Lizbońskiej degradacji ciąg dalszy
Zapraszam do wysłuchania mojego wywiadu dla Radia dla Ciebie (prowadzi Piotr Gursztyn).
Lizbońskiej degradacji ciąg dalszy
Zapraszam do wysłuchania mojego wywiadu dla Radia dla Ciebie (prowadzi Piotr Gursztyn).
Po czeskim podpisie traktat lizboński wejdzie w życie 1 grudnia. Ale już zaczyna działać. Nadchodzące wybory prezydenta i ministra spraw zagranicznych Unii (porzucone nazewnictwo Konstytucji dla Europy jest nadal potocznie używane) wzmacniają mechanizm większościowy, czyli konformizującą presję państw silniejszych. Nowy mechanizm ważnienia głosów sprawia przede wszystkim, że do podjęcia decyzji unijnych potrzeba będzie znacznie mniej państw, wystarczy piętnaście. Choć jeszcze nie działa bezpośrednio, działa – jak to celnie określił kiedyś Marian Piłka – jako trend polityczny, analogicznie do giełdy. Nikt nie szacuje siły państwa ze względu na jego chwilową, mijającą pozycję, ale na nadchodzącą trwałą perspektywę. Perspektywa degradacji Polski, Europy środkowej i mniejszych państw nie jest „spodziewana”, jest przez nas przyjęta i najzupełniej pewna.
Akceptacja gazociągu bałtyckiego przez Szwecję i Finlandię to pierwszy efekt mechanizmu Unii Lizbońskiej. Oba kraje do tej pory były przeciwne rosyjsko-niemieckiemu projektowi. Teraz Carl Bildt – w obliczu nadchodzących wyborów stałych władz Unii – zaczyna dostosowywać się do podyktowanego przez Niemcy, prorosyjskiego „consensusu” dominujących państw Unii.
A co zrobi premier Tusk? Powinien ogłosić sukces. A mózg jego władzy, b.minister Sławomir Nowak, powinien zaproponować, żeby Polska jak najszybciej poparła gazociąg bałtycki. I ogłosić, że wszyscy przeciwnicy Nord Streamu to wrogowie Europy, praw człowieka i zimowego ogrzewania mieszkań.
Ratyfikacja traktatu lizbońskiego to wynik wszystkich błędów popełnionych w trakcie procesu jego negocjacji, zawierania i ratyfikacji. Po serii niepotrzebnych napięć z Niemcami o sprawy – w najlepszym razie prestiżowe, a często niepoważne – rząd Jarosława Kaczyńskiego późną wiosną’2007 zdecydował się przyjąć stanowisko niemieckie w najważniejszej kwestii europejskiej: wznowienia prac nad odrzuconym we Francji i w Holandii traktatem konstytucyjnym. Zgodziwszy się na negocjacje nowego traktatu tworzącego nowe instytucje władzy i nowe kompetencje Unii Europejskiej, rząd Kaczyńskiego nie powiązał naszej zgody z żadnymi realnymi dowodami większej solidarności europejskiej: ani z wyrównaniem dopłat bezpośrednich dla polskich rolników do poziomu ogólnoeuropejskiego, ani z zaniechaniem budowy gazociągu bałtyckiego, ani z rozszerzeniem na Polskę niemieckich zasad pomocy publicznej.
Zupełnie porzucono postulat potwierdzenia szacunku Unii Europejskiej dla życia chrześcijańskiego narodów Europy – sprowadzając całość polskich żądań do utrzymania arytmetycznej siły polskiego głosu (najpierw „Niecea albo śmierć” PO, potem „pierwiastek albo śmierć” PiS). Sprawę tę potraktowano jedynie jako demonstrację stanowczości i bardzo szybko porzucono. Siła polskiego głosu w Unii Europejskiej została dwukrotnie zredukowana. Jednocześnie nowy sposób liczenia głosów zmniejszył w ogóle znaczenie państw Europy środkowej (tzw. Nowej Unii) przy podejmowaniu wspólnych decyzji.W finałowej fazie negocjacji traktatowych rząd – kierując się racjami partyjnymi PiS – zdecydował się na rozwiązanie Sejmu, co stanowiło akt kompletnej nieodpowiedzialności za przyjętą władzę.
Zgadzając się na traktat – w trakcie już trwającej kampanii wyborczej – premier Kaczyński przedstawił go jako wielki sukces, nieopatrując żadnymi zastrzeżeniami (przez co Polska nie mogła ich potem podnieść w czasie kryzysu irlandzkiego). Premier dał pierwszeństwo partyjnej propagandzie sukcesu przed potrzebą podnoszenia polskich postulatów na forum międzynarodowym.
Rząd Donalda Tuska, ignorując niepewny wynik ratyfikacji w Czechach, Wielkiej Brytanii i Irlandii (co zapowiadaliśmy publicznie już w grudniu’2007) postanowił w ekspresowym tempie przyjąć ustawę ratyfikacyjną, bo premier chciał być prymusem Europy. Spowodowało to wzmożenie międzynarodowych nacisków na Prezydenta Rzeczypospolitej, od którego żądano szybkiej i ostatecznej ratyfikacji. Ustawa ratyfikacyjna jeszcze bardziej ograniczyła możliwości polskiej inicjatywy w Europie po odrzuceniu traktatu w pierwszym referendum irlandzkim i potem, w czasie irlandzkich negocjacji o opatrzenie go protokołem gwarantującym sprawy istotne dla irlandzkich interesów. Premier Tusk – chcąc być prymusem Europy – stracił taką możliwość.
