecznik partii, zainteresowany współpracą z „nowoczesną europejską lewicą”, czego również nie wyklucza poseł Beata Kempa („nie wiem, jaki będzie stan państwa po rządach Platformy, więc jak można cokolwiek wykluczać?”). Ale mógłby również w wygodnej politycznej próżni eksploatować narodowe nieszczęście rządów PO-SLD jako już najzupełniej „jedyna nadzieja”. Jarosław Kaczyński dowiódł już nie raz (na przykład wobec ojca Tadeusza Rydzyka, Lecha Wałęsy, Andrzeja Leppera), że doskonale potrafi być za, a nawet przeciw.

Dla Polski wzmocnienie pozycji radykalnej lewicy będzie dramatem, jej wejście do rządu – katastrofą. Interes publiczny wygląda dziś dokładnie odwrotnie niż założenia Ryszarda Czarneckiego. W Sejmie powinna pojawić się najszersza reprezentacja sił, które mogą tworzyć koalicję bez komunistów, jak i reprezentacja tych, którzy jako jedyni na pewno z nimi do koalicji nie wejdą – prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej. Konkretnym sprawdzianem antykomunizmu jest dziś marginalizacja SLD. Test ten dla dominujących partii wypada fatalnie.

Polityka and Wybory RP 2011 8 mar 2011

W sobotę, na Zjeździe Krajowym Prawicy Rzeczypospolitej, podjęliśmy decyzję: w sytuacji, gdy nasze apele współpracy w wyborach parlamentarnych nie zostały podjęte przez ugrupowania na prawo od centrum – idziemy do wyborów samodzielnie. Samodzielnie, ale z otwartymi listami na środowiska, które chcą wziąć udział w naszej walce o reprezentację opinii chrześcijańskiej w Parlamencie. Decyzję tę odkładaliśmy do tej pory, ale nie ma już czasu do stracenia. Dominujące partie już przygotowują się do wyborów – więc tym bardziej inicjatywa przede wszystkim społeczna, tak jak nasza, musi określić charakter kampanii, która musimy przygotować.

Szczególnym kontekstem jesiennych wyborów jest niebezpieczeństwo wejścia w obszar władzy państwowej radykalnej, postkomunistycznej lewicy. To SLD w ciągu ostatniego roku sta się głównym beneficjentem walki o władzę między PiS i PO. Obie te partie potrafiły w swojej akcji odwoływać się do poparcia radykalnej lewicy, szczególnie w mediach. Dziś trzeba pracować nad tym, żeby w Parlamencie pojawiła się przeciwwaga dla SLD, odbierająca jej pozycję arbitra sporów PO-PiS.

To kontekst – bo zasadniczym celem naszej pracy pozostają stałe nakazy dobra wspólnego, a więc wartości cywilizacji chrześcijańskiej i umocnienie niepodległego państwa. Chcemy skupić tych, dla których obie te sprawy są nierozłączne – a po wyborach współpracować z tymi, dla których wartością jest choćby jedna z nich.

Polityka 5 lut 2011

Zadzwoniła do mnie przedwczoraj (bezpośrednio przed napisaniem ostatniego felietonu) dziennikarka z „Rzeczpospolitej” z pytaniem o relacje PiS. Powiedziała, że ma informacje jakoby moje otoczenie nalegało na porozumienie z partią Jarosława Kaczyńskiego – o czym świadczyć ma secesja grupy działaczy z Olsztyna. Wyjaśniłem, że jest dokładnie odwrotnie – to ja nalegam na moich współpracowników, byśmy – mimo wiadomych reakcji – nie traktowali możliwości partnerskiej współpracy z PiS jako zamkniętej. Dodałem, że moralnie tego rodzaju czarny PR (nakłanianie ludzi do reagowania na wymyślone „fakty”) idzie tropem skandalicznych „spinów” wypuszczanych do dziennikarzy podczas żałoby narodowej, jakobym miał wycofać się z wyborów prezydenckich. Wiedzieli, że raczej pogodzę się z dezorientacją wyborców, nawet z utratą głosów – niż dam się sprowokować do komunikatów wyborczych naruszających żałobę po naszych zmarłych.

