Traktat Reformujący


Traktat Reformujący 1 kwi 2008

Jeśli traktat zostanie przyjęty większość mediów będzie mogła wreszcie uznać, że hasło „Nicea albo śmierć” Rokita/Tusk rzucili ze strachu przed Ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Strach był wielki – więc i wycofać się nie było łatwo. Na szczęście się udało i zbliża się ostateczne wyzwolenie. Naprawdę, bez ironii – wyzwolenie od złudzeń. 

Jeśli traktat lizboński wejdzie w życie będzie to oznaczać, że po tej klasie politycznej nie możemy spodziewać się żadnej realnej polskiej polityki europejskiej. Wielkie partie interesuje: w kraju – władza, a w Unii – pewien udział w zarządzaniu w zamian za płynące z tego korporacyjne korzyści. Jedno i drugie nie stanowi polityki polskiej w Europie. Z tą należy się pożegnać – z działaniem na rzecz właściwej geopolitycznej orientacji Unii, z rozstrzyganiem jej wyborów cywilizacyjnych (i budową opinii chrześcijańskiej w Europie), nawet z efektywną polityką rozwoju, a więc wyrównywania różnic materialnych między Polską i Europą środkową a Zachodem. 

Nie piszę, że należy pożegnać się na zawsze. Ale w każdym razie – na czas działania systemu PO-PiS. Tracimy na zewnątrz wszelką wiarygodność, gdy nawet ci, którzy najbardziej dramatycznie deklarowali obronę pozycji Polski, kontrolę władzy Unii, zaangażowanie chrześcijańskie – dziś krzyczą, że zreformowana Unia będzie dobra bez tego wszystkiego. Będzie dobra – bo będzie dalej można „wywierać wpływ”, czyli o tym wszystkim opowiadać wyborcom. Do następnej kapitulacji, przepraszam – sukcesu.

Traktat Reformujący 25 mar 2008

Prezydent twierdzi, że w Polsce nie ma sporu o traktat europejski. Wygląda na to, że nie ma już sporu między PO i PiS, ale w Polsce spór na temat przyszłości Europy i roli Polski w Unii Europejskiej jest coraz wyraźniejszy. Potwierdzają to wszystkie najnowsze sondaże.

Jarosław Kaczyński wyjaśnił podczas debaty sejmowej, co jest celem wszystkich manewrów ratyfikacyjnych: przyjąć traktat. Ale tak, by większość Polaków z tym się pogodziła, a tych, którzy nadal będą przeciwni – zepchnąć na zupełny margines.

To się Wam, Panowie, nie uda. Na szczęście dla Was. Bo gdyby przypadkiem się Wam udało – to Wy byście znaleźli się na kompletnym marginesie. Moralnym.

Traktat Reformujący 19 mar 2008

Po przemówieniu Prezydenta trudno powiedzieć, w którym punkcie oporu antytraktatowego jesteśmy. Prezydent znowu chwalił traktat lizboński. I były tam elementy jawnie wprowadzające w błąd opinię publiczną. Bo problem destrukcji praw rodziny i promocja homoseksualizmu to nie tylko Karta Praw. I nie tylko obecność w traktacie podstawowym przepisów zawierających koncept „orientacji seksualnych”, których „wszelką dyskryminację” Unia zobowiązuje się „zwalczać”. Najgorsze jest to, że nasi przedstawiciele nie podjęli żadnych wysiłków, żeby przepisów takich w traktacie nie było. A ich obecność w traktacie – to podstawa stałej presji na Polskę. 

Otwiera się jednak szansa – niezależnie od wcześniejszych złych decyzji i zaniechań – na odrzucenie traktatu. Jeżeli taka będzie funkcja proponowanych dokumentów towarzyszących – to dobrze. Wówczas odrzucenie traktatu będzie zasługą Prezydenta i PiS. Ale jeśli traktat ten zostanie przyjęty, to będzie również odpowiedzialność PiS, który ma w pełni wystarczające instrumenty, by go zablokować. I nic tu nie zmienią gromkie deklaracje i deklamacje. Poznamy po owocach. 

W każdym razie daleko zaszliśmy od głosowania w Sejmie pod koniec lutego, które wybrało parlamentarną drogę ratyfikacji. Jeszcze miesiąc temu debaty na temat traktatu właściwie nie było. Nikt do traktatu żadnych zastrzeżeń nie zgłaszał. Dziś marszałek Komorowski ogłosił, że ewentualne referendum może się odbyć nawet w przyszłym roku, w połączeniu z wyborami europejskimi. A to już włączenie do naszej debaty całej krytyki traktatu, która w tym czasie będzie miała miejsce w innych krajach Unii.  

W ciągu całej debaty Prawica Rzeczypospolitej konsekwentnie prezentowała kilka – początkowo odosobnionych – tez. Po pierwsze – pośpiech ratyfikacyjny jest szkodliwy. Po drugie – naprawdę ważnym problemem jest szkodliwość tego traktatu, a nie forma jego ratyfikacji. Po trzecie – PiS posiada pełnię władzy potrzebnej do odrzucenia traktatu. Pracujemy dalej, a wszystkim, którzy nas wspierają w tej pracy – serdecznie dziękuję.