Prezydent Lech Kaczyński po referendum irlandzkim niemal od razu zapowiedział, że oczekuje zmiany stanowiska Irlandii, po czym traktat podpisze. Tym samym włączył się nie tylko w presję międzynarodową na społeczeństwo irlandzkie, ale przede wszystkim podważył fundamentalną dla Europy (i formalnie powtórzoną w traktacie lizbońskim) zasadę jednomyślności kluczowych decyzji dla Unii Europejskiej. Zasada jednomyślności zostaje faktycznie zmieniona z obowiązku uznawania stanowiska wszystkich państw w mechanizm presji na państwa, których stanowiska się nie uznaje. Wreszcie błędem była deklaracja prezydenta o natychmiastowości podpisu po przyjęciu traktatu w Irlandii, bez żadnych zastrzeżeń prawnych. To uniemożliwiło choćby konsultacje w tej sprawie z Czechami. Wynikiem tych pochopnych deklaracji była ostateczna ratyfikacja traktatu.
Efekt to traktat radykalnie zmniejszający pozycję Polski i Europy środkowej w Unii Europejskiej, demonstracyjnie odrzucający znaczenie chrześcijaństwa dla Europy i redefiniujący w duchu radykalnego liberalizmu wartości podstawowe Unii, zwiększający jej władzę bez żadnych dowodów większej solidarności w Europie, zachowujący tak niesprawiedliwe rozwiązania jak niemieckie przywileje w zakresie pomocy publicznej czy dyskryminacja polskiego rolnictwa. Traktat zwiększa kompetencje Unii Europejskiej w polityce zewnętrznej bez żadnego określenia jej celów w sprawach takich jak rozszerzenie czy bezpieczeństwo Europy środkowej.
Kształt traktatu i jego przyjęcie to – w polityce polskiej – wynik pierwszeństwa racji partyjnych nad państwowymi i kompleksów klasy politycznej PO-PiS, uniemożliwiających prowadzenie aktywnej polskiej polityki europejskiej. Obrona całości interesów Polski – a więc naszych wartości, naszej wizji współpracy europejskiej, naszych narodowych praw – w Europie kształtowanej przez traktat lizboński wymagać będzie zasadniczych zmian w polskiej polityce. Od ich przeprowadzenia zależy zdolność naszego kraju do prowadzenia samodzielnej i efektywnej polityki w Europie.
Afera FAZ, albo skrzywdzona zasługa
Kierownictwo PiS żąda reakcji polskiej dyplomacji na artykuł w niemieckim „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, w którym – wg różnych tłumaczeń – określono Jarosława Kaczyńskiego jako „najstraszniejszego ze strasznych narodowych konserwatystów” albo jako „najbardziej zaciekłego z zaciekłych narodowych konserwatystów”. Reakcja o tyle dziwna, że przyimek „zaciekle” ma w języku PC konotację zdecydowanie pozytywną.
Inna rzecz, że artykuł FAZ jest po prostu głupi, bo rażąco niesprawiedliwy. Nie ma polskiego polityka, który we współpracy z obecnym rządem Niemiec poszedł tak daleko jak Jarosław Kaczyński. To jego rząd poparł kanclerz Merkel, gdy ta wiosną’2007 wznowiła prace nad traktatem konstytucyjnym UE, następnie podpisał traktat lizboński, a w końcu pomógł przeprowadzić ustawę ratyfikacyjną w Sejmie w marcu ubiegłego roku. Tylko Nixon mógł jechać do Pekinu. Tylko Kaczyński mógł skutecznie przeprowadzić tę politykę. Gdy parafował traktat lizboński – jego późniejsi deklaratywni przeciwnicy, jak Anna Sobecka, Ryszard Bender czy Artur Górski, zajęci byli kampanią wyborczą na listach PiS i ani w głowie im było wtrącać się w to, co Prezydent i rząd robią w Brukseli i w Lizbonie.
Afera FAZ to kolejna zasłona dymna zaciemniająca i trująca naszą politykę. Zamiast do skutku domagać się od MSZ jasnego odrzucenia doktryny wypędzenia w stosunkach polsko-niemieckich, PiS stawia w centrum polityki polskiej humory swojego lidera.
Pan Kazimierz z Wielkopolski przeżywa jako tragedię, że wyborcy przeciwni Traktatowi Lizbońskiemu i euro muszą wybierać między Prawicą Rzeczypospolitej, PiS i Libertas. Muszę więc przypomnieć Panu, Panie Kazimierzu, że to rząd Jarosława Kaczyńskiego zawarł traktat lizboński – mimo polityki prowadzonej do wiosny’2007 (czyli do konferencji berlińskiej) i krytyki jego założeń we wcześniejszym oficjalnym programie Prawa i Sprawiedliwości. PiS przygotowując się do zawarcia traktatu głosował przeciw zobowiązaniu rządu do upomnienia się o potwierdzenie w traktacie szacunku Unii dla wartości chrześcijańskich. Również PiS wspólnie z PO przegłosował w Sejmie ustawę o ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Czy prof. Jacyna-Onyszkiewicz obiecuje skutecznie zmienić politykę Jarosława Kaczyńskiego?
