Repliki


Religia and Repliki 26 lis 2011

Niepojęta są drogi wyobraźni, której mistrzyniami są złość i uprzedzenia. W dawnym Rzymie – pod pretekstem pogańskich plotek o Eucharystii – wrogowie chrześcijaństwa traktowali jego wiernych jak ludożerców. Mój skromny apel o to, by muzykę sakralną wykonywać częściej zgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem – jako modlitwę ludu w trakcie liturgii, a nie tylko na koncertach – jeden z moich częstych e-komentatorów, pan Andrzej Libiszewski, potraktował jako zachętę do zakazu słuchania w domu Mszy h-moll Bacha (a może i chorału gregoriańskiego). Wprawdzie nie dowiedziałem się, jaki to zakaz miałbym postulować – kanoniczny, zagrożony ekskomuniką dla słuchających w domu, administracyjny – nakazujący rozwiązanie filharmonii, gdzie koncertowo wykonuje się msze muzyczne czy karny – grożący więzieniem za produkcję płyt z muzyką liturgiczną. Ale z licznych komentarzy pana Libiszewskiego i jego współkomentatorów wynikało jasno, że klasztorów, których mnisi nagrywają płyty z muzyką sakralną – nie zostawię w spokoju.

Choć wierzymy, że jarzmo, które przyjęliśmy, jest lekkie – mogę zrozumieć ludzi, którym wydaje się ciężkie i powody, dla których tak myślą. Wiem też, że są tysiące racji, by krytykować nas jako ludzi. Ale mam prośbę do tych, którzy to robią. Nie, nie o sprawiedliwość, bo zaraz się dowiem, że każdy rozumie ją inaczej, więc trudno. Zatrzymajcie się czasem na granicy zdrowego rozsądku, naprawdę, po tej jego stronie jest naprawdę bardzo dużo miejsca.

Historia and Repliki 26 lis 2011

W Katolickim Radiu Podlasie mówiłem – w trakcie rozmowy z Grzegorzem Skwarkiem na temat Solidarnej Polski – o lojalnym zachowaniu w okresie naszego odejścia z PiS i po utworzeniu Prawicy Rzeczypospolitej Zbyszka Ziobro i Tadeusza Cymańskiego. Oczywiście dotyczy to również na przykład Marzeny Wróbel. Nadawanie jednak temu czysto ludzkiemu świadectwu sensu partyjnego i obejmowanie nim na przykład (i szczególnie) Jacka Kurskiego (a takie interpretacje pojawiły się, niestety, w mediach) nie ma żadnego uzasadnienia ani w faktach, ani w treści mojego wywiadu. Oczywiście to sprostowanie nie ma również żadnego ubocznego sensu poza szacunkiem dla prawdy wydarzeń.

Polityka and Repliki 31 paź 2011

Dziś rano występowałem w Tok FM. W rozmowie z Łukaszem Grassem zachęcałem do normalnej debaty w Prawie i Sprawiedliwości, i przejścia centroprawicowej opozycji parlamentarnej od sporów wewnętrznych do efektywnej polityki opozycji odpowiedzialnej za państwo. Mówiłem też o potrzebie zamiany stylu polityki Prawa i Sprawiedliwości. „Wprost 24” relację z tego wywiadu opatrzył tyleż sensacyjnym, co niedorzecznym tytułem „Kaczyński budzi we mnie lęk”, popierając to w tekście stwierdzeniem, iż „Jurek przyznaje, że Kaczyński jest liderem, który budzi w nim lęk”. Tymczasem w wywiadzie mówiłem po prostu o relacjach między PiS a innymi ugrupowaniami i środowiskami w Parlamencie. Dla porządku przytaczam ten fragment:

PiS-owi brakuje dziś zdolności porozumiewania się z innymi środowiskami. Jarosław Kaczyński jest liderem, który budzi lęk, przekonanie, że wszelkie porozumienia z nim są tymczasowe, że każde porozumienie traktuje jako ograniczenie swojej wolności, z którego trzeba się jak najszybciej wywikłać. Obecny rząd (przy całym apodyktycznym, zpełenie oligarchicznym stylu, w jakim Donald Tusk kieruje swoją partią) jest beneficjentem tego, że pokazał, że można spokojnie i efektywnie przez cztery lata pracować z partnerem koalicyjnym bez większych zgrzytów. (…) Chciałbym, żebyśmy po prawej stronie mieli tę samą zdolność, przywództwo, które przede wszystkim jest w stanie spokojnie rozmawiać z różnymi środowiskami, przekonywać do konkretnych spraw (…) na przykład przekonywać do konkretnych spraw ładu chrześcijańskiego posłów z prawego skrzydła Platformy Obywatelskiej, oraz ma zdolność zawarcia koalicji z innymi partiami, jak z PSL-em. Wtedy będzie szansa na większość prawicową w Sejmie”.

Rozumiem, że dla autora tej notatki (podpisany: sjk) uczucia, jakie budzi Jarosław Kaczyński są ciekawsze od perspektyw efektywnej opozycji w Sejmie – ale nie zmienia do faktu, że wypowiedzi publiczne trzeba relacjonować rzetelnie.

Wywiad jest dostępny w sieci

http://bi.gazeta.pl/im/0/10565/m10565650.mp3

Oczywiście, od Wprost 24 oczekuję sprostowania i pilnej korekty tytułu przypisującego mi opinie, których nie wypowiadałem.