A o rzeczywistych reakcjach działaczy i sympatyków Prawicy świadczyć może kilka wpisów z mojego facebooka:

Filip Rawski: Postulowałem rozpoczęcie kampanii mającej odbierać głosy PiS (zamiast tracić czas na szukanie porozumienia), a tymczasem o dziwo to PiS zaatakował nas (choć niby jesteśmy tak mali, że szkoda tracić na nas czas)…

Paweł Głogowski: Pora zakończyć miłą i spokojną debatę z PiS-em, ponieważ najlepszą obroną jest atak, ponieważ mi się wydaje, że się nie obejrzymy, a PiS będzie się spotykał z wyborcami gdzie Prawica ma mocne struktury i będą chcieli ukazać, że Prawica Rzeczypospolitej się sypie, a na to nie możemy pozwolić, bo stracimy głosy.

Krzysztof Masny: podchodzenie przyjacielskie PIS-u nic nie przynosi, poza postrzeganiem nas przez społeczeństwo jako PiS-bis, chyba każdy z nas słyszał ze strony wyborców, że już najwyższy czas, abyśmy „wrócili” do PiS-u. A nasi prawicowi przyjaciele traktują nas (przynajmniej na Śląsku) jako zło większe niż przedstawicieli obecnego rządu. Postulowałem rozpoczęcie kampanii mającej odbierać głosy PiS (zamiast tracić czas na szukanie porozumienia), a tym czasem o dziwo to PiS zaatakował nas (choć niby jesteśmy tak mali, że szkoda tracić na nas czas)…

Ludzie widzą, ludzie słyszą. Widzą, że po każdej deklaracji otwartości spotykały nas tylko upokorzenia. Widzą, że jednym z aksjomatów polityki PiS jest doktryna sformułowana w grudniu’2009 przez Adama Lipińskiego: „nie jest możliwa współpraca przy zachowaniu odrębności partyjnej” („Nasz Dziennik”, 21 XII RP 2009). Widzą i wyciągają wnioski. I rozumiem ich, bo solidarność jest obowiązkiem, ale jeśli nie ma odzewu – trzeba skonstatować, że po prostu jej nie ma.

Polityka 3 lut 2011

Jarosław Kaczyński parę dni temu tryumfalnie ogłosił w „Warto rozmawiać” o przejściu grupy działaczy Prawicy Rzeczypospolitej do PiS na Warmii i Mazurach. Teraz napisał o tym „Wprost”. Jarosław Kaczyński ma drobny powód do radości, trudno, żebyśmy ją dzielili, ale – gratulujemy!

Złośliwy „Wprost” wyeksponował słaby wynik poprzedniego lidera warmińsko-mazurskiej Prawicy w wyborach na prezydenta Olsztyna. Nie napisał natomiast  co uczyniło zabiegi wokół naszego środowiska tak atrakcyjnym. Koalicja zbudowana przez naszych kolegów zdobyła 11 tysięcy głosów, podczas gdy PiS 78 tysięcy głosów (przy wiadomej różnicy siły finansowej i w ogóle materialnej – więc biura poselskie itd. – naszych partii). Choć Prawica zdobyła znacznie mniej głosów niż PiS, potwierdziła realny mandat społeczny . Nikt nie gardzi podniesieniem o 14 % dotychczasowego stanu poparcia. Dla Jarosława Kaczyńskiego osłabienie Prawicy Rzeczypospolitej na Warmii i Mazurach stanowi więc podwójną atrakcję. Po pierwsze wzmacnia tam realnie PiS, po drugie – otwiera nadzieję na destrukcję prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej w innych miejscach kraju. Nadzieje złudne (bo naszą siłą jest realność zasad, których bronimy), ale podbudowane znanymi umiejętnościami prezesa PiS w dziedzinie wykorzystywania ludzkich słabości i izolowania nonkonformistów. Co ciekawe, rok temu Adam Lipiński – odrzucając możliwość współpracy z Prawicą Rzeczypospolitej – mówił, że „Prawica Rzeczypospolitej musiałaby dać nam gwarancje, że nie będzie budowana nowa fronda, która po wyborach parlamentarnych znów od nas odejdzie” („Nasz Dziennik”, 21 XII RP 2009). Jak widać – koledzy z PiS najbardziej obawiają się tego, co robią sami.

Trzeba jeszcze napisać słowo, o kolegach, którzy odeszli z Prawicy. Choć stanowią tylko grupę naszych działaczy w regionie – zasługują na pożegnanie. Po ludzku rozumiem ich zmęczenie, nie jest łatwo iść pod prąd, prowadzić żmudną pracę przełamywania obojętności społecznej i bierności opinii katolickiej. Szkoda, że tak łatwo rozmieniają na drobne swój udział w naprawdę dobrym wyniku wyborczym. Pracą Prawicy pokieruje teraz mecenas Konrad Urbanowicz, a koledzy, którzy odeszli, zapewne szybko docenią swą dotychczasową działalność, która teraz wydała im się niewarta kontynuacji.