Przywódca Libertas, Declan Ganley, jest zwolennikiem euro – o czym zapewniał mnie w rozmowie pół roku temu (pisałem o tym 24 września). Nie słyszałem nic o tym, że Anna Sobecka odwiodła go od tych poglądów. Programem Ganleya jest wzmocnienie Unii Europejskiej przez wzmocnienie jej demokratycznych instytucji, przede wszystkim Parlamentu Europejskiego. Tego samego Parlamentu, który odmówił powołania do Komisji Europejskiej Rocco Buttiglione, a we wrześniu ubiegłego roku formalnie potępił Kościół Katolicki. Ganley chce nowej konstytucji europejskiej, w której pozycja Parlamentu („demokratyczna kontrola”) będzie silniejsza, kosztem organów międzyrządowych i delegowanych przez państwa narodowe.
Prawica Rzeczypospolitej walczy o zbudowanie polskiej polityki europejskiej, działającej na rzecz silnej opinii chrześcijańskiej w Europie i kierującej się zasadą: tyle wspólnych instytucji i kompetencji, ile wspólnych wartości i interesów. Dla nas miarą polityki europejskiej są wartości chrześcijańskie oraz interesy Polski i Europy środkowej – dla Ganleya demokratyczne nastroje Niemców, Holendrów, Francuzów.
Na pytanie Pana Kazimierza odpowiedź jest prosta: wyborca chcący naprawdę głosować przeciw traktatowi lizbońskiemu, za zachowaniem polskiej waluty i polityki pieniężnej – powinien głosować na Prawicę Rzeczypospolitej.
Prezydent Kaczyński po raz kolejny oświadczył (w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”), że w traktacie lizbońskim „osiągnęliśmy wszystkie cele”. Tym samym przyznał, że wpisanie do Traktatu szacunku dla życia chrześcijańskiego narodów Europy i dla praw rodziny nigdy do jego zasadniczych celów nie należało. Niestety, Lech Kaczyński należy do tej ogromnej większości polityków, dla których sprawy cywilizacji chrześcijańskiej nie mają realnego znaczenia politycznego. Nie jest wyjątkiem, więc nie zamierzam z tego powodu odmawiać mu innych zalet, zasług czy mojej osobistej przyjaźni (którą zawsze chcę traktować jako wybór nieodwołalny). Zawsze głosiłem zasadę, że solidarność narodowa to nie koncept ideologiczny, którym można się posługiwać dla celów partyjnych, ale zobowiązanie do dialogu i tego, co Maurras określił jako compromis nationaliste, wspólnego zaangażowania dla poszczególnych spraw interesu narodowego z ludźmi, z którymi również w wielu sprawach się nie zgadzamy. Zresztą wielu „liderów opinii” katolickiej ponosi współodpowiedzialność za defekty polityki prezydenta Kaczyńskiego i PiS. Bo dalej uparcie będę głosił tezę, że po okresie bezwarunkowego poparcia katolickiego dla Lecha i Jarosława Kaczyńskich przeszedł czas na (coraz bardziej) warunkową współpracę. I dziś staje kwestia najzupełniej konkretnego warunku – sprawa traktatu lizbońskiego, a tu już nie chodzi o prawicę chrześcijańsko-konserwatywną, ale o Polskę.
Jutro (w niedzielę) występuję w “Kawie na ławę” w TVN o 10.55 (powtórka w TVN-24 o 19.20).
Święci Sylwestrzy to dobrzy patroni końca roku. I święty papież Sylwester – pierwszy papież wybrany w czasach wolności Kościoła, gdy przesilały się czasy między pierwotnym Kościołem męczenników a Cesarstwem chrześcijańskim, i Sylwester II, papież pierwszego Millenium, gdy kończyły się czasy nadziei na uniwersalne Imperium chrześcijańskie, a budziła się Europa narodów.
Nigdy nie wiemy, jaki będzie następny rok, ale trzeba podziękować za dobrodziejstwa mijającego. Na poprzedniego Sylwestra pisałem, że przyjęcie lizbońskiego „Traktatu jest kwestią otwartą, szczególnie w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Czechach” i apelowałem, by rząd „chociaż spokojnie [poczekał] na rozwój debaty w innych krajach”. Niestety, rząd czekać nie chciał, opozycja również. Jednak gdy przypomnimy sobie nastrój jeszcze dziesięć miesięcy temu, powszechny consensus polityczny wokół „lizbońskiego” sukcesu – nic nie wskazywało, że już po paru tygodniach, po kampanii Prawicy Rzeczypospolitej przypominającej odpowiedzialność opozycji i po burzliwie przyjętej ustawie ratyfikacyjnej – ratyfikacja utkwi w martwym punkcie. Walczyliśmy o to, demaskując próby zwekslowania debaty o traktacie w spór o procedurę jego przyjęcia, i dzięki temu wspólnie z Czechami i Irlandią jesteśmy wśród krajów, które odmawiają poparcia Lizbonie – traktatowi, który miał rozszerzyć władzę Unii bez żadnych dowodów większej solidarności, z demonstracyjnym lekceważeniem chrześcijaństwa i degradacją pozycji naszego kraju.