PS. Redakcja Wprost24 poprawiła już notatkę i jej tytuł. Dziękuję!

Polityka and Repliki 15 wrz 2011

„Uważam rze” od swego powstania nie zauważało Prawicy Rzeczypospolitej. Tak wrażliwe na medialne niedole PiS – Prawicy Rzeczypospolitej nie przyznało jakiegokolwiek miejsca w debacie publicznej. Ani wynikającego z mandatu społecznego, ani z wagi argumentów. Dla „Uważam rze” życie publiczne sprowadza się do fascynacji walką PiS i PO. Dlatego odmawiano nam obecności mimo na przykład faktu, że w wyborach prezydenckich wygrałem we wszystkich (z wyjątkiem Kielc) miastach wojewódzkich z urzędującym wicepremierem-ministrem gospodarki (mając rzeczywiście mikro-budżet), albo że w wyborach europejskich Prawica i UPR (które w obecnych wyborach są razem) miały połowę głosów PSL, jedną czwartą SLD i przede wszystkim jedną dziewiątą PiS. Redakcja organu Pawła Lisickiego „uważała, rze” nas – i Polaków, którzy podzielających nasze poglądy – po prostu nie ma.

Nasz głos ignorowano nawet wtedy, gdy po paru tygodniach trzeba było powtarzać to, co właśnie my mówimy, jak w tekście samego redaktora naczelnego, lamentującego trzy tygodnie temu, że „nie sposób mieć teraz wątpliwości, do jakiego stopnia projekt wspólnej waluty był projektem politycznym czy też raczej ideologicznym, a nie ekonomicznym. Szkoda, że wtedy zapomniano o swobodzie dyskusji, a sceptyków stawiano do kąta”. O tym, że tylko Prawica Rzeczypospolitej uświadamiała opinii publicznej europejskie ryzyko wspólnej waluty, polityczno-federacyjny charakter tego przedsięwzięcia, że to my konsekwentnie przeciwstawialiśmy się likwidacji waluty narodowej, pisał ostatnio Cezary Mech, jeden z najważniejszych ekonomistów komentujących polską politykę; więc można.

W końcu jednak doczekaliśmy się zainteresowania i reakcji, choć nie wobec naszych poglądów. Zainteresowanie naszą działalnością ożywił (i to nadzwyczajnie) brak jednego okręgu do rejestracji list do Sejmu w całej Polsce. Piotr Zaremba poświęcił mi z tej okazji trzykolumnowy artykuł. Można by się tylko cieszyć, gdyby nie przygnębiające spostrzeżenie, że to akurat Piotr Zaremba podkręca stale mielące młyny pogardy – używając języka w rodzaju „lider mikroskopijnej partyjki nie dogadał się nawet z innym liliputem, czyli PJN”. Nie chodzi o pogardę dla nas – ale dla nonkonformizmu w ogóle i samodzielnej, opartej na przekonaniach, inicjatywy politycznej. Ale – jak pisze Piotr Zaremba – nie te tematy, nie te czasy.

Piszę bez złudzeń, bo dobrze znam środowisko dziennikarskie i wiem, jaką reakcję to wywoła. Ale cóż jest lepszego od prawdy? Również od prawdy o obrońcach „wolności słowa”, którzy są gotowi do upadłego bronić wolności poglądów, choć w trochę mniejszym stopniu wtedy, gdy chodzi o poglądy na temat ich własnej działalności.

Historia and Repliki 27 mar 2011

Dobrze, jeśli debata polityczna ma szersze konteksty, tym bardziej jeśli pomagają zrozumieć jej przedmiot. Nie rozumiem jednak dlaczego dziś w „Siódmym dniu tygodnia” Radia Zet prof. Tomasz Nałęcz kwestionował elementarne historyczne fakty. W dniu zabójstwa prezydenta Narutowicza został przez marszałka Rataja powołany nowy, ponadpartyjny rząd Władysława Sikorskiego i był to gabinet kryzysowy, zorientowany przede wszystkim na przywrócenie pokoju społecznego. Na czele rządu stanął prawicowy, „niebelwederski” generał, a stanowiska ministrów objęli zarówno piłsudczycy (gen. Sosnkowski, prof. Makowski), jak i politycy prawicy (konserwatyści oraz prof. Władysław Grabski). W pokoleniu naszych pradziadków Polacy potrafili ze sobą współpracować nawet w momentach narodowych tragedii, wielu obecnym politykom nawet trudno to zrozumieć.