Traktat Reformujący 17 mar 2008

Kiedy odrzucono Konstytucję dla Europy, popierający ten traktat komentatorzy uparcie twierdzili, że Francuzi i Holendrzy nie znali tekstu traktatu i nie wiedzieli, przeciw czemu głosują. Nikt nie protestował przeciw tego rodzaju wiwisekcjom francusko-niederlandzkiej świadomości obywatelskiej – więc jest standard, z którego warto skorzystać i zapytać, czego o traktacie dowiadują się Polacy. 

Nasza opinia jest bowiem bez przerwy wprowadzana w błąd w kwestii przedmiotu obecnej ratyfikacji. Przez polityków, którzy mają w tym swój interes. Na przykład SLD chce sobie budować nową tożsamość „europejską”, zgadzając się ze wszystkim, co przychodzi z Brukseli. PO i PiS chcą uniknąć merytorycznej debaty w oparciu o kryteria, które wcześniej same sformułowały. Ale co gorsza – również komentatorzy wmawiają Polakom, że w ratyfikacji chodzi o to, czy Unia Europejska będzie istniała nadal i czy Polska będzie brała w niej udział. Nic bardziej niedorzecznego. Decyzja o Unii zapadła w drodze referendum. Teraz waży się, czy zachowamy pozycję, z którą do Unii weszliśmy, czy też zostanie drastycznie obniżona. A także sam charakter Unii; potwierdzenie albo rewizja jej złych, zrywających z cywilizacją chrześcijańską, wyborów. W tej sprawie deklaratywnie też wszyscy byli zjednoczeni. 

Ale najkrócej – chodzi przede wszystkim o to, czy Polska w Unii będzie prowadzić aktywną politykę, promując solidarność (i tą drogą realizując nasze interesy), czy przeciwnie – będziemy traktować sami siebie jako kraj przyłączony. Ciesząc się – jak radził Jacques Chirac – że możemy cicho siedzieć przy stole.

Blog and Traktat Reformujący 15 mar 2008

Wróciłem w nocy z wyjazdu do Kielc i Radomia. W ciągu dnia sporo dziennikarzy dzwoniło z pytaniami o tekst Mikołaja Wójcika. W czasie wyjazdu (podczas kolejnych spotkań i w mediach) wyłączać trzeba co chwila telefon, więc nie bardzo nawet mogłem autoryzować wypowiedzi. W każdym razie wyjaśnię tu i teraz dwa najważniejsze aspekty sprawy. 

Mam wrażenie, że tekst „Dziennika” zupełnie niepotrzebnie przedstawia kluczowy problem narodowy, jakim jest traktat lizboński, jako element gry partyjnej. Zależy mi na tym, żeby PiS zablokował ten traktat, a nie na tym, by odróżniać się od PiS, który tego nie zrobi. Sprawa jest trudna, ale łatwe nie potrzebują zaangażowania. I tak udało się mocno wzruszyć dotychczasowe stanowisko PiS-u. Oczywiście trzeba nadal demaskować sztuczki alchemiczno-polityczne, żądając poważnej i uczciwej decyzji w sprawie traktatu. Jak mówiłem przy sprawie Konstytucji: po PiS-owsku jednoznacznej i  jednogłośnej. A dziś, i jutro, i pojutrze zrobimy wszystko, by PiS pamiętał o zobowiązaniach wobec wyborców, którzy naprawdę uwierzyli w program Europy Solidarnych Narodów. (Jego założenia przypomniałem ostatnio w „Naszym Dzienniku”). 

Sprawa druga: rola Radia Maryja. W sprawie traktatu okazała się wyjątkowa, bo jedynie Radio oraz TV Trwam i „Nasz Dziennik” potraktowały sprawę traktatu naprawdę poważnie. Dla innych mediów to ciągle element gier PO-PiS-owych, na równi z aferą remontu Krakowskiego Przedmieścia. Ale przecież zarzuty wobec traktatu znamy w Polsce od kilku lat, od kiedy Konwent Giscarda zakończył swoją działalność. Przecież to nie Radio Maryja rzucało się na stos w obronie Nicei i „pierwiastka”. Ale dzięki Radiu można to było przypomnieć.

Traktat Reformujący 13 mar 2008

W sejmowej debacie na temat zalet traktatu lizbońskiego szczególne wrażenie zrobił na mnie argument Platformy. Otóż jej politycy twierdzą, że dzięki reformie pojawi się wreszcie w UE demokratyczna kontrola, wykonywana przez Parlament Europejski. 

Istotnie, dotychczasowe starania kontrolne Parlamentu Strasbourgskiego były zdecydowanie niedoceniane. Tymczasem już przeszło trzy lata temu Parlament ten skontrolował projektowany skład Komisji Europejskiej i wykrył tam – przemycanego przez Republikę Włoską – profesora Buttiglione. Buttiglione został zdemaskowany i skutecznie wyeliminowany. Florentyńskie manewry włoskiego rządu na nic się nie zdały. Europa została ocalona. A teraz jest już zupełnie bezpieczna: kontrola się dopiero zaczyna. 