Tak samo w sprawie euro – jest już pewne, że w tej kadencji Parlamentu nie dojdzie do likwidacji waluty narodowej, a opozycja do wyborów będzie musiała pójść pod hasłami obrony narodowego pieniądza. I tak długo, jak długo Polacy zapewniać będą w Sejmie obecność157 posłów broniących polskiej waluty – zachowamy ten instrument politycznej suwerenności. W tej sprawie pomogła nasza kampania prawdy, ale rządowi otworzył też wyobraźnię międzynarodowy kryzys. To nie jedyne chmury na horyzoncie. W Parlamencie Europejskim padają coraz dalej idące pomysły dechrystianizacyjne, z rezolucją wzywającą do represji wobec przywódców religijnych i politycznych, broniących chrześcijańskiej i naturalnej etyki seksualnej. A żeby nie zapomnieć o naszej odpowiedzialności, nie można w tym miejscu nie wspomnieć o polskiej hańbie tego roku – „sprawie Agaty” i jej dziecka, zaszczutego przez „Gazetę Wyborczą”, przy akceptacji rządu i bierności opozycji.
Życie toczy się dalej i na każdym kroku potwierdza znaczenie naszej wolności. Idźmy więc naprzód, tak jak wzywa nas Benedykt XVI, ufni w Bogu i w siły, które nam daje. Tego życzę na Nowy Rok Wszystkim Przyjaciołom i Czytelnikom tego bloga.
Spotkałem się wczoraj z Declanem Ganleyem, założycielem Instytutu Libertas, człowiekiem, który wygrał kampanię referendalną przeciw traktatowi lizbońskiemu w Irlandii. W Irlandii – a właściwie w Europie. Ganley wygrał, ale europejscy arcykapłani wolności nie dają za wygraną. Hans-Gert Pöttering i Daniel Cohn-Bendit chcą ustalić „za czyje pieniądze” przegrali referendum – bo najpewniej CIA. Skąd my to znamy!? Nawiasem mówiąc, Ganley nie jest przeciwnikiem Unii Europejskiej. Popiera nawet euro. Jest przeciw budowaniu unijnej władzy w oderwaniu od państw i narodów. W przyszłorocznych wyborach europejskich zamierza wystawić ogólnoeuropejską listę przeciwników traktatu. Tego nie uważam za dobry pomysł. Powody holenderskiego i irlandzkiego „nie” były inne. Przyszłość współpracy europejskiej wymaga debaty na temat wartości, solidarności i interesów państw Europy. Lizbońska reforma chciała zastąpić debatę i ustalanie zasad polityki, wzmocnieniem władzy – która będzie mogła, zamiast uzgadniać, forsować politykę lub blokować działania państw. Ale krytyka złego nie jest jeszcze propozycją dobrego. Choć – wracając do mojego wczorajszego spotkania – w tym co dobre dla Europy w większości spraw zgadzaliśmy się z Declanem Ganleyem. I w sferze zasad (Ganley przez lata był działaczem irlandzkiej Fianna Fáil), i w sprawach praktycznej solidarności, choćby tego, że Europa powinna już kilka lat temu udzielić wsparcia politycznego Gruzji w rozmowach z Rosją. I jeszcze ciekawostka – pani Ganley jest Polką z pochodzenia.
A właściwie to Prezydent do Lizbony wraca zaskakująco często. Najpierw w ostatnim orędziu, gdy Lech Kaczyński powiedział, że w traktacie reformującym osiągnął wszystko, czego chciał. Wczoraj, gdy mówił w podobnym tonie. I po posiedzeniu Rady Europejskiej, gdzie padła najbardziej nieoczekiwana deklaracja: Irlandia musi przeprowadzić nowe referendum. Miejmy nadzieję, że Irlandczycy to zrozumieją. Ale gdyby nie rozumieli, dlaczego mają w sprawie traktatu wypowiadać się dwa razy – właściwie Francja jako kraj obecnie przewodniczący Unii powinien dać przykład. Skoro Irlandczycy mogą przeprowadzić dwa referenda – Francja może przynajmniej jedno. Tak by wypadało – w końcu Francja to Ojczyzna Równości. Chyba o tym mówił prezydent Sarkozy: to nie jest sprawa polityki, to kwestia moralności!
Wiecie, jaki jest szczyt bezczelności? Nie jestem w nastroju do żartów, więc napiszę krótko: ust. 2c art. 87 (obowiązującego!) Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską. A drugi szczyt bezczelności? Straszyć Polskę zwrotem pomocy publicznej dla naszych stoczni, mimo że w Unii obowiązuje ust. 2c art. 87 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską.
Art. 87 ust. 2 mówi, że państwa mają prawo udzielać pomocy – najbiedniejszym, jeżeli przekazywane towary nie są faworyzowane w oparciu o kryterium narodowe, ofiarom katastrof naturalnych oraz – w pkt. c – Niemcom ze wschodnich landów, po to, by usuwać gospodarcze skutki komunizmu w Niemczech. Streszczam te przepisy, więc przeczytać możecie sami. Streszczam i interpretuję, bo oczywiście brzemienne nienawiścią określenie „komunizm” nie pada w Traktacie. Mowa tam o regionach „dotkniętych podziałem Niemiec, w zakresie, w jakim jest niezbędna do skompensowania niekorzystnych skutków gospodarczych spowodowanych tym podziałem”. I rzeczywiście do końca nie wiadomo czy tylko chodzi o to samo, czy o coś jeszcze więcej. Bo albo „podział Niemiec” to tylko eufemistyczne określenie marionetkowych rządów komunistycznych w NRD (by nie ranić „lewicy”), albo należy to czytać wprost, że podział Niemiec był znacznie większym nieszczęściem niż pozbawienie niepodległości całych narodów, skazanych na życie pod dominację sowiecką. W tym narodów takich, jak Czesi, którzy stracili niepodległość przez Niemcy, a nawet Polacy – którzy zatrzymali ekspansję Hitlera i pierwsi bronili wolności Europy przed agresją niemiecko-sowiecką.