Polityka and Repliki 2 lis 2010

Burzę w szklance wody wywołała moja decyzja o odmowie patronatu nad Marszem organizowanym 11 listopada z udziałem m.in. ONR. Doczekałem się w tej sprawie agresywnego wystąpienia prezesa Młodzieży Wszechpolskiej, choć sam nie powiedziałem o tej organizacji niczego przykrego. Byłem gotów nawet patronować ich własnej inicjatywie, ale nie zgodziłem się na uczestnictwo w koalicji ad hoc, którą – jak się okazało – przy tej okazji budują. A co było przedmiotem tych agresywnych komentarzy? Krótka wypowiedź dla „Gazety Wyborczej”, w której zdefiniowałem swoje stanowisko po to (!) by nie definiowali go inni. I zawsze tak będę robił, bo na tym polega odpowiedzialność związana z kierowaniem ruchem politycznym. Oto cała owa wypowiedź na temat Marszu Niepodległości (i udziału w jego komitecie patronackim Artura Zawiszy):

„Zapraszała mnie Młodzież Wszechpolska, ale odmówiłem. — Wśród organizatorów jest kilka organizacji nobliwych, jak Związek Żołnierzy NSZ, ale są też organizacje skrajne, jak ONR. Robienie takiego konglomeratu grozi tym, że rocznica niepodległości może się mieszać z bardzo dziwnymi zachowaniami. Prawica Rzeczypospolitej nie bierze w tym udziału. Idea fajna, ale nie w  tym towarzystwie. — Artur Zawisza od czasu zaangażowania w partię Libertas i kampanii do Parlamentu Europejskiego nie bierze udziału w naszej działalności. — ONR był organizacją skrajną, miał program totalitarny. Nie jest to bliska mi tradycja”.

Ta wypowiedź jednym się nie spodoba (choć w większości wypadków nie rozumiem dlaczego), inni przyjmą ją z ulgą. W sprawach niejasnych trzeba zająć własne jasne stanowisko, nawet jeśli będzie atakowane. I tyle – a prawdziwą dyskusję zawsze chętnie podejmę, bo ta nigdy nie szkodzi życiu publicznemu.

Polityka and Prawa człowieka and Repliki 30 wrz 2010

Awantura wokół minister Radziszewskiej zażegnana. Tym lepiej. Potwierdzono mikroprawo do wychowania wolnego od ideologii homoseksualnej, przynajmniej w szkołach prywatnych. Punkt, w którym walec się zatrzymał, pokazuje, jakich dewastacji już dokonał. Przy okazji „sprawy Radziszewskiej” oponentom cywilizacji chrześcijańskiej udało się przepchnąć consensus społeczny bardzo w lewo i wylansować na heroinę opinii katolickiej polityk, która nie tylko przed trzema laty odegrała wybitną rolę w zablokowaniu potwierdzenia w Konstytucji prawa do życia, ale dziś otwarcie twierdzi, że zdeklarowani homoseksualiści mają prawo uczyć w szkołach publicznych. Stanowisko minister Radziszewskiej, oparte na bezkrytycznej akceptacji zaleceń Unii Europejskiej, jest tu w jawnej rozbieżności z etyką katolicką, która mówi, że nie istnieje prawo do homoseksualizmu, a zatem nie może stanowić on uzasadnienia rewindykacji prawnych (por. art. 13 deklaracji Omossesualità Kongregacji Nauki Wiary z RP 1992). Ograniczenia możliwości wykonywania pewnych zawodów (wojsko, szkolnictwo, sport młodzieżowy) nie tylko nie stanowi naruszenia praw człowieka, ale ich wypełnienie, ponieważ państwo musi chronić dobro wspólne, a więc prawa wszystkich (por. art. 12). Tej mojej uwagi zresztą nie należy traktować jako opinii „z autorytetu”, bo o racjach wychowawczych rozmawiałem wczoraj przez prawie godzinę w audycji Janka Pospieszalskiego. Wskazuję jedynie, że stanowisko Elżbiety Radziszewskiej (wbrew opinii o „katolickich przekonaniach” Pani Minister) jest z autorytetem etyki katolickiej bardzo rozbieżne. Nawiasem mówiąc – nie wiem, jakie jest stanowisko minister Radziszewskiej w ścisłym znaczeniu tego słowa, bo właśnie ona argumentuje z autorytetu dyrektyw unijnych. Minister mówi właściwie, że stanowiska nie ma żadnego – musi jedynie, jako minister równouprawnienia, godzić sprzeczne opinie funkcjonujące w społeczeństwie. Elżbiecie Radziszewskiej równość ludzi miesza się z równością opinii, a to już niebezpieczny poślizg logiczny. Ja pozostaję na stanowisku, że nikogo nie wolno okradać, a nie że należy zagwarantować „równość opinii” okradzionego i złodzieja.

Prawa człowieka and Repliki 24 wrz 2010

Gdy zwróciłem ostatnio uwagę, że Amnesty International zaczyna uznawać zabójstwa prenatalne za prawo człowieka – na twitterze zareagowała niezależna dziennikarka Justyna Frankel, że „zarodek, genetycznie rzecz ujmując w pewnym okresie tak ludzki, jak i świni czy szympansa…”, a na moją delikatną uwagę, by  tej ciekawej teorii nie udowadniała in vitro – odpowiedziała „nie od razu można rozpoznać cechy morfologiczne dla danego gatunku, polecam publikacje genetyków w tej materii”.

Mimo osobliwości, poglądy pani Frankel zasługują na odpowiedź, ze względu na ich konsekwencję i samą panią Frankel. Paradoksalnie, pozaustrojowe zapłodnienie in vitro – mimo naganności moralnej – stanowi znakomitą demonstrację rzeczywistych początków życia ludzkiego. Jeżeli dziecku pozwoli się żyć i rosnąć (zamiast je zamrozić, a potem wyrzucić) jego życie będzie się zwyczajnie (choć fizycznie słabiej) rozwijać. Bo nie twierdzi chyba pani Frankel, że z pozaustrojowo poczętego dziecka może wyrosnąć kot albo żyrafa? Ani też chyba, że z dowolnego gatunkowo zarodka, wszczepionego matce zastępczej, może rozwinąć się dziecko. Dywagacje makabryczne? Owszem, pokazujące bieg logiki kwestionowania człowieczeństwa najmniejszych, tylko dlatego, że w fazie zarodkowej wyglądają inaczej jak w płodowej, a w płodowej – nieco inaczej niż po urodzeniu.