Polityka 26 sty 2011

Na Krajowej Konferencji Prawicy, 15 stycznia tego roku, zaapelowałem do polityków Prawa i Sprawiedliwości i Polska Jest Najważniejsza o porozumienie minimalne: przynajmniej w wyborach do Senatu. Wybory są większościowe, w jednomandatowych okręgach wyborczych i nawet druga partia w Polsce – jeśli chce, by PO znalazła się w drugiej Izbie w mniejszości – powinna budować szerokie porozumienie. Jeśli chodzi o Prawicę Rzeczypospolitej – doskonale wiemy, że w ogólnopolskich wyborach nie mieliśmy ani 15, ani 10, ani 5 % poparcia. Choć wiemy, że poparcie w wyborach samorządowych jeszcze dla nas wzrosło (więc – choć wolno – rośnie). PiS zaś również powinien pamiętać, że nie miał ani 50, ani 40, ani 30 %. W wyborach europejskich przekroczył próg 25 %, w wyborach regionalnych – nie. (Mówię tylko o wyborach na listy, choć wybory większościowe – do Senatu’2007 i uzupełniające’2008 są o wiele bardziej instruktywne). O ile więc jest oczywiste, że w wypadku takiego porozumienia zdecydowaną większość kandydatów powinien wysunąć PiS – wiadomo, że sam wyborów nie wygra. To wyjaśnienie jest potrzebne, o ile nie działa zwykły imperatyw solidarności. Chyba, że nie tylko od solidarności, ale nawet od wygranej z PO ważniejszy jest stały, parokrotnie przez polityków PiS formułowany cel eliminacji prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej („na prawo”).

Wczoraj w „Warto rozmawiać” Jarosław Kaczyński po raz kolejny potwierdził doktrynę sformułowaną w grudniu’2009 przez Adama Lipińskiego: „nie jest możliwa współpraca przy zachowaniu odrębności partyjnej”. Jego wybór – choć zapewne nie będzie chciał wziąć za niego odpowiedzialności, będzie kluczył będąc za, a nawet przeciw, tak jak nie wziął odpowiedzialności za własną prezydencką kampanię wyborczą.

Polityka 20 sty 2011

Cała klasa medialno-polityczna emocjonuje się jednozdaniową krytyką premiera Tuska ze strony marszałka Schetyny. Jeszcze wczoraj komentatorzy mojej propozycji rządu zaufania społecznego pisali, że to niemożliwe, że nie ma takiej większości itd. Dziś okazuje się, że krytyka premiera jest jednak możliwa również w jego partii. Mogła ujawnić się wcześniej, gdyby prócz Jana Pospieszalskiego znaleźli się i inni dziennikarze nakłaniający polityków do rozważenia potrzeby zmiany rządu, i to przynajmniej od 20 grudnia, gdy pierwsze sygnały o treści raportu MAK zaczęły napływać do Polski. Doświadczenie uczy, że w polskiej polityce możliwe są „deale” i zmowy przeciw „wspólnym wrogom”. Pytanie – czy jest możliwe normalne współdziałanie polityków i środowisk politycznych dla rozwiązywania kwestii, przed którymi staje państwo, takich jak dziś walka o prawdę o katastrofie smoleńskiej (również o reputację Polski na Zachodzie) czy walka z kryzysem finansów publicznych. Bo w gruncie rzeczy chodzi o pytanie jeszcze bardziej podstawowe: czy polityka może rozwiązywać polskie problemy, czy sama pozostanie coraz bardziej nierozwiązalnym problemem Polaków?

Polityka 14 sty 2011

Potrzebne są nie negocjacje z MAK, ale polska państwowa komisja z udziałem międzynarodowych ekspertów. Komisja powinna zbadać zarówno samą katastrofę, jak i przebieg śledztwa. Mówiłem o tym w prezydenckiej kampanii wyborczej – i muszę powtórzyć to dziś. Pozycja tej komisji powinna wypływać z rangi uczestniczących w niej ekspertów i z ich niezależności, więc z udzielenia im nieodwołalnego mandatu na prowadzenie tych prac. Oczywiście – taka państwowa komisja do zbadania sprawy nie będzie miała innych, niż wypływające z poparcia naszego Państwa, możliwości. Jej ustalenia będą użyteczne dla polskiej Prokuratury. Mimo ograniczeń to i tak więcej niż negocjacje z MAK.