Niemcy biorą, co chcą. I nie wstydzą się do traktatów wpisywać narodowych kłopotów, których sami sobie narobili, jako europejskich tragedii. Pora, by nasi przywódcy zaapelowali do Europy o przyzwoitość. Śmiało, w ramach standardu Sarkozy’ego. To naprawdę nie jest kwestia polityki, to kwestia moralności!
Nouvelle Opération Résurrection?
Prezydent przywiózł z Paryża tajny plan europejski, który ma być ujawniony w stosownym czasie. Czego dotyczy plan, można tylko spekulować. Rzecz jest tym bardziej tajemnicza, że miał być raport, a jest plan. Jarosław Kaczyński już miesiąc temu deklarował, że ratyfikacja zależy od wyjaśnienia, „jaka jest sytuacja prawna”. Nie wiemy, czy prezes PiS wie już, „jaka jest sytuacja prawna”. Być może tak, a raport „jaka jest sytuacja prawna” zostanie ujawniony razem z planem w stosownym czasie. Stwierdzając bowiem bezprzedmiotowość ratyfikacji traktatu lizbońskiego Lech Kaczyński potwierdził, że traktatu – jako umowy, która może stać się prawem wzajemnie wiążącym państwa Unii Europejskiej – już nie ma. Czyżby miał być wskrzeszony? Mnie osobiście Opération Résurrection nie kojarzy się najlepiej. Mało kto ją pamięta (choć mija okrągłe pół wieku). Warto więc przypomnieć, bo to jedno z największych oszustw ubiegłego stulecia.
Kończyła się we Francji Czwarta Rzeczpospolita. Francuzi oddali pół Wietnamu komunistom (na szczęście ratując drugą połowę), trwała wojna w Algierii. De Gaulle obiecał walkę do końca w obronie Francji od Dunkierki po Tamanrasset. Po cichu zachęcał dowódców prowadzących wojnę w Algierii do przewrotu wojskowego. Plan był gotowy – kryptonim Operacja Zmartwychwstanie. Przerażony prezydent Coty oddał de Gaullowi władzę. Generał władzę wziął – i skutecznie (!) zrealizował program dekolonizacji, który zwalczał, gdy parł do władzy.
Czy w sprawie traktatu będziemy mieli Nouvelle Opération Résurrection? Lech Kaczyński gra, choć w tej grze już zgubił wiele, bardzo wiele, atutów (teraz nie czas na wyliczenia). Próbował wyjść z sytuacji, teraz stoi w wyjściu i rozgląda się na boki. Prezydentowi należy się kredyt zaufania tak długo, jak długo jest nadzieja, że prowadzi grę przeciw zmowie ratyfikacyjnej. Choć niewiele wskazuje na to, by w Paryżu powiedział jasno Prezydentowi Francji „jaka jest sytuacja prawna”.
Nowa demokracja dla nowej Europy
Prezydent jedzie świętować 14 lipca. Defilada na Polach Elizejskich to nie okazja do polemik, ale mam nadzieję, że Lech Kaczyński znajdzie okazję, by z prezydentem Francji porozmawiać poważnie.
Apele Sarkozy’ego do moralności Lecha Kaczyńskiego to coś więcej niż wyskok polityczny w stylu Chiraca, który zachęcał kraje środkowoeuropejskie, by w czasie kryzysów międzynarodowych siedziały cicho i cieszyły się, że nikt nie pyta ich o zdanie. „Nowa moralność” Sarkozy’ego to – mimo groteskowej formy – poważna i groźna doktryna polityczna. Otwarcie sformułowana doktryna, według której przywódców Europy bardziej od praw własnych narodów (również praw zapisanych w traktatach europejskich) zobowiązywać powinny wzajemne osobiste uzgodnienia; uzgodnienia, które powinni wykonywać – niezależnie od racji prawa i demokracji – na terenie swoich państw. I wbrew pozorom nie jest to doktryna ani nowa, ani utopijna. Jej pierwszą dużą realizacją była zmowa antyreferendalna, by nigdzie w Europie nie przeprowadzać referendum na temat traktatu lizbońskiego. Układ ten wykonano z żelazną konsekwencją, Irlandia zaś była założonym z góry i nieuniknionym (ze względów konstytucyjnych) wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jak się okazało – szczęśliwym wyjątkiem.
Doktryna Sarkozy’ego to również recepta na wyzucie z treści zasady jednomyślności (kluczowych decyzji) w Unii Europejskiej. Zadaniem przywódców unijnych będzie, na terenie swoich państw, tak długo – per fas et nefas – forsować unijne ustalenia, aż te nie zostaną wykonane w sposób zadowalający dla kierownictwa Unii. Ostateczne będą tylko decyzje zgodne z oczekiwanym wynikiem, wszelkie sprzeczne – będą podlegać obowiązkowej rewizji. Ta doktryna w konsekwencji zmienia Unię ze związku państw w sui generis Imperium, wzmacniające swą władzę nie dla realizacji wolnych uzgodnień tworzących je państw, ale w istocie w opozycji do nich. I nie dajmy się zwieść pozorom zgody w Europie. Kamieniem węgielnym tej zgody jest zgoda, by nie pytać narodów o zdanie – w referendum.