Wyprowadzanie przesadnych wniosków z wyglądu bywa bardzo niebezpieczne. Dla bliźnich. Jak dla tego dziecka, które zastrzelił pewien znany prokurator za Gierka (a dziś znany – przynajmniej wśród swoich – adwokat). Zastrzelił dziecko, bo wziął je za psa. Rzeczywiście, było bardzo małe, od psa niewiele większe.

Międzynarodowe and Repliki 22 wrz 2010

Podczas ostatniej rozmowy w TVN-24 zwróciłem uwagę posłowi Andrzejowi Halickiemu, że obecny rząd nie potrafi nawet w sposób godny realizować swego planu poprawy stosunków z Rosją, bo można by to robić zupełnie inaczej. Przewodniczący Komisji Zagranicznej Sejmu mocno zaoponował, audycja potoczyła się dalej – ale po to jest blog, by od argumentów nie można było uciec.

Obecny rząd mógł bowiem pokazać zdolność dialogu z Rosją w sprawie separacji Kosowa, śp. prezydent Kaczyński wystąpił przeciwko niej, choć już post factum. Rząd natomiast najpierw popierał, a potem spieszył się z dyplomatycznym uznaniem – jak zawsze, wedle zaleceń ministra Nowaka – chcąc być Prymusem Europy. Zachód znalazł się w rosyjskiej pułapce: Rosją mogła krótko potem powiedzieć – akceptowaliście separację Kosowa, zaakceptujcie separację (czyli faktycznie aneksję) Południowej Osetii i Abchazji. Tymczasem to my mogliśmy łapać Rosję w dyplomatyczną pułapkę, broniąc określonego przez rezolucję ONZ autonomicznego statusu Kosowa pod suwerennością serbską i analogicznie popierając suwerenność Gruzji wobec zbuntowanych prowincji, co zresztą sama Gruzja potrafiła bardzo dobrze zrealizować w wypadku statusu Adżarii.

To samo odnosi się dziś do sprawy Krzyża przed Trybunałem Strasburskim, gdzie oprócz prawosławnych państw Unii Europejskiej (Rumunia, Bułgaria, Grecja) występują po stronie Włoch również prawosławne kraje Rady Europy spoza UE: Rosja, Ukraina, Armenia. Zapewne jest to element polityki „chrześcijańskiej konwergencji”, zapowiedzianej przez autorytety rosyjskiego prawosławia (w oczywisty sposób w porozumieniu z władzami) na początku tego roku. W jej ramach rosyjscy mnisi gościli u naszych biskupów. Cóż jednak stoi na przeszkodzie, by inicjatywę tę wykorzystać w sporze z zapateryzmem o duchowo-społeczną przyszłość Europy?

Rząd Tuska woli jednak „poprawiać” stosunki z Rosją kierując się nie imperatywami naszej racji stanu, ale potrzebami polityki rosyjskiej. W efekcie mamy naruszający wręcz naszą niezależność narodową kontrakt gazowy, regularny udział Polski w moskiewskich obchodach wojny Stalina, zatrzymanie Ahmeda Zakajewa, czy oddanie bez protestu prowadzenia śledztwa smoleńskiego w ręce Rosji. Najtrudniejsze nawet cele można realizować z pożytkiem dla naszych interesów, trzeba jednak chcieć prowadzić politykę. Niestety, mamy premiera, o którym jego herold, Janusz Palikot, napisał, że „jest pierwszym politykiem, który nie zadaje sobie pytania, co po nim zostanie. Bo czy coś musi pozostać?”.

Prawa człowieka and Repliki 31 lip 2010

Azrael głosi „prawo do dziecka, jeżeli nauka, prawo i miłość rodziców na to pozwala. Jeżeli politycy realizują te postulaty, akceptowane przez WIĘKSZOŚĆ społeczeństwa – jestem za”. Ale co wtedy, gdy większość społeczeństwa będzie akceptować kupowanie dzieci w krajach ubogich i gdy wszyscy będą zadowoleni: rodzice kupujący, rodzice sprzedający, wraz z promessą na zadowolenie kupowanego dziecka? Dziś prawo tego zakazuje odwołując się do niezbywalnych praw dziecka, których nie mogą uchylić ani rodzice, ani większość – a więc do normy różnej od kryterium decydowania o dziecku, proponowanego przez Azraela. Czy ta realistyczna hipoteza (bo odnosząca się do zjawiska, które istnieje) nie zmusza do moralnego namysłu? Z tym namysłem jest właśnie najgorzej, bo Azrael odwołując się do argumentów populistyczno-emocjonalnych odmawia po prostu debaty na temat konkretnych aspektów in vitro. Na moją uwagę, że przecież wie „na czym polegają zastrzeżenia wobec in vitro” odpowiada stanowczo i – jak na twitter – wcale nie krótko: „Zastrzeżenia jakie Pan ma, wynikające z doktryny KK nie powinny przekładać się na regulacje prawne. Jeżeli Pańskie zastrzeżenia będą normą, będą ograniczały prawa obywateli. Dlatego nie są one do przyjęcia”. W debacie na temat in vitro nie powoływałem się na „doktrynę KK”, po prostu na prawo do życia. Ściśle biorąc – na prawo do życia dzieci poczętych in vitro. Bo to nas różni z Azraelem: mnie interesują dzieci poczęte in vitro, Azraela również, ale tylko w zakresie, w którym „prawo do dziecka (…) i miłość rodziców na to pozwala”. Czy dziecko jest człowiekiem zależnie od cudzych oczekiwań, czy nie ma własnych niezbywalnych praw? Na te pytania nie usłyszymy odpowiedzi, ponieważ koncept „doktryny KK”, bardzo sprawny wytrych Azraela, zwalnia nie tylko z dyskusji, ale i z namysłu. A użyć go można wszędzie – wchodzi nawet tam, gdzie nie pasuje.