Jarosław Kaczyński oznajmił natomiast, że wynegocjowany przez niego traktat, literalnie rozumiany, robi z Polski województwo Unii Europejskiej. Ale i przed tym Polskę ocali. Przecież gdyby nie mógł ocalić, w ogóle by go nie podpisywał. Narzędziem ocalenia będzie kamień filozoficzny. A ściśle biorąc – alchemiczna preambuła przewodniczącego Gosiewskiego. Traktat dotknięty preambułą zamienia się w Wielki Narodowy Sukces. Preambuła cofnięta – PO robi z nas prowincję Imperium. I znów preambuła przystawiona – Polska rządzi w Unii. Sprawa genialnie prosta. Szkoda, że Przemek Gosiewski od razu na to nie wpadł. Można by się w ogóle nie przejmować tymi całymi negocjacjami.

Traktat Reformujący 11 mar 2008

Według Przemysława Gosiewskiego w PiS-ie „nie było dyskusji o tym, kto jest ZA, a kto PRZECIW traktatowi, natomiast była dyskusja, w jakiej formie ratyfikować traktat i niektórzy posłowie byli za tym, aby to się odbyło w drodze referendum” (PAP 10 bm.). Natomiast Zbigniew Girzyński w „Naszym Dzienniku” (tego samego dnia) daje mocną deklarację: „Parlament powinien odrzucić traktat lizboński”. Jeśli więc przewodniczący Klubu PiS mówi prawdę – to deklaracja b. sekretarza Klubu PiS jest adresowana wyłącznie do czytelników „Naszego Dziennika”, a nie do własnej partii. Tam – według Gosiewskiego – żadnych wypowiedzi przeciw traktatowi nie było.

Jednak dyskusja w PiS dotyczy nie tylko formy ratyfikacji. Chodzi też o wybór pozycji; o to, jak poprzeć traktat „z pozycji prawicowych”. Przemysław Gosiewski proponuje opatrzyć ustawę ratyfikacyjną preambułą na temat moralności, suwerenności i świata wartości. Zapomina – albo udaje – o wartości prawa konstytucyjnego. Bo Konstytucja jasno rozstrzyga, że ratyfikacja umów międzynarodowych stanowi prerogatywę Prezydenta (art. 133-1-1), a rolą Sejmu jest jedynie wyrażenie na to zgody (art. 89-1). I że ratyfikowana umowa międzynarodowa ma pierwszeństwo przed ustawą (art. 91-2).

PiS może zablokować ratyfikację traktatu deformującego UE. Reszta to niepoważna maskarada, jeszcze bardziej dewaluująca poziom polityki w Polsce. Panowie, karnawał się skończył.

Traktat Reformujący 3 mar 2008

Jeden z moich polemistów zarzuca mi nierzetelność i niesprawiedliwość. Na początek dlatego, iż uważam, że traktat – wprowadzając instytucję wspólnej polityki zagranicznej – niesie ryzyko podporządkowania nas polityce ignorującej kluczową dla polskiej racji stanu politykę wschodnią. Zarzuca mi, że piszę jedynie o „braku gwarancji”, więc nie ma żadnych argumentów, że tak będzie. Argument całkowicie błędny materialnie i formalnie. Materialnie, bo wystarczy znać poglądy właściwej komisarz – Benity Ferrero-Waldner. Przecież właśnie wobec Ukrainy sformułowano (po pomarańczowej rewolucji) kryterium „zdolności absorpcyjnej”. O Gruzji jeden z najważniejszych ludzi w Unii powiedział mi „przecież to w ogóle nie Europa”. (No, tak – w przeciwieństwie do Dagestanu).

Ale jest to argument błędny również formalnie – bo gwarancje zgodności polityki Unii z naszą racją stanu tym różnią się od zabiegania w Brukseli o jej uwzględnianie, czym wolność różni się od prawa upominania się o wolność. Niestety, łatwo zgadzamy się dla naszego kraju na to, na co nigdy nie zgodzilibyśmy się wobec siebie.

Dowiedziałem się też, że z gazociągiem bałtyckim powinniśmy się pogodzić, bo Niemcom się opłaca. Czyli zasady solidarności Niemców nie obowiązują; oni z zasady są „europejscy”, więc solidarni. Tak ma wyglądać wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa? Chyba tak; potwierdza to najosobliwszy zarzut. Jestem niesprawiedliwy, bo bronię niegodziwych regulacji traktatu nicejskiego. Wstyd! „Nicea przeceniła naszą pozycję”. A może Polska ją po prostu wyłudziła?

Szczerze mówiąc, zaczynam się bać, że w imię takich poglądów ktoś zaproponuje pewnego dnia, by Polska w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ miała pół głosu Niemiec. Tak będzie sprawiedliwiej. Od Rosji już mamy głos słabszy, bo Rosja jest w Radzie Bezpieczeństwa. A Niemcy słusznie się o to upominają, bo im się to (z racji rozmiarów) należy. W końcu – jak powiedział generał de Gaulle na polach stalingradzkich – to wielki naród.

A skoro przypomniał mi się de Gaulle, to słowo o jego poprzedniku. Gdy Napoleon zbliżał się dwieście lat temu do granic Polski, miał powiedzieć „zobaczę, czy Polacy są godni być narodem”. Francuskie Nation oznacza w istocie państwo narodowe, naród mający państwo. Właściwie sensem słów napoleońskich było więc pytanie: czy Polacy naprawdę chcą mieć państwo? Pytanie, niestety, nadal aktualne. Nawet bardziej – bo dziś chodzi już nie tylko o państwo, ale o to, czy w ogóle – jako Polska – chcemy mieć politykę.