Na wczorajszej konferencji prasowej przedstawiłem deklarację poparcia dla wszystkich działań Prezydenta, które naprawdę będą bronić zasady jednomyślności kluczowych decyzji Unii, pod warunkiem oczywiście – że nie będą jedynie obroną pozorów przestrzegania tej zasady. Potrzebne jest mocne poparcie, bo Prezydent nie ratyfikując nieważnego Traktatu realizuje interes narodowy, a to, co zapowiada PO, SLD i PSL – presja parlamentarna w kierunku ratyfikacji nieważnego traktatu, podważająca zasadę chroniącą nasze suwerenne kompetencje we współpracy europejskiej – to praktyki nawiązujące do najgorszego dziedzictwa czasów saskich, niszczenia państwa i budowania własnej pozycji politycznej na poparciu zagranicy. Co więcej – jest to polityka godząca w solidarność europejską, bo wyzywanie od „antyeuropejskich” wszystkich opinii krytycznych wobec propozycji dyrektoriatu kierowniczego UE to niszczenie, a nie łączenie Europy.
A teraz wyjaśnienie wstępnego zastrzeżenia. Prezydent podjął najlepszą decyzję europejską od roku i należy ją mocno popierać, choć ostateczny kierunek tej polityki do końca jasny nie jest. Przede wszystkim prezydent Kaczyński przyłącza się do chóru traktującego decyzję irlandzką jako chwilową. Jego minister Michał Kamiński oświadcza, że Prezydentowi zależy na wejściu Traktatu w życie, a chodzi tylko o to, by Irlandczykom dać czas na zmianę decyzji. Pół miesiąca temu Jarosław Kaczyński – mijając się z wcześniejszymi wypowiedziami ministra Kamińskiego – twierdził w „Sygnałach Dnia”, że Prezydent traktatu nie popiera, a ratyfikacja zależy od wyjaśnienia, „jaka jest sytuacja prawna”. Przedwczoraj w jednym z serwisów telewizyjnych Jolanta Szczypińska potwierdziła, że wyjaśnienia trwają dalej. Natomiast Adam Bielan w „Dzienniku” mówi (nadal chwaląc Traktat Lizboński), że Prezydent „jest gotowy ratyfikować traktat, jeżeli sytuacja polityczna ulegnie zmianie”. Nie wiadomo więc, co będzie przesłanką decyzji Prezydenta: zasada jednomyślności czy polityka innych państw, niezależnie od prawa europejskiego? Jarosław Kaczyński mija się Bielanem czy mija się (wedle własnego określenia) z prawdą? A może prawda mija się ze zmieniającą się sytuacją polityczną? Nie wiadomo, choć „jaka jest sytuacja prawna” wiadomo od początku, a kto nie wiedział – przez pół miesiąca dowiedzieć się powinien. Nieważne, czas rozjaśni zamiary i intencje. Ważne jest jedno: by bezprawie nie zatryumfowało w Europie.
Dla kogo Polska jest problemem?
Prezydencki minister Michał Kamiński uparcie zapowiada, że Prezydent ratyfikuje Traktat mimo odrzucenia go przez państwo, którego zgoda była konieczna do przyjęcia Traktatu. Co więcej – w dzisiejszym „Dzienniku” Kamiński mówi, że „Polska nie będzie problemem, bo Prezydent jest zwolennikiem traktatu”. Brzmi to równie mądrze, jak zapowiedź, że „wybory nie będą problemem, bo Prezydent jest zwolennikiem PiS”. Już wczoraj wezwałem prezydenta Kaczyńskiego do jak najszybszego zdementowania wypowiedzi jego ministra i potwierdzenia bezprzedmiotowości ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Niestety, od Prezydenta nie usłyszeliśmy niczego uspokajającego. Dziś w Wilnie powiedział, że „Irlandczycy mieli prawo powiedzieć to, co powiedzieli, a my mamy prawo ich przekonywać”. Brzmi to lepiej niż wypowiedzi Kamińskiego, ale co w istocie oznacza? Bo Prezydent Rzeczypospolitej nie ma prawa wspólnie z przywódcami innych państw „przekonywać” do faktycznego wyzucia z treści zasady jednomyślnej zmiany traktatów UE. Zasady, która zawiera w sobie nie tylko prawa Irlandii, ale istotną część polskiej suwerenności. Obowiązkiem Prezydenta wg art. 126 Konstytucji jest strzeżenie suwerenności Rzeczypospolitej i Prezydent nie może podważać żadnego z jej elementów.
Jednomyślność gwarantuje nie tylko prawa państw do zgody na zmiany traktatów Unii Europejskiej. W samym traktacie lizbońskim jednomyślność dotyczyła m.in. określania kierunków wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, stworzenia sił zbrojnych Unii czy zgody państw na podjęcie przez Unię środków niezbędnych w celu zwalczania dyskryminacji ze względu na orientację seksualną (gej Fay kłania się Jackowi Kurskiemu), co może prowadzić do pozbawienia państwa prawa głosu w instytucjach Unii. Warto wiedzieć, że w razie czego jednomyślność w tych sprawach nie będzie żadnym problemem.