Prawa człowieka and Repliki 30 lip 2010

Na twitterze podjąłem dyskusję ze znanym lewicowym felietonistą Azraelem Kubackim na temat in vitro. Piszę podjąłem, bo właściwie zaczęła się od reakcji Azraela Kubackiego na moją uwagę, że „skutecznością” ostatnich wyborów jest to, że „SLD już dyktuje politykę rządowi, m.in. ws. in vitro”. Oczywiście – tweet ma swoją specyfikę, ale po pierwsze – nawet po lakońsku można wyrażać poglądy ogólne, po drugie właśnie dlatego warto ją przenieść na bloga, o czym mojego dyskutanta uprzedziłem.

Istotą poglądów Azraela (to nie poufałość; pod tym pseudonimem mój polemista występuje w mediach i internecie) jest unicestwienie wszelkiego obiektywnego porządku normatywnego. Gdy Azrael pisze o „cierpieniach i oczekiwaniach dziesiątek tysięcy par” pisze o rzeczywistości, która domaga się badań naukowych, namysłu politycznego i reakcji, więc podjęcia wszelkich dostępnych (materialnie i moralnie) działań – ale która nie usprawiedliwia wszystkiego! Przemoc rewolucyjna z reguły usprawiedliwiała popełnianą przez siebie niesprawiedliwość „cierpieniami i oczekiwaniami dziesiątek tysięcy”, tymczasem tak naprawdę uzurpowała reprezentację i instrumentalnie wykorzystywała niedolę ludzi w służbie żądzy władzy, a nierzadko materialnych interesów. Czy na przykład mieszkaniowe „cierpienia i oczekiwania dziesiątek tysięcy par” mogłyby usprawiedliwiać wywłaszczenia? Może zamiast szukać takich dróg na skróty – warto zastanowić się nad działaniami nie naruszającymi sprawiedliwości? Można nie przypisywać prawu własności wartości absolutnej, ale czy można je unieważniać i unicestwiać za każdym razem, gdy politycy zdecydują się uprawomocnić swe działania „cierpieniami i oczekiwaniami dziesiątek tysięcy”? A wracając do uzurpacji reprezentacji i instrumentalnego wykorzystywania niedoli, umysł tak krytyczny jak Azrael nie powinien w swej analizie abstrahować od interesów firm przeprowadzających zabiegi in vitro, dążących do uzyskania finansowania przez państwo swej działalności, rozszerzenia praktyki in vitro i zwiększenia swoich dochodów. Można usprawiedliwiać działanie grup interesu, ale nie jest rzeczą intelektualnie przyzwoitą udawać, że ich nie ma. Moje felietony mają swój format, więc cdn.

Bilans kampanii RP 2010 and Historia and Repliki 6 lip 2010

Pan Rafał Broda w swej odpowiedzi na moje uwagi przyznaje się do „osobistego, a więc bardzo subiektywnego uczulenia”, które każe mu wszystkie moje wypowiedzi oceniać „dokładnie pod kątem szkodliwości dla J.Kaczyńskiego”. Jednocześnie nie przytacza żadnych wypowiedzi napastliwych, niesprawiedliwych czy tym bardziej nieprawdziwych. Przeciwnie, sam potwierdza, że w swoich wypowiedziach publicznych „uprzejmie, łagodnym słowem przekonywał[em] do swoich poglądów, zawsze podkreślając, że poglądy JK są odmienne”. Profesor Broda twierdzi natomiast, że PO krytykowałem „tylko w kontekście rzekomej zbieżności celów PiS i PO”. Czy za zaniechania rządu po katastrofie smoleńskiej? Czy w sprawie afery hazardowej? Czy gdy broniłem konstytucyjnych kompetencji Prezydenta w sporach z rządem Donalda Tuska? Rozumiem, że Profesor Broda uznał stanowisko w tych (i wielu innych) sprawach za nieistotne „pod kątem szkodliwości dla J.Kaczyńskiego”, więc za nieistotne w ogóle. Na taką metodologię nic nie poradzę, podobnie jak na brak jakichkolwiek rzeczowych argumentów popierających tezę, że przed pierwszą turą wyborów „we wszystkich swoich wystąpieniach atakował[em] prawie wyłącznie J.Kaczyńskiego i PiS”.