Traktat Reformujący 3 mar 2008

Nie lubię, kiedy o znaczeniu nadchodzących zmian w Unii Europejskiej mówi się w tonie apokaliptycznym. Tym sposobem nie zbudzi się poczucia narodowej odpowiedzialności, a jedynie spowoduje dalszą degradację debaty publicznej, gdzie słowa coraz mniej znaczą. Nie trzeba straszyć katastrofą narodową, by stwierdzić, że traktat lizboński jest zły dla Polski i dla Europy. Wystarczy poczucie odpowiedzialności za przyszłość i traktowanie serio głoszonych wczoraj zasad. Nowy traktat deformuje współpracę europejską; tak jego założenia – sformułowane już w Konstytucji dla Europy – oceniały jeszcze niedawno obie wielkie partie polityczne. Najpierw im należałoby zadać kłam; argumenty bowiem są słuszne albo nie – nie można ich ot, tak, bez przedstawienia nowych, odwołać. Ale skoro tak często czytam apele o rekapitulację zarzutów, powtórzę je raz jeszcze.

Następuje radykalne obniżenie przysługującej nam pozycji w Unii Europejskiej. Nasz głos słabnie o połowę w stosunku do Niemiec i o jedną trzecią w stosunku do Francji. Wpływ państw dominujących wzrośnie nawet formalnie, wobec poszerzenia zakresu decyzji podejmowanych większościowo, a więc przeciw opinii państw, które znajdą się w mniejszości. A to otwiera drogę do narzucania przez nie swojej polityki państwom Europy środkowej, choćby przy definiowaniu struktury i hierarchii celów unijnego budżetu (wyrównanie różnic gospodarczych, polityka rolna czy nowe technologie dla najbogatszych). Pamiętacie jeszcze jakie miejsce w Unii proponował nam parę lat temu prezydent Chirac?

Pozycja państw dominujących (w tym Niemiec) oraz degradacja Polski znajdzie potwierdzenie przede wszystkim w decydowanych większościowo wyborach Prezydenta Unii i ministra (Wysokiego Przedstawiciela ds.) spraw zagraniczno-obronnych. Szczególnie to drugie stanowisko związane będzie nie tylko z koordynacją, ale autentyczną inicjatywą w zakresie polityki Unii.

Definitywnie rezygnujemy z waluty narodowej – mimo oficjalnej ostrożności w tej kwestii tak prezydenta Kaczyńskiego, jak i premiera Tuska. Prezydent zapowiadał otwarcie debaty na ten temat dopiero za rok. Premier w niedawnym exposé zapewniał, że przede wszystkim należy sprawdzać czy euro nie obniży poziomu życia Polaków.

Dekretujemy wspólną politykę zagraniczną bez określenia jej celów (według traktatu ma to robić dopiero w przyszłości Rada Europejska). Nie ma żadnych gwarancji, że polityka ta będzie wspierać prozachodnie tendencje na Ukrainie, w Gruzji i innych krajach Europy wschodniej. Zmarnowaliśmy okazję by zażądać w ramach sprawdzianu intencji rezygnacji Niemiec z rurociągu bałtyckiego.

Traktat odrzucił formalnie zarówno potwierdzenie duchowego związku Europy z chrześcijaństwem, jak i pominął prawa rodziny i rodzinę jako wartość w katalogu wartości Unii Europejskiej. W zamian degraduje jej znaczenie utrwalając w prawie europejskim koncept „orientacji seksualnych”. (Pan Piotr Beniuszys pytał w czym przejawia się negacja chrześcijaństwa; jeśli nie wystarczy ta odpowiedź, proponuję Panu lekturę „Chrześcijańskiej Europy” J.H.H.Weilera; autor pisze o szkodach, jakie Europie wyrządza chrystofobia, jako ortodoksyjny Żyd).

Krótko mówiąc – mamy do czynienia z traktatem, który zamiast solidarności oferuje narodom Europy „konstytucyjny imperializm” (to też sformułowanie Weilera). Nasze postulaty – formułowane z umiarem i nastawieniem na współpracę – zostały odrzucone. A może – przez liderów dwóch wielkich partii – nigdy nie były traktowane serio?

Traktat Reformujący 28 lut 2008

Na wczorajszej konferencji prasowej prezes PiS oznajmił, że w partii trwa dyskusja nad referendum traktatowym. Prezes Kaczyński oznajmił, że dyskusję uważa za „rzecz normalną”. Tym samym ustanowił nową normę – dyskusji pożądanej. Bo dyskusje niepożądane określane są w PiS jako ataki na partię, czego doświadczyli ostatnio pisowscy dysydenci. 

„Dyskusja” ma pomóc PiS-owi w jednoczesnym przyjęciu traktatu i zachowaniu poparcia wyborców, którzy nie chcą traktatu. Sama zaś debata ma się koncentrować nad referendum, więc nad procedurą ratyfikacji, a nie jej zasadnością, zgodnością z polską racją stanu. Tymczasem prawo do referendum nie może uchylać odpowiedzialności polityków. A politycy (bo w końcu posłowie to też politycy) do jej podjęcia się nie kwapią. Kiedy na niedawnym posiedzeniu Klubu PiS poseł Grabicka zapytała, kto czytał traktat – nie podniosła się ani jedna ręka. 

