Za nami porażka – a walka trwa dalej
Niektórzy Czytelnicy mojego ostatniego felietonu dziwili się, że jedynie na marginesie napisałem o niezarejestrowaniu przez Prawicę list w całej Polsce. Jednak zmarnowanie przez PiS szansy na zagwarantowanie prawa do życia najsłabszych to temat o wiele ważniejszy nie tylko od naszej, ale od kampanii w ogóle. Do sprawy tej i tak należy wracać, więc tymczasem mogę już zareagować na pytanie kilku komentatorów, jak mogło dojść do niezebrania po pięć tysięcy podpisów w dwudziestu jeden okręgach. Mogę tylko powiedzieć, że zebraliśmy w kraju ponad dwieście tysięcy podpisów – ale to nie złożyło się na dostateczną liczbę w dostatecznej ilości miejsc. I dodać to, co – jak przypomina Poeta – Tycydydes opowiada o swej nieudanej wyprawie do Amfipolis:
że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko
Tylko tyle. I tylko po czterysta podpisów zabrakło nam we Wrocławiu albo w Gdańsku (wystarczyłby nawet jeden z tych dwóch okręgów) do dwudziestu jeden okręgów otwierających możliwość kampanii w całej Polsce. Co znaczy ten znak? Że nasza praca jest daremna? A może raczej, że choć w ciągu trzech kampanii od dwóch lat zebraliśmy ponad pół miliona podpisów – sami nie możemy zrobić wszystkiego. Może ta minimalna liczba, której zabrakło, to znak osobistej odpowiedzialności każdego, kto podziela nasze przekonania. I tego, że na końcu o powodzeniu przedsięwzięć społecznych decyduje solidarność. Jeśli nie zasługujemy na poparcie – należy nas krytykować (co nie zwalnia z powinności rzeczowości i kultury krytyki). Ale jeśli zasługujemy – na tych, którzy się z nami zgadzają, ciąży powinność czynnej solidarności. A my walczymy dalej. Dziś tak zdecydowaliśmy na posiedzeniu Zarządu Prawicy Rzeczypospolitej. Skoro stratujemy w połowie okręgów – musimy pracować ze zdwojoną energią. W każdym razie nie pozostawimy bez reprezentacji ludzi, którzy nam tyle razy powtarzali: gdyby nie wy – w ogóle nie mielibyśmy na kogo głosować.