Bezradność wobec argumentów Profesor nadrabia charakterystyczną w takiej sytuacji „argumentacją” ad hominem, w której jednak widoczne są ślady szlachetnego zakłopotania stanowiskiem Jarosława Kaczyńskiego wobec postkomunizmu. Pan Rafał Broda wyraża nadzieję, że „może Pan Marek Jurek publicznie wytłumaczy swoje wsparcie dla wyboru gen. W.Jaruzelskiego na pierwszego prezydenta RP w 1989 roku”. Jaruzelski nie został nigdy wybrany na Prezydenta RP, został Prezydentem PRL. Nie wspierałem jego „wyboru”, nie brałem w nim w ogóle udziału. W Obywatelskim Klubie Parlamentarnym mocno i publicznie domagałem się wystawienia naszego kontrkandydata. Jego niewystawienie skomentowałem w publicznym piśmie. O sprawie tej nie tylko mówiłem wiele razy publicznie, ale pisałem również na tym blogu. Nie tylko przypisywanie mi „wsparcia” jest insynuacją, również formułka „może publicznie wytłumaczy”. „Argument” ten mnie nie zaskakuje – parę dni temu podobny, w podobnym kontekście, z podobnych ust, padł w jednej ze stacji radiowych.

Tylko co to wszystko (od początku do końca) ma wspólnego z prawdą?

Bilans kampanii RP 2010 and Repliki 5 lip 2010

Uwag Pana Rafała Brody na temat mojej kampanii nie będę komentował póki Autor nie powie co konkretnie ma na myśli twierdząc po drugiej turze wyborów, że „we wszystkich swoich wystąpieniach atakował[em] prawie wyłącznie J.Kaczyńskiego i PiS”. To raczej do mnie miało pretensje wielu ludzi, że chyba żaden kandydat nie powiedział w żadnej kampanii (jeszcze w pierwszej turze) tylu życzliwych słów pod adresem swojego kontrkandydata. Takie były okoliczności i drugi raz zrobiłbym to samo – bo w wyborach też musimy być ludźmi. Okoliczności były szczególne, da Bóg (jeśli zechce) że będziemy jeszcze pracować w lepszych.

Pana Brodę w ogóle razi uprzejmość (z wyjątkiem czysto wyborczej), więc ja – zachęcony zaproponowaną przez Pana konwencją – powiem Panu otwarcie: to Pan i Pana chałupnicza demoskopia, wprowadzająca w błąd Jarosława Kaczyńskiego, ma bardzo duży udział w zwycięstwie Bronisława Komorowskiego. Jak Pan nie chce gratulować jemu – proszę pogratulować sobie.

zn lublin zwraca natomiast uwagę, że Rafała Brody nie ma wśród krytykujących rząd Donalda Tuska za niewystąpienie z Włochami, Litwą i Rumunią w obronie Krzyża przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Nic dziwnego – entuzjaści państwa POPiS atakują PO, gdy trzeba, ale nie atakują – gdy partia, w którą wierzą, z PO się zgadza. Ta dialektyka PO to jedna ze znamiennych cech radykalnej centroprawicy.

Joanno, słusznie Pani ostrzega przed agresją, ale w wypadku vegety (dziękuję za solidrność:) w ogóle Pani nie ma racji. Przecież dla nas wierszyk „minie zima, przyjdzie wiosna” to jedno z najprzyjemniejszych wspomnień młodości. I nikomu się krzywda od tego nie stała.

Repliki 6 cze 2010

Po mojej propozycji uznania (w przyszłości) święta (czyli – ściśle biorąc – wspomnienia) Księdza Jerzego za święto narodowe, by męczeństwo Księdza Jerzego reprezentowało wszystkie ofiary poniesione przez Polskę w drodze do obecnej niepodległości – wywiązała się ciekawa dyskusja na twitterze. rafalduk napisał „+3króli +31 sierpnia + 04. czerwca … a kiedy będziemy pracować?”, a zbino, że „woli JP2!”. I to zestawienie dat i wydarzeń to najlepszy dowód, że trzecia niepodległość powinna mieć swoje święto. Od propozycji złożonych w najlepszej i w złej wierze jednak za właściwszą uważam rocznicę męczeństwa Księdza Jerzego – bo to przypomnienie ofiar złożonych przez naród, a ofiara jest najwyższą miarą miłości; to na pewno lepszy ślad drogi do niepodległości niż 31 sierpnia (bardzo ważna stacja) i 4 czerwca (rocznica mego pierwszego wyboru do Sejmu:). A misja Jana Pawła II – mimo, że jest ojcem polskiej niepodległości – sięgała znacznie wyżej i szerzej.

Oprócz głosów w rodzaju rafalduka było jeszcze kilka agresywnych: Maciek Sankowski („najlepiej cały rok leżeć krzyżem i przezywać”), pan Potapowicz („to chyba żart jakiś!”).

Zdziwiła mnie opinia daxia1 „Popiełuszko nie jest «postacią narodową» – z całym szacunkiem”. Jeśli Ksiądz Jerzy nie jest, to kto jest? I dlaczego nie jest? Dlatego, że był katolickim męczennikiem? Pan Włodarczyk pisze, że „w Polsce żyją również niekatolicy, ateiści, agnostycy”. I czy z tego wynika, że Ksiądz Jerzy nie oddał życia za Polskę, a jego męczeństwo nie było kamieniem milowym na drodze do niepodległości?