Wyborcy PiS mają prawo do tego, by ich reprezentanci po prostu odrzucili traktat, którego regulacje wcześniej oceniali tak jasno: i degradację pozycji Polski („pierwiastek albo śmierć”), i chimerę wspólnej polityki zagranicznej, i negację wartości chrześcijańskich. A to daleko nie wszystko: kto dziś pamięta, że Prezydent zapowiedział rozpoczęcie debaty (!)  na temat przyszłości złotówki dopiero w przyszłym roku? Tymczasem o jej wyniku zadecydowano już w ubiegłym. Tak jak o referendum, bo dyskusję zamknie dzisiaj głosowanie w Sejmie.

Traktat Reformujący 26 lut 2008

Jarosław Kaczyński jest przekonany, że po referendum czy bez referendum, krótko potem, poparcie elektoratu prawicowo-katolickiego i tak do niego wróci. Tym bardziej, jeśli osłodzi się mu rozterki obecnością wśród działaczy PiS paru kompatybilnych referendystów. Kompatybilnych, a więc takich, za których apokaliptycznymi oskarżeniami wobec Brukseli nie pójdą najmniejsze krytyki unijnej polityki samego Kaczyńskiego. Liczy na to, bo do takiego modelu dążył w PC i do niego wrócił, zamieniając PiS w Neo-PC. Ideałem jest niemiecka CDU: partia, gdzie katolicy-konserwatyści są pobłażliwie tolerowani, również w Parlamencie, ale bez żadnego wpływu na politykę partii.

JurekE nie zrozumiał mnie. Akcja społeczna, spotkania z ludźmi na temat traktatu, są absolutnie niezbędne. Sam cały czas tę akcję prowadzę. Bez wymiaru społecznego nasza polityka będzie bezsilna. Podobnie cenne jest zaangażowanie każdej osoby zaufania społecznego. Pod warunkiem, że nie będzie to maskarada mająca zastąpić naprawdę efektywny nacisk i realną politykę; oraz że referendum nie będzie wygodną okazją dla PiS do zrzucenia na naród odpowiedzialności za przyjęcie traktatu, który podpisał Kaczyński, a dla jego zwolenników – za poparcie, którego mu udzielali, gdy traktat podpisywał.

Szef PiS zrobi to, co chce, obojętnie – przy ratyfikacji parlamentarnej, czy referendalnej. Jedyne, co może go powstrzymać, to pewność, że przyjęcie (nie tylko poparcie, ale przyjęcie!) traktatu, który podpisał, będzie oznaczać nieodwołalne pożegnanie PiS z elektoratem, bez którego miałby dziś nie 160, ale najwyżej koło setki mandatów. To jednak wymaga od przeciwników traktatu w PiS determinacji (nawet jeżeli – jak pisze Pan agent – oznacza to „skok przez okno”); albo (bez tej desperackiej metaforyki) po prostu chrześcijańskiego poczucia wolności.

Polityka and Traktat Reformujący 25 lut 2008

Od paru dni w centrum uwagi znalazły się bajki PiS o Czerwonym Kapturku i o Matrixie. Mam wrażenie, że te bajki to tylko zasłona dymna przed puszczeniem trzeciej, która – owszem – bajką będzie, ale taką, w którą wyborcy mają uwierzyć. Minie bowiem rząd Tuska, minie drugi rząd Kaczyńskiego, może miną i PiS, i PO, a Polska zostanie z nowym traktatem europejskim, który wszystkie partie parlamentarne zgodnie chcą przyjąć. Rzecz w tym, że nie wszyscy Polacy podzielają tę chęć, szczególnie wśród wyborców PiS. 

Dlatego dla tych wyborców pojawi się w najbliższym czasie nie tyle może nawet anty-traktatowe, co referendalne skrzydło, a właściwie skrzydełko PiS. Pojawienie się w akcji referendalnej pań poseł Sobeckiej i Masłowskiej to pierwszy sygnał. Z pewnością Jarosław Kaczyński z szacunkiem potraktuje ich poglądy. A oni (nie tylko Panie, bo uczestników euromaskarady będzie trochę więcej) z szacunkiem potraktują aprobatę Jarosława Kaczyńskiego dla traktatu. Albo jej nie zauważą, tak jak nie zauważyli parafowania przez rząd Kaczyńskiego tego traktatu, zajęci kampanią wyborczą na listach PiS. 

A rzecz, która tak umknęła ich uwagi, jest w planie narodowym najbardziej kluczowa. Tu nie chodzi o żadne studniówki czy kolejne wybory. To kwestia przyszłości Polski i Europy, w której Polska będzie prowadzić swoją politykę. Warto korzystać z każdego poparcia, byle było prawdziwe. Dla przeciwników traktatu w PiS (a przecież każdy wie, że to zły traktat) mam jedną radę – walczcie z tym traktatem nie na efektownych mityngach, ale wewnątrz Klubu PiS. Walczcie naprawdę. 