Apeli w kampanii o zobowiązanie się do powołania takiej komisji po wyborach prezydenckich nie podjęli ani obecny Prezydent, ani lider opozycji. W efekcie mamy ciągły konflikt wokół katastrofy, a nie prace na rzecz ustalenia niepodważalnych faktów i wynikającej z nich odpowiedzialności. Z pewnością dziś powołanie takiej komisji musiałoby mieć wsparcie rządu i opozycji; wsparcie czynne, a więc wspólne ustalenie listy powoływanych ekspertów. Kto dziś powinien powołać taką komisję? Najlepiej nowy rząd, po dymisji gabinetu Tuska. Gdy pisałem o zmianie rządu przed Bożym Narodzeniem – praktycznie nie było rezonansu. W tym tygodniu padły już głosy wprost albo pośrednio mówiące o takiej potrzebie. Ciągle czas by mówili o tym nie tylko politycy i nie tylko opozycja.

Polityka 22 gru 2010

Jeśli postulat (czy hipoteza) zmiany rządu wywołuje zaskoczenie opinii publicznej, to jedynie znak jak niewiele jeszcze zrobiliśmy dla zbudowania rzeczywiście republikańskiego państwa. W pewnym sensie – nic dziwnego, skoro w lepszych czasach niż dzisiaj, jeszcze wiele lat po odzyskaniu drugiej niepodległości, ówcześni młodokonserwatyści głosili konieczność „buntu młodych” przeciw ciągle obecnemu duchowi niewoli. My też ciągle o władzy myślimy nie jak o czasowym mandacie, ale jak o łupie, którego bez przymusu nikt trzeźwy nie odda.

Tymczasem zmiana rządu to normalny akt suwerenności państwa. Generał de Gaulle mawiał, że premiera warto sobie zmienić co dwa lata. I tak robił – rządząc (tylko w czasach Piątej Republiki) przez lat jedenaście. Jego politykę można (i warto) krytykować, ale nie można odmówić jej konsekwencji.

Zmiana rządu bowiem to nie akt przewrotu politycznego, ale politycznej odpowiedzialności i po prostu koniecznej korekty polityki państwa. W końcu przyjście nowego premiera nie musi oznaczać wymiany wszystkich ministrów. Czy fakt obrania zupełnie złego kierunku w sprawie śledztwa po katastrofie smoleńskiej ma pozostać bez żadnych następstw? Czy premier, który nie potrafił ani dobrze ocenić sytuacji, ani zrealizować podjętej polityki – ma nadal wykonywać swoją misję? Zdolność wymiany premiera to test na samodzielność partii rządzącej – na zdolność trzeźwej oceny rzeczywistości, zdolność wykonywania władzy niezależnie od propagandy, na podmiotowość wobec swego lidera. Realiści twierdzą, że test ten wykaże jedynie odporność Platformy Obywatelskiej na rzeczywistość, zastępowanie realizmu narodowej odpowiedzialności wirtualnym światem sondaży, klientelizm jej polityków i fikcyjność samej partii, będącej jedynie fasadą oligarchicznego kierownictwa i kontrolującego je lidera.

A czy sama zmiana rządu może coś zmienić? Powtórzę jeszcze raz – zmiana gabinetu to sposób na korektę polityki państwa. Dziś czas na nową politykę w sprawie śledztwa po katastrofie smoleńskiej. Zamiana może być wystarczająca lub kosmetyczna, realna lub pozorna. Sam byłbym ostatnim człowiekiem, który namawiałby opozycję do akceptacji pozorów. Ale jeśli opozycja może wywrzeć presję na korektę polityki państwa – to po prostu jej obowiązek. Właśnie dlatego w normalnych warunkach opozycja jest instytucją państwa. W społeczeństwie postkomunistycznym jest tylko instytucją ambicji swoich liderów. Jeśli nie mamy dobrego rządu – tym bardziej potrzebujemy dobrej opozycji. Domagać się zmiany rządu – to jej zasadnicza misja. Choć na razie opozycję (w realnym planie instytucji) zajmuje głównie minister infrastruktury i (skądinąd bardzo ważna przed Bożym Narodzeniem) sprawa kolei.