Najpoważniejszą obiekcję zgłosiła merachok: „jak z czystym sumieniem świętować moralne zwycięstwo księdza nad zinstytucjonalizowanym złem, jeśli przez 25 lat rzekomo okrzepłej demokracji nie potrafimy doprowadzić do skazania prawdziwych mocodawców jego śmierci?”. 100 % racji – tylko, że jedną (pośród kilku) przyczyn nierozliczonego bezprawia jest to, że żyjemy w państwie transformacji PRL, a nie w państwie, które świadomie budowaliśmy po odzyskaniu niepodległości. Przywrócenie odzyskanemu państwu moralnej treści – to jedna z zasadniczych przesłanek jego siły, rozwoju i chroniącej to opinii publicznej.

Międzynarodowe and Polityka and Repliki 5 lut 2009

W czasie jednego z ostatnich telewizyjnych wystąpień musiałem po raz kolejny w tym roku stwierdzić, że Prawica Rzeczypospolitej ani nie będzie brała udziału w międzynarodowej partii Libertas, ani tym bardziej nie widzi możliwości współpracy ze środowiskiem, w którym ważną rolę odgrywają politycy tacy, jak b. poseł Mateusz Piskorski. Na marginesie przypomniałem, że z powodu jego działalności międzynarodowej musiałem mu okresowo (jako marszałek Sejmu) wstrzymać paszport dyplomatyczny. Pan Piskorski zadaje mi kłam twierdząc, że zna lepiej moją pracę urzędową ode mnie i że paszportu mu nie wstrzymałem.  

Prawda jest inna. Poseł Piskorski zbulwersował polską opinię już na początku kadencji Sejmu wybranego w RP 2005 udziałem w brukselskiej konferencji Oś dla Pokoju, którą sam ogłosił „pierwszym krokiem ku przymierzu przeciw  hegemonii Stanów Zjednoczonych”, atakował politykę Rzeczypospolitej nazywając Polskę „koniem trojańskim USA w Unii Europejskiej” i „agentem Stanów Zjednoczonych w Europie Wschodniej”. Na to reagowałem werbalnie.  

Gdy pół roku potem opowiedział się podczas oficjalnej (a nie partyjnej) podróży zagranicznej za uznaniem separacji Naddniestrza od Mołdawii – zdecydowałem się na zmianę zasad wydawania paszportów dyplomatycznych w Sejmie. Nie wyrządziłem mu przy tym (wbrew jego sugestiom) żadnych przykrości osobistych. 

Dziś pan Piskorski opowiada się za uznaniem przez Europę separacji Południowej Osetii. Zapewne bym się tym nie zajmował, gdyby nie konieczność zaznaczenia jasnego stanowiska prawicy chrześcijańsko-konserwatywnej wobec przedsięwzięcia, w którym pan Mateusz Piskorski – wg wszelkich dostępnych danych – odgrywa zasadniczą rolę.

Repliki 29 mar 2008

W ubiegłoroczny wielkanocny piątek ostatecznie storpedowano prace nad poprawieniem w Konstytucji przepisów dotyczących prawa do życia. Jeszcze nie zdążyłem o tym napisać, a już (przy okazji wpisu o Radzie Europy) doczekałem się komentarzy historycznych. 

Motyl i brat-olin twierdzą, że pomogłem obalić rząd Jarosława Kaczyńskiego. Ciekawe jak? Łatwo coś takiego napisać, trudniej czymkolwiek poprzeć. Prawda jest taka, że zawsze głosowałem w obronie rządów atakowanych przez komunistów. Broniłem rządu Jana Olszewskiego, Hanny Suchockiej i Jarosława Kaczyńskiego. Natomiast Jarosław Kaczyński (bezpośrednio) obalał rząd Hanny Suchockiej i pośrednio (przez rozwiązanie wspólnie z SLD Parlamentu) rząd własny. Smutna prawda. Ja tego rządu broniłem do końca. 

Natomiast caltha oskarża mnie o sobiepaństwo, bo chciałem potwierdzenia, że Polska jest państwem cywilizacji życia. Jak rozumiem – nie było takiej potrzeby, ani obowiązku. „Zasady zobowiązują”, ale nie do obrony cywilizacji życia. Zobowiązują do zakładania podsłuchów w gabinetach zastępców i do proponowania im łapówek. Ale może z tego też można było zrezygnować? Bo ja wiem, skoro można rezygnować ze wszystkiego… 

Czytam z sympatią moich polemistów, bo sam w działalność w Prawie i Sprawiedliwości wkładałem sporo uczuć – ale mam wrażenie, że PiSomania nie sprzyja trzeźwości sądu. Nie sprzyja również – tak drogiej sercu PiSomanów – skuteczności. Bo polityka Kaczyńskiego przynosiłaby lepsze skutki, gdyby zwolennicy nie utwierdzali go w przekonaniu o nieomylności i wolności od jakichkolwiek zobowiązań – ideowych i społecznych. 

Oczywiście, Państwo po raz kolejny uznacie, że atakuję PiS. Ale to nieprawda. Nie atakuję – po prostu kontroluję i zapewniam kontrolę społeczną w obrębie opinii prawicowej. I to działa, co widać szczególnie od kilku tygodni. Choć miłe PiS-owi nie jest. Ludzka rzecz, bo każdy – jak pisze Gilder – chciałby być monopolistą.