Jest sposób, żeby ten traktat zablokować. Jeżeli Jarosław Kaczyński będzie wiedział, że przyjęcie traktatu przez Polskę to ostateczne pożegnanie PiS z prawicowym elektoratem katolickim – na pewno zmieni opinię o traktacie i zmieni politykę własnego Klubu (a 154 głosy potrzebne do zablokowania traktatu ma z zapasem). Będzie potrafił to zrobić, jak potrafił przekonać Leppera do poparcia zmian w WSI i utworzenia CBA, a Giertycha do pozostania w rządzie mimo parafowania traktatu (de facto) konstytucyjnego. Zrobi to, jeśli usłyszy od miarodajnych liderów opinii w PiS-ie i w zapleczu PiS-u dostatecznie mocne orędzie.

Międzynarodowe and Traktat Reformujący 18 lut 2008

Dziś jeszcze nie wiadomo, ale czas pokaże, jakie znaczenie dla przyszłości Europy będzie miał wybór Vaclava Klausa na prezydenta Republiki Czeskiej. Klaus wygrał z otwartą przyłbicą. Przeciwnicy zarzucali jego polityce anachronizm, więc na to przede wszystkim odpowiedział im w Parlamencie przed pierwszym głosowaniem. Mówił wtedy:

„Jeżeli nie chcecie brać pod uwagę tysiącletnich tradycji naszej cywilizacji, jej wartości chrześcijańskich, znaczenia tradycyjnej rodziny i szacunku dla życia ludzkiego, nie głosujcie na mnie, bo ja wartości te wyznaję. Jeżeli chcecie żyć w przyszłości wyznaczonej przez modne trendy, gdzie palenie będzie zabronione, a narkotyki będą tolerowane, gdzie małżeństwo będzie instytucją zagrożoną wymarciem, a na Ratuszu pojawiać się będą wyłącznie pary w celu rejestracji związków partnerskich, gdzie starych i chorych będziemy z litości pozbawiać życia, gdzie ktoś będzie nam nakazywał, co mamy jeść, pić i jak mamy mówić, wówczas ostrzegam, że to nie jest mój program. To nie jest moja wizja przyszłości.

Jeżeli pragniecie przyszłości, w której Republika Czeska nie ma bronić swoich interesów, a tylko biernie poddawać się woli urzędników z tej czy innej instytucji międzynarodowej – wtenczas także przyznaję, że jestem człowiekiem przeszłości. Jeżeli uważacie czeską koronę za taki przeżytek, że trzeba się go jak najszybciej pozbyć, wybierzcie któregoś z pozostałych kandydatów, bowiem ja będę wspierał istnienie naszej własnej waluty tak długo, dopóki będzie to korzystne dla obywateli Republiki Czeskiej. (…) 

Wierzę w Republikę Czeską. Wierzę w ludzi, którzy w niej mieszkają. Kocham swój kraj i będę tutaj nadal pracował, niezależnie od tego, jakim wynikiem skończą się dzisiejsze wybory. Ale przede wszystkim zawsze będę walczył o zachowanie naszej wolności i naszej suwerenności.”

Nie wygrał po tej mowie. Wygrał w trzecim głosowaniu.

Traktat Reformujący 13 lut 2008

Wojciech Sadurski nie rozumie „co to są prawa rodziny” i jak można było oczekiwać ich umieszczenia wśród wartości podstawowych Unii Europejskiej, w art. 1a nowego traktatu. No, no… daleko zaszliśmy na drodze adaptacji. Choć prawa rodziny jeszcze są na przykład w art.art. 18 i 71 Konstytucji RP, wraz z konkretyzacjami w polskim Kodeksie Rodzinnym i Opiekuńczym, mam wrażenie, że dla zwolenników poglądów pana Sadurskiego pozostają tam przypadkowo, bez mocy obowiązującej i zapewne tymczasowo.

Załóżmy jednak, że Unia Europejska to nie (jak stanowią traktaty) wspólnota państw, ale – zgodnie z poglądami Wojciecha Sadurskiego – jednostki i konstytuowane przez ich aktywność społeczeństwo cywilne. Wtedy tym bardziej trzeba zauważyć Kartę Praw Rodziny, która wprawdzie nie jest aktem prawnym, ale wyraża poczucie sprawiedliwości i oczekiwania społeczne milionów ludzi w Polsce, Hiszpanii, we Włoszech i wszędzie w Europie. Karta to apel Stolicy Apostolskiej do rządów; ale również wyraz potężnego odłamu opinii europejskiej, którego stanowisko – w interesie jedności europejskiej – powinno mieć realny wpływ na kształt Unii Europejskiej. To moja rada dla profesora Sadurskiego. Szczera, bez krzty ironii, bo – jak mówiłem na Zjeździe PiS przed pięciu laty – wolałbym popierać Europę zjednoczoną na rzecz prawa natury niż zwalczać Europę zjednoczoną przeciwko niemu.

Skoro jednak otrzymujemy tylko taki odzew jak Konstytucja Giscarda, Karta Praw i szczere stanowisko Wojciecha Sadurskiego (dziękuję za pozdrowienia i również pozdrawiam) – trzeba skonstatować, że w tym kręgu opinii chrześcijańskiej nikt do jedności nie zaprasza. Swoje opinie możemy zachować dla siebie; więc niech się nie dziwią, że im zostawimy ich Traktat.