Warto było czekać na Irlandię. Dlatego apelowałem już w ubiegłym roku o zwłokę ratyfikacyjną i porzucenie nieodpowiedzialnej taktyki „prymusa Europy” przez rząd PO, wsparty (mimo wszystko – nieoczekiwanie) przez Prezydenta i PiS. Oczywiście, protagoniści tej taktyki uważać ją będą za słuszną, bo dzięki temu będą dobrze widziani przez Dyrektoriat kierowniczy Unii. Niestety, ceną ich pozycji polityczno-towarzyskiej była rezygnacja z odwoływania się do polskich postulatów, które mogli przypominać choćby jako dowód swojego kompromisu. Przypominać, by wznowić w wypadku upadku traktatu. Ale honor zastąpiła propaganda sukcesu.
Dziś ciągle jest czas na wznowienie stanowiska polskiego. Warto zadeklarować prostą doktrynę polskiej polityki europejskiej: tyle wspólnych instytucji i kompetencji, ile wspólnych wartości i interesów. Warto przypomnieć nasze postulaty podstawowe: potwierdzenie pozycji Polski określonej przez Traktat Nicejski i szacunku Unii dla życia chrześcijańskiego narodów Europy. Wreszcie trzeba wyraźnie powiedzieć, że warunkiem wstępnym debaty na temat reformy Unii jest pełna realizacja jej zasad: w zakresie solidarności energetycznej (zaniechanie budowy gazociągu bałtyckiego), w dziedzinie Wspólnej Polityki Rolnej (100 % dopłat bezpośrednich dla polskich rolników), na rynku pracy – przez jego pełnej otwarcie we wszystkich krajach.
Dobrze, że Prezydent do tej pory nie dokonał ratyfikacji. Niepokojące są głosy, że zamierza to zrobić mimo upadku Traktatu. To w ogóle nie wchodzi w grę. Kwestionowanie konsekwencji referendum irlandzkiego oznaczałoby nie tylko lekceważenie praw Irlandii. Oznaczałoby zanegowanie zasady zgody wszystkich państw na zmianę traktatów, a więc fundamentalnych gwarancji naszej suwerenności w ramach Unii. Tego żadna władza w Rzeczypospolitej legalnie zrobić nie może.
Wszyscy jesteśmy zmartwieni zakończeniem meczu z Austrią; zwycięstwem i szansą zgubioną (skradzioną?) na paredziesiąt sekund przed końcem.
Ale to nie jedyne dziwne wydarzenie tego dnia. Po meczu przełączyłem najpierw na TVN-24, potem na Euronews, ale okazało się, że nigdzie nie ma wyników referendum irlandzkiego. Pamiętam wieczór akcesyjny, w niedzielę punktualnie o 22.00, tak jak zresztą przy każdych wyborach, podano wstępny wynik na podstawie sondaży wyborców odchodzących od urn. Jak zawsze. Ale nie tym razem.
Miałem nadzieję na wynik rano – a tu znowu nic. Czy to takie trudne policzyć niespełna pół miliona głosów na tak lub nie, w obwodach gdzie pewnie głosowało po kilkaset osób? Normalnie biorąc w noc wyborczą Komisja Wyborcza podaje kolejno wstępne wyniki wyborów już po zliczeniu – najpierw 10 %, potem 25 %, potem połowy obwodów do głosowania itd. Tym razem jednak nie.
Czekamy na wynik referendum jak na rezultat międzypartyjnych negocjacji za zamkniętymi drzwiami. Czy tak się rodzi europejska demokracja?
Po wpisie o debacie na PWSW w Przemyślu sacdjo prosił o sprecyzowanie, dlaczego nowe zasady liczenia głosów mogą już za jedenaście lat dać nam znacznie gorszy budżet Unii, a więc również znacznie słabsze możliwości inwestycyjne niż obecnie. Dziękuję za tę okazję do rozszerzenia kwestii. Otóż już budżet na LP 2019-25 będzie dyskutowany w warunkach nie tylko poważnego osłabienia siły polskiego głosu, ale – wskutek uruchomienia zasady „podwójnej większości” – pomniejszonego znaczenia Europy środkowej w ogóle. Przewodniczący Bundestagu, Norbert Lammert, wyznał w czasie debaty, którą mieliśmy na UW, że być może Helmut Kohl popełnił błąd dążąc do rozszerzenia Unii przed jej zreformowaniem. Gdyby wybrano inną drogę – ustalenie zasad działania Unii wewnątrz starej piętnastki – krajom Europy środkowej można by łatwiej zaproponować (czytaj: narzucić) unijny modus cooperandi. Ta koncepcja powraca w postaci „podwójnej większości”: do jej ukonstytuowania wystarcza piętnaście państw Unii (reprezentujących 65 % ludności). To właściwie zamienia „wielkie rozszerzenie” na „wielki przyłączenie” i ułatwia jednostronną politykę wewnątrz Unii, tak jakby Europy środkowej we wspólnocie nie było. Wpływ Polski wraz z innymi „młodymi” państwami Unii zmaleje we wszystkich ważnych dla nas planach: od solidarności ekonomicznej po geopolitykę wschodnią. Nasza pozycja będzie dodatkowo osłabiona mniejszym wpływem (naszym i większości państw o podobnych interesach) na wybór władz unijnych – do których będzie należało inicjowanie i koordynowanie polityki we wszystkich dziedzinach.
Wczoraj zarejestrowaliśmy moją kandydaturę do Senatu w Krośnie. Jestem drugim zgłoszonym kandydatem, wcześniej zarejestrował się dr Maciej Lewicki z Platformy. Moją kandydaturę poparło swoimi podpisami ponad sześć tysięcy osób.