Polityka 20 gru 2010

Odrzucony przez Polskę raport MAK to zamknięcie pewnego rozdziału politycznego, której założenia premier Donald Tusk wyłożył w Sejmie 29 kwietnia tego roku: „od początku staliśmy przed pewnym dylematem – i trzeba było go rozwiązać – tzn. czy chcemy zademonstrować od razu z definicji nieufność wobec państwa rosyjskiego i zażądać czegoś, czego np. nie otrzymamy (bo mamy prawo się o to ubiegać, a nie mamy w przepisach zapewnienia, że musimy to dostać), czy też chcemy założyć, że współpraca będzie możliwa i im będzie ona lepsza, tym szybciej dotrzemy do prawdy (…) Czy w istocie dla obiektywizmu i przejrzystości tego śledztwa nie jest bezpieczniejszym wariantem maksymalnie dobra współpraca między polskimi i rosyjskimi instytucjami, pełna obecność przedstawiciela państwa polskiego, akredytowanego, którego dostęp do prac strony rosyjskiej jest 100-procentowy?” Ta polityka skończyła się kompletnym fiaskiem, co sam premier Tusk skonstatował. Czym będzie odrzucenie raportu? Kolejnym aktem wyborczym, marszczeniem brwi, demonstracją asertywności, przejęciem inicjatywy itd. – czy aktem polityki Państwa i politycznej odpowiedzialności? Dla Polski najlepszym dziś wyjściem jest zmiana rządu. Jeśli premier chciałby zademonstrować suwerenną władzę – przekazałby ją jak najszybciej w ręce gabinetu mającego w relacjach z Rosją czyste konto, nie obciążonego doktryną, według której obrona praw swojego państwa to niestosowna demonstracja nieufności wobec innego. Co więcej, jako szef partii rządzącej miałby nawet możliwość kontrolować ten proces. Choć inną rzeczą jest pytanie czy partia rządząca ma szefa – czy to szef rządu ma prywatną partię? Nie żyjemy w systemie podporządkowanym wymogom racji stanu, ciągłości polityki państwa, współpracy ugrupowań politycznych. Owszem – ale nie odbiera nam to prawa, by upominać się o te wartości. I nie zwalnia nas to z takiego obowiązku.

Polityka 26 lis 2010

Prawica Rzeczypospolitej wystawiła pełne listy w pięciu województwach: Mazowieckim, Świętokrzyskim, Małopolskim, Śląskim, Zachodniopomorskim. Otrzymaliśmy łącznie w tych województwach 73 tys. głosów, a więc o tysiąc mniej niż w wyborach europejskich przed półtora rokiem. Z wyjątkiem Mazowsza wszędzie odnotowaliśmy bardzo wyraźny wzrost poparcia w porównaniu z wyborami europejskimi (a na Pomorzu Zachodnim i na Kielecczyźnie – również w porównaniu z prezydenckimi). Niestety, mamy spadek głosów na Mazowszu. Z tym że np. na Mazowszu mamy dwóch kandydatów w drugiej turze w wyborach na wójtów gmin.

Nie są to oczywiście wyniki zadowalające, ale świadczą o utrwalaniu się stałego elektoratu Prawicy, który dziś można szacować na dwieście tysięcy przekonanych wyborców. Jest to tym ważniejsze, że obecne wybory były dla nas drugimi w roku i nie stać nas było tym razem nawet na kampanię czysto informacyjną. Wyborcy, którzy nas poparli musieli szukać naszych list na tylnych kartach biuletynów sejmikowych, za podanymi w pierwszej kolejności zarejestrowanymi komitetami ogólnopolskimi (i je znaleźliJ). Według badań demoskopijnych o wiele więcej ludzi myśli tak jak my, choć nie głosuje na Prawicę, kierując się „wybieralnością” wielkich partii. Przed wyborami prezydenckimi CBOS opublikował sondaże, wg których wśród ponad sześciu milionów wyborców kandydata PiS, było ponad 900 tys. traktujących naszą kampanię jako drugi wybór. Znacznie mniej, choć też ponad 100 tys. takich wyborców było wśród zwolenników obecnego rządu.

Kluczowe jest więc zmobilizowanie poparcia miliona wyborców, co otwiera drogę do bezpośredniego wpływu na politykę państwa. Jesteśmy znacznie bliżej tego celu niż myślą zapatrzeni w telepolitykę nasi krytycy.

« Poprzednia stronaNastępna strona »