Traktat Reformujący 11 lut 2008

Platforma zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście warto wyzbywać się atutów w sporze o kształt Unii Europejskiej, pospiesznie ratyfikując niepewny Traktat Reformujący. Niepewny, bo nie ma żadnej pewności, że zostanie jednomyślnie przyjęty przez wszystkie państwa Unii. A w wypadku Maastricht, Nicei i Konstytucji dla Europy prawo do podniesienia wcześniejszych oczekiwań czy wątpliwości miały te państwa, które albo wystąpiły przeciw, albo – przynajmniej nie spieszyły się z ratyfikacją.

Ostateczne słowo w tej sprawie będzie miał jednak Jarosław Kaczyński. Dysponuje dobrze ponad stu pięćdziesięcioma czterema głosy potrzebnymi do zatrzymania ratyfikacji. A mając tyle - może również wyznaczać jej tempo. W sprawie ratyfikacji, wymagającej w praktyce zgody obu wielkich partii (vide art. 90 Konstytucji RP), ma realną władzę; czy chce, czy nie chce, ponosi więc również odpowiedzialność.

Na razie Kaczyński uzależnia ratyfikację od odrzucenia przez rząd Tuska Karty Praw Podstawowych. Polskie opt-out ma wartość protestu, ale tylko tyle. Do tej pory PiS nie wyjaśnił, przed jakimi skutkami Traktatu ochroni nas ta deklaracja. Odrzucenie Karty pozwala na przykład udawać sprzeciw wobec podważania prawnej pozycji rodziny. Ale przecież rząd Kaczyńskiego w ogóle nie podjął starań o wpisanie do art. 1a Traktatu praw rodziny, a koncept „orientacji seksualnych” jest nie tylko w Karcie Praw, ale w samym Traktacie (art. 10 i 19).

Jeśli PiS jest naprawdę przeciw polityce zawartej w założeniach Karty Praw – powinien skutecznie działać przeciw ratyfikacji Traktatu, który ze znacznie większą siłą powtarza te same treści. Zamiast uprawiać polityczny iluzjonizm, by tylko uwolnić się od politycznej odpowiedzialności – powinien pokazać naprawdę skuteczność w walce o Polskę, a nie o władzę nad Polską.

Traktat Reformujący 30 sty 2008

Pan Piotr Beniuszys pisze, że „przygniatająca większość Polaków popiera integrację europejską, popiera przyjęcie traktatu. Na co czekać?” Choćby na chwilę namysłu, do którego zachęcam przede wszystkim autora powyższej opinii. Można popierać traktat lizboński, ale nie można stawiać znaku równości między integracją europejską a jego przyjęciem. Po pierwsze dlatego, że traktat ten nie jest jeszcze prawem Unii, ale tylko uzgodnieniem jej rządów. Po drugie – bo budzi krytyczne opinie. Wykluczenie z debaty europejskiej krytyki tego traktatu jest zaprzeczeniem solidarności europejskiej. To właśnie takie nastawienie wywołuje uzasadnione opory wobec zwiększania kompetencji Unii. Gotowość dyskusji (i uzgodnień!) na temat zakresu integracji i charakteru Unii stanowi warunek autentycznej solidarności europejskiej.

I rzecz druga. Sugerowanie, że nieprzyjęcie traktatu oznacza wystąpienie (albo może usunięcie) z Unii Europejskiej, to całkowite wprowadzanie w błąd opinii publicznej. A biorąc pod uwagę, że Polacy – w rzeczy samej – popierają udział Polski w Unii, sugerowanie, że bez traktatu nie ma integracji, jest po prostu odwoływaniem się do irracjonalnego strachu.

Traktat Reformujący 29 sty 2008

Przede wszystkim – w wypadku odrzucenia go w którymkolwiek kraju – szansę na ponowne podniesienie naszych polskich postulatów, tak fatalnie porzuconych w okresie niemieckiej prezydencji w Unii. To szansa nie dla opozycji pozaparlamentarnej, ale dla obozów Prezydenta i Premiera. Warto skorzystać. Warto dla Polski. 

Jeżeli traktat pochopnie ratyfikujemy – to inni, niezadowoleni (więc ci, którzy odrzucą) i ci, którzy zachowali rezerwę (ratyfikacyjną) – zachowają prawo zmian (czy odrębności) w przyszłych regulacjach europejskich. Absurdem jest włączanie się w presję na innych, by ten zły dokument ratyfikowali. Bo rozumiem, że można ten traktat uważać za nieuchronny, ale nie można go uznać za dobry. W końcu zastrzeżenia do jego przepisów zgłaszali nie tylko Kaczyński, Rokita i Tusk, ale nawet Belka i Miller. Co się zmieniło, prócz kalkulacji polityków? Ratyfikując go pospiesznie, zamykamy stanowisko polskie, jak kraje, które ratyfikowały wcześniej traktat konstytucyjny. 

Piszę to dla porządku, korzystając z okazji, że i tak dziś nie zamieszczę dłuższego wpisu. Wróciłem z Torunia, a niedługo wyjeżdżam do Łodzi, na spotkanie z naszym środowiskiem Prawicy.