Spotkałem się również w Szkole Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu z Pawłem Zalewskim, poprzednim przewodniczącym sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, na debacie o traktacie lizbońskim i przyszłości polskiej polityki europejskiej. Paweł Zalewski przekonywał, że „mleko się rozlało”, nie jesteśmy ani przed negocjacjami, ani w trakcie – ale po przyjęciu traktatu, który teraz należy ratyfikować. Ja oddzieliłem plan przeszłości (potępienie źle wynegocjowanego i pochopnie popartego ustawą sejmową traktatu) od przyszłości – a tu przypomniałem mój apel do Prezydenta o niedokonywanie ratyfikacji przed referendum irlandzkim, więc przed połową czerwca. Na pytanie prowadzącego debatę dr. Zająca o konsekwencje traktatu dla obywateli wymieniłem dla przykładu trzy: (1) słabsze oparcie dla kontynuacji Wspólnej Polityki Rolnej, która jest ważnym oparciem dla naszych rolników (a niestety coraz częściej podnoszą się w Unii głosy o potrzebie jej radykalnego ograniczenia), (2) podział budżetu Unii już za jedenaście lat (a więc związane z tym możliwości poprawy warunków życia), wreszcie (3) zagrożenie praw wychowawczych rodziców, gdyż wprowadzana właśnie w Hiszpanii edukacja cywilna znakomicie pokazuje, co może oznaczać zapisana w art. 10 traktatu dyspozycja zwalczania wszelkiej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną.
Mówiliśmy też o bliskiej przyszłości rozwiązywania praktycznych problemów związanych z udziałem w strefie Schengen, i to bynajmniej nie likwidacji resztek urządzeń granicznych na granicy słowackiej. O tym też – praktycznych możliwościach ulepszenia ruchu na granicy ukraińskiej – mówiłem na niedawnym spotkaniu w Lubaczowie.
Szansa, ale na co – zdaje się pytać Profesor Sadurski o racje postulatu niedokonywania przez Prezydenta ratyfikacji przed połową czerwca. Profesor oczywiście inaczej ocenia sam traktat, ale pytanie czy zwłoka ratyfikacyjna tylko odwlecze to, co nieuchronne, czy rzeczywiście będzie ważyć na pozycji politycznej Polski – jest bardzo zasadne.
Po pierwsze – jest oczywiste, że nawet odrzucenie traktatu (konkretnie w Irlandii) nie zamknie debaty o organizacji Unii. Ta debata będzie trwała dalej. Kwestią otwartą będzie czy będziemy brali w niej realny udział. Możliwość podniesienia na nowo polskich postulatów i warunków jest nie do przecenienia.
Po drugie – mamy doświadczenia z procesu ratyfikacji Konstytucji dla Europy. Podczas „czasu refleksji” – między referendami we Francji i w Holandii a prezydencjami Niemiec i Portugalii – pozycję podmiotową zachowały te państwa, które nie ratyfikowały wcześniej traktatu konstytucyjnego. Inne praktycznie wyłączyły się z dyskusji. Twierdzenie, że Polska miałaby silniejszą pozycję przez ostatnie lata, gdyby wcześniej ratyfikowała Konstytucję dla Europy, jest absurdalne. Zatrzymanie ostatniego ratyfikacyjnego kroku na wypadek niewejścia traktatu w życie – to ochrona resztek pozycji Polski. Z perspektywy euromanii czy eurofobii to są sprawy obojętne, ale dla pozycji Polski w Europie – zupełnie kluczowe.
Wyjazd przeszkodził mi w regularnych wpisach. W Rzeszowie uczestniczyłem w bardzo udanych obchodach Narodowego Dnia Życia. Nie myślałem cztery lata temu, że zaproponowane przez nas obchody mogą przybrać kiedyś takie rozmiary. Tego samego dnia w Rzeszowie i wczoraj w Kielcach miałem też duże spotkania publiczne na temat traktatu. Sprzeciw wobec jego przyjęcia to już autentyczny ruch społeczny. I nie można go hamować, mimo zgody na ratyfikację w Parlamencie.
Bo jest jeszcze szansa. Jeżeli Prezydent chciał ustawy ratyfikacyjnej przed szczytem NATO w Bukareszcie – to teraz nie powinien spieszyć się z samą ratyfikacją. Przynajmniej do połowy czerwca, do referendum w Irlandii. Jeżeli tam traktat zostanie odrzucony – Polska zyska możliwość ponownego podnoszenia swoich postulatów w procesie dalszych negocjacji.
Oczywiście to tylko szansa. Irlandia będzie obiektem zmasowanej presji, by „nie przeszkadzała”. Wynik jednak jest otwarty, bo główny motyw irlandzkiego sprzeciwu przy poprzedniej ratyfikacji – zastrzeżenia do wspólnej polityki zagraniczno-obronnej – teraz będzie o wiele bardziej aktualny. Nie mniej aktualne będą też chrześcijańskie zastrzeżenia do traktatu. Nawet jednak koniunktura otwarta odrzuceniem traktatu w Irlandii wymagałaby od naszych polityków odwagi ponownego podniesienia polskich postulatów: obrony pozycji Polski, potwierdzenia szacunku Unii dla życia chrześcijańskiego w Europie, dowodów wzrostu solidarności (w energetyce, rolnictwie i polityce rozszerzenia), uzasadniających wyposażenie Unii w nowe kompetencje. Tylko szansa – ale rezygnować z niej nie wolno.