Repliki 4 mar 2008

Zauważyłem, że niektórzy komentatorzy sugerują, iż premier Kaczyński zaakceptował nowy traktat europejski, ponieważ wystąpiłem z partii rządzącej. Szczerze mówiąc – kompletnie tego nie rozumiem. Mam wrażenie jakiejś nieciągłości logicznej. Ale cóż, człowiek nie wie wszystkiego…

 

Repliki 15 lut 2008

Nie przekonałem pana Wojciecha Sadurskiego o oczywistości praw rodziny. Warto jednak – by dygresje nie przysłoniły nam pierwotnego przedmiotu – przypomnieć pierwotny przedmiot, który tak bardzo zgorszył mojego polemistę. Poszło po prostu o stwierdzenie, że rząd Jarosława Kaczyńskiego nawet nie zaproponował, by w art. 1a Traktatu Reformującego (określającym wartości Unii Europejskiej) zmieściły się prawa rodziny. Przypominam jego treść: 

„Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn. 

Bogata kolekcja, nieprawdaż? I pojemny artykuł, ale nie do końca. O treść praw rodziny można się spierać, tak jak o pojęcia praw człowieka czy natury. Problem w tym, że pan Sadurski i jego zwolennicy w ogóle praw rodziny nie uznają. Wojciech Sadurski twierdzi, że ich obecność w Konstytucji RP, w przepisach, których lekturę mu zaproponowałem, jest pozorna. Lojalnie je zresztą przytacza. 

Artykuł 18
Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

Artykuł 71
1. Państwo w swojej polityce społecznej i gospodarczej uwzględnia dobro rodziny. Rodziny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, zwłaszcza wielodzietne i niepełne, mają prawo do szczególnej pomocy ze strony władz publicznych.
2. Matka przed i po urodzeniu dziecka ma prawo do szczególnej pomocy władz publicznych, której zakres określa ustawa.

Konkluduje więc, że „nigdzie w nich, jak widać, nie ma sformułowań o prawach rodziny”; mimo, że w art. 71-1 (którego fragmenty wyżej podkreśliłem), w ramach pomocniczej funkcji państwa, prawa rodzin są uznane expressis verbis. A w pozostałych miejscach, tam gdzie są uznane implicite? Są, ale może ich nie być? Na przykład demoliberalne państwo może uznać, że rezygnuje z opieki i ochrony wobec małżeństwa i rodzicielstwa? Albo że matki przed i po urodzeniu dzieci nie będą miały prawa do szczególnej pomocy władz publicznych? 

Warto wiedzieć, jakie znaczenie tym przepisom dzisiejszej Konstytucji przypisuje jeden z najbardziej miarodajnych reprezentantów liberalizmu. Dzięki temu możemy zorientować się w kierunku możliwej ewolucji liberalnego prawa. I w tym, że nieobecność rodziny wśród wartości Unii Europejskiej ma charakter najzupełniej nieprzypadkowy.

Religia and Repliki 26 sty 2008

Mam znowu recenzję Cezarego Michalskiego. Tym razem przypisuje mi w „Europie” gospodarczy neoliberalizm i skrajny indywidualizm społeczny, w którym największym dobrem jest własna rodzina. Dużo zrozumiał. Więcej o tym pisać nie warto, bo czytelnicy tego bloga moje poglądy znają.

Poważniejszy problem to eklezjologia ze szkoły Wielkiego Inkwizytora, którą Michalski kontynuuje w „Dzienniku”. Tym razem okazją jest sprawa profesora Węcławskiego. Michalski tłumaczy mu, że wychodząc z Kościoła, „ma już słabszą pozycję”. A Kościołowi, że musi pogodzić się z tym, że dla ludzi „intelektualnie żywych, refleksyjnych, próbujących powiązać rozum i wiarę naprawdę, a nie tylko w pustych deklaracjach, Kościół jest od początku jedynie przybliżeniem prawdy o Bogu. Jednym z przybliżeń.” Tacy ludzie mogą być przydatni dla „realnej dominacji prawicy i Kościoła” (co stanowi centralną kategorię tej eklezjologii), ale ma to swoją cenę. Jeśli bowiem „postanawiają być w Kościele – kontynuuje Cezary Michalski – to właśnie w imię kompromisu i odpowiedzialności”. Czasem więc warto tolerować nawet ich niewiarę.

Boli mnie to, co zrobił profesor Węcławski; ale do czegokolwiek doszedł, to na pewno nie do Michalskiego dialektyki „pozycji i siły”. Na tej drodze Kościół czekałby jeszcze większy dramat, niż to, co się stało w Poznaniu.

Repliki 18 sty 2008

We wczorajszym „Dzienniku” mój stały recenzent Cezary Michalski umieścił mnie na czele osób, które najbardziej zagroziły „realnej dominacji prawicy i Kościoła”. Jeśli Michalski tak rozumie misję ewangelizacyjną Kościoła (a przy okazji duchowe powinności polityki), to mogę mu poradzić tylko jedno – relekturę „Legendy o Wielkim Inkwizytorze”. Ale jeszcze bardziej tym wszystkim, którzy rady Michalskiego biorą sobie do serca.

Następna strona »