Traktat Reformujący 28 sty 2008

Kiedy rząd (jak zapowiada – w lutym) złoży w Sejmie Traktat Reformujący UE – sprawa znajdzie się… w rękach PiS. 154 głosy wystarczają do zablokowania ratyfikacji, a to daje PiS również instrument do współdecydowania o jej przebiegu. Rząd Jarosława Kaczyńskiego podpisał traktat, który wcześniej oceniał bardzo źle. Podpisał z pominięciem chrześcijaństwa we wstępie, praw rodziny w art. 1a, za to z konceptem „orientacji seksualnych” w art.art. 10 i 19. Przyjmując traktat poprzedni premier powoływał się na stanowisko innych państw. Teraz powinien żądać zatrzymania ratyfikacji. Wystarczy, że zapowie, że nie poprze ratyfikacji tak długo, jak długo nie pozna ostatecznego stanowiska decydujących krajów. A odrzucenie traktatu, np. w Wielkiej Brytanii, Czechach czy Irlandii, to (właśnie dla tych, którzy uznają go za nieuchronny!), okazja do podniesienia na nowo polskich postulatów. Pod warunkiem, że nie pospieszymy się z ratyfikacją, bo to oznaczać będzie zamknięcie stanowiska polskiego. 

Polska jest w Unii Europejskiej, więc nie możemy zachowywać się jak kraj dopiero aspirujący, który musi z dobrodziejstwem inwentarza przyjmować cudze uzgodnienia. Dziś mamy wręcz obowiązek współtworzyć kształt integracji europejskiej, z myślą o Polsce i Europie, a nie dla wzmocnienia pozycji aspirantów do udziału w unijnym establishmencie.

Traktat Reformujący 9 sty 2008

Dziś „Rzeczpospolita” publikuje mój artykuł-apel o nieuruchamianie pospiesznej ratyfikacji Traktatu Reformującego UE. Tytuł „Co nagle, to po diable” pochodzi od redakcji. Oryginalny, wysłany brzmiał „Nowy traktat UE: zabójcze tempo ratyfikacji”. Nowy tytuł jest dość kolokwialny, ale istotę rzeczy oddaje.

Obok na ten sam temat pisze w imieniu Platformy Janusz Lewandowski. Na szczęście wyjaśnia, że szybka ratyfikacja oznacza „przyjęcie kalendarza wytyczającego scenariusz ratyfikacji w roku 2008”. To znacznie lepsze niż niedawne zapowiedzi premiera Tuska o tym, że Polska ratyfikuje zaraz, jako pierwsza; albo chwilę potem min. Nowaka, że jako pierwsi nie damy rady, ale zrobimy to jeszcze w tym miesiącu. Może w PO trwa jednak refleksja, czy warto dla względów wirtualnych („wizerunek kraju zainteresowanego spoistością Unii”, „pozbywanie się etykiety enfant terrible Unii Europejskiej”; cytaty z JL) poświęcać realne interesy Polski. A świadomość realiów Lewandowski ma, skoro pisze, że nie brak „dowodów, że Unia 27 krajów może funkcjonować i uzgadniać ważne sprawy opierając się na traktacie z Nicei”. Jak się okazuje – ze Strasbourga widać lepiej.

Janusz Lewandowski w swym tekście traktuje ratyfikację jako otwarcie szansy na „pozytywne sojusze i skuteczne batalie”. Rzecz w tym, że trzeba je budować i rozgrywać już w trakcie debaty o tym, jaka współpraca dla jakich wartości jest Europie potrzebna.

Traktat Reformujący 13 gru 2007

Donald Tusk zapowiada, że Polska jako pierwszy kraj ratyfikuje nowy Traktat UE. By uświadomić sobie nieodpowiedzialność tego stanowiska, nie trzeba spekulować na temat przyszłości, wystarczy doświadczenie ostatnich lat. Kraje, które po referendalnych vetach Francji i Holandii wstrzymały się od ratyfikacji (jak Polska, Czechy, Wielka Brytania) zachowały swobodę dyskusji nad Traktatem. Kraje, które go ratyfikowały – praktycznie z dyskusji się wyłączyły. W interesie Polski (niezależnie od wybranej formy ratyfikacji) nie leży ani zniechęcanie innych państw do przeprowadzania referendów, ani zachęcanie do pospiesznej ratyfikacji. Można zrozumieć polityków, którzy bojąc się izolacji w Europie – zakładają ratyfikację ze względu na stanowisko innych krajów. Stanowisko innych państw zawsze jest okolicznością, którą trzeba brać pod uwagę, nawet jeśli się jej nie ulega. Nie można jednak zrozumieć polityki, poprzez którą rząd Tuska już nie następcom, ale sobie ogranicza swobodę działania w Europie. Skoro premier Tusk podpisał Traktat – powinien zapowiedzieć nie ekspresową ratyfikację, ale otwarcie debaty narodowej nad ratyfikacją. Czas nie goni, a dla Polski czas na orientację w rzeczywistym (tzn. obejmującym nie tylko rządy, ale opinię publiczną) stanowisku innych krajów, jest bezcenny.

« Poprzednia stronaNastępna strona »